Zignorował dziecko, nie miał zamiaru się kłócić ze smarkiem, a wszem i wobec wiadome było, że dzieci i ryby głosu nie mają, nie? Rodzice tej dziewczynki powinni się nią chyba lepiej zaopiekować. Dziwne było, że ona i kot byli bez opieki. Może wspomni o tym kiedyś Brennie, że szlaja się tu taki smark bez opieki.
Gdy Gerladine powiedziała do niego po nazwisku na jego ustach zatańczył cyniczny uśmiech. Pokręcił głową i spojrzał na nią.
– Brawo, zadzwonił gdzie powinno, co? – zapytał z delikatnie drwiącym tonem głosu. – Jak taka mądra, poluj. Chętnie popatrzę – odparł i założył ręce na klatce dając jej pole do popisu. Ze zmianą deski w linę poradziła sobie zaskakująco dobrze i nie mógł się do tego jakoś szczególnie przypierdolić, ale nie na tym jej zadanie się kończyło. – A masz jakiś plan aby zwabić tego sierściucha w jedno miejsca? Bo z tego co wiem to koty mogą tak skakać cały dzień i machać na ciebie tym ogonem. Pewnie się jeszcze śmieje w środku jak jakiś demon, czy coś – wzruszył ramieniem jakby go to ni grzało ni ziębiło.
– Gdzie są twoi rodzice, co? – zwrócił się nagle do dziecka patrząc na nią z góry. – Nie powinnaś być w szkole? – tak, nie wiedział totalnie jak działają dzieci i kiedy powinny być w szkole, już dawno zapomniał jak to jest być uczniem, albo po prostu nie przykładał do tego za bardzo wagi.