21.01.2024, 04:12 ✶
Nie powinien myśleć w ten sposób. Nie powinien próbować zrekompensować nikomu braku czegoś, skoro nie mógł mu tego dać w żadnym z potencjalnych układów, ale... no właśnie, ale! Bo myślał ciągle o tym, że nie powinien tego robić, o własnej głupocie, naiwności. O tym, jakie to było dziwaczne. Ciągle o tym myślał. Teraz kiedy Alexander przekroczył próg wozu i wpatrywał się w niego nie z bezgranicznym uwielbieniem, a zmartwieniem wypisanym na twarzy już od chwili kiedy ich spojrzenia się zetknęły... Jak miał sobie nie dopowiedzieć miliona rzeczy o byciu durnym, o regularnym działaniu na przekór własnemu szczęściu, bo ten widok przecież zapadnie w pamięci starszego Bella na długo, a on wcale nie powinien tego chcieć. Flynn wcale nie czuł, że mógłby powiedzieć Alexandrowi o wszystkim. Jasne - przytaknął. Nigdy by otwarcie nie zaprzeczył. Niestety czuł też niesamowitą, bolesną wręcz potrzebę przypodobania mu się, jakby miało to nagle wynagrodzić całe zło ściągnięte na Fantasmagorię wraz z dniem swojego powrotu. A jak się komuś chciało przypodobać, wiele prawd trzeba nagle było przypudrować albo najlepiej przemilczeć...
- Nie. - Prawie nic nie było w porządku. A tak bardzo chciał, żeby było. Nie miał żadnych wątpliwości. Nawet iskra zwątpienia nie rozbłysła w nim, kiedy Alexander złapał go za twarz. To były dłonie kogoś, kogo kochał. I ten człowiek non stop zapewniał go o tym, że to uczucie należało do odwzajemnionych. A on... a on ciągle czuł się, jakby to miało zaraz zniknąć, rozprysnąć się i obrócić w niebyt. Wypowiedziane mu w twarz słowa nie pomagały w pozytywnym myśleniu, ale tu nie chodziło tylko o ostatnie sprzeczki, ale o całokształt jego charakteru - ciemność jego myśli, snów, marzeń. Nie pamiętał żadnego momentu swojego życia, w którym nieczułby się w ten sposób. Inni ludzie tego nie czuli, wiedział o tym - ekstremalnych wahań. - To znaczy tak. - Spróbował się uśmiechnąć. Że niby było źle, ale nie aż tak źle. - Ale nie, boo... wiem, że tu jesteś, ale... nigdy nigdzie razem nie wychodzimy. Mieszkałem tu tyle lat, mógłbym... pokazać ci kilka miejsc. - Oparł się o niego, korzystając z tego uścisku w całości - przylgnęli do siebie ciałami, dodatkowo zarzucił mu ręce wokół szyi. I nie dawał za wygraną - chciał wyjść, nie doprecyzował co prawda kiedy, gdzie i w jakim stroju, ale tematem rozmowy nie były wesołe podrygi w ich zamkniętej przestrzeni, w małym świecie ogrodzonym namiotami i wozami, ale Londyn - w całej swojej okazałości i tajemniczości, jego poprzedni dom. - P-powiedziałeś mi, że - oh niech go diabli wezmą, znowu łamał mu się głos, chociaż wcale nie powinien - chcesz być ze mną oficjalnie parą. To jest to, co robią pary. Zabierają się na randki. - To jest to, co on robił jako chłopak, chciał dodać, ale jakoś mu to jednak ugrzęzło w gardle. Bo miał w kieszeni kurtki ulotkę reklamującą następny występ Bowiego i wcale nie zamierzał zabrać tam swojego brata. Prawdę mówiąc... nie do końca wierzył w to, że Alexander by się tam dobrze bawił. Ale wciąż mógłby zabrać go do The Loft, do piwnic pod klubem. Tam, gdzie się spotykali ludzie z marginesu. To pewnie nie było idealne miejsce dla Alexandra, ale to było jego miejsce, jedno z jego ulubionych. Mógłby zabrać go do Wiwerna. Pokazać mu, w jaki sposób bawili się geje zamieszkujący stolicę. - Chodź ze mną potańczyć - powtórzył.
- Nie. - Prawie nic nie było w porządku. A tak bardzo chciał, żeby było. Nie miał żadnych wątpliwości. Nawet iskra zwątpienia nie rozbłysła w nim, kiedy Alexander złapał go za twarz. To były dłonie kogoś, kogo kochał. I ten człowiek non stop zapewniał go o tym, że to uczucie należało do odwzajemnionych. A on... a on ciągle czuł się, jakby to miało zaraz zniknąć, rozprysnąć się i obrócić w niebyt. Wypowiedziane mu w twarz słowa nie pomagały w pozytywnym myśleniu, ale tu nie chodziło tylko o ostatnie sprzeczki, ale o całokształt jego charakteru - ciemność jego myśli, snów, marzeń. Nie pamiętał żadnego momentu swojego życia, w którym nieczułby się w ten sposób. Inni ludzie tego nie czuli, wiedział o tym - ekstremalnych wahań. - To znaczy tak. - Spróbował się uśmiechnąć. Że niby było źle, ale nie aż tak źle. - Ale nie, boo... wiem, że tu jesteś, ale... nigdy nigdzie razem nie wychodzimy. Mieszkałem tu tyle lat, mógłbym... pokazać ci kilka miejsc. - Oparł się o niego, korzystając z tego uścisku w całości - przylgnęli do siebie ciałami, dodatkowo zarzucił mu ręce wokół szyi. I nie dawał za wygraną - chciał wyjść, nie doprecyzował co prawda kiedy, gdzie i w jakim stroju, ale tematem rozmowy nie były wesołe podrygi w ich zamkniętej przestrzeni, w małym świecie ogrodzonym namiotami i wozami, ale Londyn - w całej swojej okazałości i tajemniczości, jego poprzedni dom. - P-powiedziałeś mi, że - oh niech go diabli wezmą, znowu łamał mu się głos, chociaż wcale nie powinien - chcesz być ze mną oficjalnie parą. To jest to, co robią pary. Zabierają się na randki. - To jest to, co on robił jako chłopak, chciał dodać, ale jakoś mu to jednak ugrzęzło w gardle. Bo miał w kieszeni kurtki ulotkę reklamującą następny występ Bowiego i wcale nie zamierzał zabrać tam swojego brata. Prawdę mówiąc... nie do końca wierzył w to, że Alexander by się tam dobrze bawił. Ale wciąż mógłby zabrać go do The Loft, do piwnic pod klubem. Tam, gdzie się spotykali ludzie z marginesu. To pewnie nie było idealne miejsce dla Alexandra, ale to było jego miejsce, jedno z jego ulubionych. Mógłby zabrać go do Wiwerna. Pokazać mu, w jaki sposób bawili się geje zamieszkujący stolicę. - Chodź ze mną potańczyć - powtórzył.
Oh darling, it's so sweet
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.