22.01.2024, 03:24 ✶
Na pewno różnili się od siebie aż tak bardzo? Crow z rzeczywistości i Crow ze snu? Jeśli tak, to ta wersja, która towarzyszyła teraz Laurentowi w kąpieli, nic sobie z tego nie robiła. Zachowywał się tak swobodnie, jakby to, że ktoś w pewnym sensie obcy zjawił się tak blisko, była najnormalniejszą, najzwyklejszą rzeczą na świecie - jego ciało było napięte, spragnione dotyku. Nie unikał go, nie spoglądał na niego jak na kogoś obcego, bo...
- I mówisz mi to ty? Przecież ty uwielbiasz, jak cię boli.
...przecież go znał.
Znał go i trochę irytowało go to, jak nieznany wydawał się być drugiej stronie. Nie chciał, żeby Laurent się od niego odsuwał - oczywiście, że grał w grę bycia panem tej sytuacji, ale kto go poznał głębiej, kto poświęcił mu tyle uwagi, aby poznać jego największe lęki, ten rozumiał doskonale, co potrafiło wyprowadzić go z równowagi najmocniej: cielesne odrzucenie. Crow zacisnął więc mocniej zęby, kiedy ten się od niego odchylił, ale wracał ku spokojowi w chwili, kiedy to okazywało się jedynie zmianą pozycji. W takich momentach rozumiał, jak wolno i boleśnie potrafił płynąć czas. Kilka centymetrów, kilka sekund, ale tak piekielnie powolnych, dodatkowo podsyconych przez frustrację, coraz głośniejszy szum w uszach. Laurent się odwrócił, Crow zdążył w tym czasie zadać sobie szereg nieprzyjemnych pytań, jakich się nie powinno powtarzać na głos, więc zamiast tego nerwowo przejechał językiem po zębach, wydychając haust ciepłego powietrza. Nie zamierzał go spłoszyć - poruszył się nawet i rozłożył te skrzydła bardziej, dając mu lepsze pole do zbadania ich dotykiem, a następnie uniósł go rękoma w górę, rozprostowując własne nogi i dając mu na nich usiąść. Najwyraźniej nie pasowało mu to, że znajdował się pomiędzy nimi, kiedy spoglądali sobie w oczy.
- Obawiam się, że jeżeli nie chcesz, żebyśmy siedzieli tu w ciemności, to musisz poczuć spokój. - Nie doprecyzował dlaczego, chociaż poruszał temat drugi raz - zachował część swojej enigmatyczności, nawet jeżeli zamierzał obnażyć się z czegoś osobistego. - Ostatnio kazałeś mi ciągle pracować, a tam mają zimne ognie i ciasto. - Odpowiedział, nie zawarł w tym jednak nuty sugerującej, że jakoś wyjątkowo mu na tym zależało... Najwyraźniej młody Prewett naprawdę miał podjąć tutaj decyzję, z którą Crow się bez większego namysłu zgodzi, ale z jakiegoś powodu wisiało tutaj nieopisane napięcie, jakby ten niepozorny wybór mógł nieść za sobą naprawdę różne konsekwencje. A on lgnął do tego dotyku. Do palców sunących po jego twarzy. Obrócił ją lekko w lewą stronę, jakby chciał przytulić się do dłoni, jak kot domagający się większej ilości pieszczot, kiedy ręka jego właściciela przestała drapać go za uchem. A te słowa, jakie układały się pomiędzy nimi, nie pasowały mu - to zaś dało się dostrzec w lekko zmarszczonych brwiach. - Brzmię, jakbym był przerażająco samotny. - Przyznał, ale to też niezbyt dobrze mu leżało - wyszeptał to, ale nawet jak na szept było to tak ciche, tak delikatne, że jedynie kompletna cisza przerywana tylko i wyłącznie ich oddechami i coraz powolniejszym kapaniem wody, zagwarantowała jego słyszalność. - Próbowałeś w trosce o mój zdrowy rozsądek poudawać, że mnie rozumiesz? Oh Laurent, znasz mnie, może nie chcesz mnie znać, ale znasz mnie. Albo nas. Zależy, jak lubisz to postrzegać, ale dla mnie... choćby i świat zaczął się od nowa tysiące razy, choćbyśmy rodzili się na nowo w nieskończonej pętli, to ty. Wciąż ty, jeszcze raz ty. To zawsze byłeś ty. I za każdym razem kiedy objawiasz mi się w tym świecie, robisz to głodny. Duszony uczuciem tęsknoty za czymś, czego nie pamiętasz. Przychodzisz tutaj zaznać rzeczywistości, w której to mnie oswoiłeś. - Wychylił się w przód. Był rozgrzany. Pachniał przepięknie, tak słodkością i sobą, zapachem być może zapamiętanym przez Laurenta sprzed lat. - Masz rację, wiesz? Ta agresja, nawet jeżeli jestem twój, ona wciąż we mnie tkwi. To cicha rzecz. Czuję, jak we mnie wzrasta, kiedy się odsuwasz. Skarbie, bez ciebie jestem wrakiem. Kochaj mnie, albo zacznę gryźć, dobrze wiesz, że mam to w żyłach. - Nienawidził tego - choćby cienia porzucenia, wycofania się - a wiedział, że to mogło się wydarzyć. Bo czasami naprawdę przychodził tutaj po szorstkość. Po prawdę znaną każdemu wokół oprócz niego samego. Po pytania, jakich nie potrafił sam sobie zadać. Przerabiał te rozmowy dziesiątki razy. Bo znów szedł i wyglądał, jakby chciał zniknąć. Albo znów uważał, że zmiana jest zbyt trudna i nie potrafił postawić kroku. Znowu się bał. Znowu wszyscy myśleli, że jest ładny, chcieli go dotykać, ale nie potrafili go pokochać. Znów budował sobie więzienie kłamstwami przed samym sobą, bo z jakiegoś absurdalnego powodu uważał, że wtedy właśnie czuł się wolny. Znowu był zmęczony, ale nie mógł zasnąć, bo nie istniało już absolutnie nic, co mogło uchronić go przed jego własnymi decyzjami. Ale czy to którykolwiek z tych przypadków? Może, ale tylko może... Może faktycznie pojawił się tu tylko po to, żeby odpocząć. Żeby móc zaobserwować jak Crow wydycha kolejny haust powietrza, jak rozluźnia się od ulgi ogarniającej jego ciało - bo Laurent temu ulegał, a on mógł opleść go swoimi rękoma i przycisnąć do siebie jeszcze mocniej, jakby zwykły dotyk nie był wystarczający - potrzebował mocniejszego nacisku, dobitnej świadomości bycia obok. I na moment zrobiło się ciemniej - bo zamykając go w pewnym i silnym objęciu ramion, otoczył go też tą ścianą piór, zamykając ich dwójkę w tym małym świecie pełnym pary, ciepła i w percepcji Crowa - hałasu jego własnego serca. Z tego nie było już łatwego wyjścia, nie dało się go tak po prostu zostawić - trzeba było pogodzić się z gwałtowną reakcją, kiedy spróbuje się zawahać, albo oddać mu się przynajmniej na tę chwilę, kiedy wykorzystywał nawet najdrobniejsze gesty, żeby brać z nich więcej - tworzył pożar z iskry, znów sunąc palcami po jego ciele. - Chcesz przekonać się jak smakuję? - Był już na tyle blisko, tak sugestywnie przekręcił głowę, że wystarczyło nie odsunąć się, żeby dać mu złożyć pocałunek swoich wargach.
- I mówisz mi to ty? Przecież ty uwielbiasz, jak cię boli.
...przecież go znał.
Znał go i trochę irytowało go to, jak nieznany wydawał się być drugiej stronie. Nie chciał, żeby Laurent się od niego odsuwał - oczywiście, że grał w grę bycia panem tej sytuacji, ale kto go poznał głębiej, kto poświęcił mu tyle uwagi, aby poznać jego największe lęki, ten rozumiał doskonale, co potrafiło wyprowadzić go z równowagi najmocniej: cielesne odrzucenie. Crow zacisnął więc mocniej zęby, kiedy ten się od niego odchylił, ale wracał ku spokojowi w chwili, kiedy to okazywało się jedynie zmianą pozycji. W takich momentach rozumiał, jak wolno i boleśnie potrafił płynąć czas. Kilka centymetrów, kilka sekund, ale tak piekielnie powolnych, dodatkowo podsyconych przez frustrację, coraz głośniejszy szum w uszach. Laurent się odwrócił, Crow zdążył w tym czasie zadać sobie szereg nieprzyjemnych pytań, jakich się nie powinno powtarzać na głos, więc zamiast tego nerwowo przejechał językiem po zębach, wydychając haust ciepłego powietrza. Nie zamierzał go spłoszyć - poruszył się nawet i rozłożył te skrzydła bardziej, dając mu lepsze pole do zbadania ich dotykiem, a następnie uniósł go rękoma w górę, rozprostowując własne nogi i dając mu na nich usiąść. Najwyraźniej nie pasowało mu to, że znajdował się pomiędzy nimi, kiedy spoglądali sobie w oczy.
- Obawiam się, że jeżeli nie chcesz, żebyśmy siedzieli tu w ciemności, to musisz poczuć spokój. - Nie doprecyzował dlaczego, chociaż poruszał temat drugi raz - zachował część swojej enigmatyczności, nawet jeżeli zamierzał obnażyć się z czegoś osobistego. - Ostatnio kazałeś mi ciągle pracować, a tam mają zimne ognie i ciasto. - Odpowiedział, nie zawarł w tym jednak nuty sugerującej, że jakoś wyjątkowo mu na tym zależało... Najwyraźniej młody Prewett naprawdę miał podjąć tutaj decyzję, z którą Crow się bez większego namysłu zgodzi, ale z jakiegoś powodu wisiało tutaj nieopisane napięcie, jakby ten niepozorny wybór mógł nieść za sobą naprawdę różne konsekwencje. A on lgnął do tego dotyku. Do palców sunących po jego twarzy. Obrócił ją lekko w lewą stronę, jakby chciał przytulić się do dłoni, jak kot domagający się większej ilości pieszczot, kiedy ręka jego właściciela przestała drapać go za uchem. A te słowa, jakie układały się pomiędzy nimi, nie pasowały mu - to zaś dało się dostrzec w lekko zmarszczonych brwiach. - Brzmię, jakbym był przerażająco samotny. - Przyznał, ale to też niezbyt dobrze mu leżało - wyszeptał to, ale nawet jak na szept było to tak ciche, tak delikatne, że jedynie kompletna cisza przerywana tylko i wyłącznie ich oddechami i coraz powolniejszym kapaniem wody, zagwarantowała jego słyszalność. - Próbowałeś w trosce o mój zdrowy rozsądek poudawać, że mnie rozumiesz? Oh Laurent, znasz mnie, może nie chcesz mnie znać, ale znasz mnie. Albo nas. Zależy, jak lubisz to postrzegać, ale dla mnie... choćby i świat zaczął się od nowa tysiące razy, choćbyśmy rodzili się na nowo w nieskończonej pętli, to ty. Wciąż ty, jeszcze raz ty. To zawsze byłeś ty. I za każdym razem kiedy objawiasz mi się w tym świecie, robisz to głodny. Duszony uczuciem tęsknoty za czymś, czego nie pamiętasz. Przychodzisz tutaj zaznać rzeczywistości, w której to mnie oswoiłeś. - Wychylił się w przód. Był rozgrzany. Pachniał przepięknie, tak słodkością i sobą, zapachem być może zapamiętanym przez Laurenta sprzed lat. - Masz rację, wiesz? Ta agresja, nawet jeżeli jestem twój, ona wciąż we mnie tkwi. To cicha rzecz. Czuję, jak we mnie wzrasta, kiedy się odsuwasz. Skarbie, bez ciebie jestem wrakiem. Kochaj mnie, albo zacznę gryźć, dobrze wiesz, że mam to w żyłach. - Nienawidził tego - choćby cienia porzucenia, wycofania się - a wiedział, że to mogło się wydarzyć. Bo czasami naprawdę przychodził tutaj po szorstkość. Po prawdę znaną każdemu wokół oprócz niego samego. Po pytania, jakich nie potrafił sam sobie zadać. Przerabiał te rozmowy dziesiątki razy. Bo znów szedł i wyglądał, jakby chciał zniknąć. Albo znów uważał, że zmiana jest zbyt trudna i nie potrafił postawić kroku. Znowu się bał. Znowu wszyscy myśleli, że jest ładny, chcieli go dotykać, ale nie potrafili go pokochać. Znów budował sobie więzienie kłamstwami przed samym sobą, bo z jakiegoś absurdalnego powodu uważał, że wtedy właśnie czuł się wolny. Znowu był zmęczony, ale nie mógł zasnąć, bo nie istniało już absolutnie nic, co mogło uchronić go przed jego własnymi decyzjami. Ale czy to którykolwiek z tych przypadków? Może, ale tylko może... Może faktycznie pojawił się tu tylko po to, żeby odpocząć. Żeby móc zaobserwować jak Crow wydycha kolejny haust powietrza, jak rozluźnia się od ulgi ogarniającej jego ciało - bo Laurent temu ulegał, a on mógł opleść go swoimi rękoma i przycisnąć do siebie jeszcze mocniej, jakby zwykły dotyk nie był wystarczający - potrzebował mocniejszego nacisku, dobitnej świadomości bycia obok. I na moment zrobiło się ciemniej - bo zamykając go w pewnym i silnym objęciu ramion, otoczył go też tą ścianą piór, zamykając ich dwójkę w tym małym świecie pełnym pary, ciepła i w percepcji Crowa - hałasu jego własnego serca. Z tego nie było już łatwego wyjścia, nie dało się go tak po prostu zostawić - trzeba było pogodzić się z gwałtowną reakcją, kiedy spróbuje się zawahać, albo oddać mu się przynajmniej na tę chwilę, kiedy wykorzystywał nawet najdrobniejsze gesty, żeby brać z nich więcej - tworzył pożar z iskry, znów sunąc palcami po jego ciele. - Chcesz przekonać się jak smakuję? - Był już na tyle blisko, tak sugestywnie przekręcił głowę, że wystarczyło nie odsunąć się, żeby dać mu złożyć pocałunek swoich wargach.
Oh darling, it's so sweet
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.