- Wciąż mógłbyś być podwójnym agentem - zauważył, wciąż brnąc w głupkowate fantazje. Bo przecież prawda nigdy nie miała tutaj znaczenia, nie kiedy chodziło o strzępki biografii i stan rzeczy - pomiędzy nimi zawsze chodziło o emocje. Zawsze, ale czy teraz też, czy zawsze do teraz? Jeżeli powinien być poważniejszy, to trochę już na to za późno, bo te przepychanki i wyimaginowane scenariusze coraz mocniej wchodziły mu w nawyk. W ich akompaniamencie prawda nie tylko traciła na znaczeniu, ona nigdy nie miała prawa bytu - była pogłoską. Można było ją z góry wykluczyć, lub tak jak oni przymykać oko, żeby dać sobie przestrzeń na ciekawsze zajęcia niż zajmowanie się dużym i niebezpiecznym światem. Od tego mieli codzienność. - Kurwa, zniszczyłbyś mnie? W wieku dwunastu lat? Nie doceniasz tego jak wcześnie było dla mnie za późno - prychnął. Chciał zażartować coś o dochodzeniu za szybko, aby móc tak nazwać zbliżenie w wieku nastoletnim, tylko coś mu się zaczynał plątać język, ciało mu przechodziło gorącem, myśli nie układały się tak jak trzeba. Już dobrze wiedział, że rumieniec zdobiący jego twarz powiększał się z każdą sekundą, bo nawet oddychało mu się inaczej. Ten śliczny idiota opisujący kolejną naiwną i jednocześnie piękną scenę - i weź się tu człowieku opanuj, zachowaj niewzruszony wyraz twarzy. Nie dało się - to było niemożliwe, choćby i włożył w to całą energię, zdradzała go nie tylko aura - zdradzały go same oczy wlepione w Bletchleya. Stanowiły odbicie wzburzonego morza, jakim się teraz czuł - każde westchnienie wplecione pomiędzy wypowiedziami było jak fala rozbijająca się o brzeg, którym był Cain. - Możesz wpisać to sobie w kalendarz i zinterpretować to jak chcesz, ale - zawsze miał w zanadrzu jakieś ale - nie lubię obchodzenia urodzin. - Nie zapytał o tę datę. Domyślał się tego, mógłby poszukać w nim potwierdzenia, z drugiej strony - czy musiał wiedzieć na pewno? Chyba nie. I taki też był tego urok. - Nie wiem. W młodości znalazłem sobie alternatywę, żeby o tym nie myśleć, a dzisiaj to wydaje mi się pierdołą. - Oczywiście, że to nie była pełna prawda. Jako dziecko płakał nad tym w poduszkę niezliczoną ilość razy. Nikomu o tym nie powiedział, nietrudno też było ukryć prawdziwy powód, bo Flynn ciągle beczał, czasami nie potrzebował punktu zapalnego. To wtedy, w tym okresie coś w nim umarło? Nie, to musiało być wcześniej - o wiele wcześniej, nie pamiętał innych niż czarne myśli i marzeń, ani w dzieciństwie, ani w okresie adolescencji, ani w dorosłym życiu. Był daltonistą. W widzeniu i w przetwarzaniu widzianego świata. Czarny i biały - jak dwa stany, kierujące jego egzystencją. Od niepamiętnych czasów, non stop, ciężkie, bolesne i okrutne ekstremalne wzloty i katastrofalne upadki. Dostrzeganie szczęścia w rzeczach absolutnie trywialnych, jednocześnie będąc przytłoczonym myślami tak przerażająco ponurymi, jakich nie doświadczał nikt bliski. Albo nie odzywał się wcale, albo narzucał się, lirycznie wykańczał wszystkich wokół. Dzisiaj wydawało mu się to być pierdołą, absolutnie nieistotnym faktem, jutro mógł zrobić z tego kolejne ze swoich przedstawień, wpadając w histerię godną tylko jego. I przez moment, kiedy będzie miał wyostrzone wszystkie zmysły, poczuje się prawdziwie żywy, a później coś w nim pęknie i stanie się znów martwy w środku. Czasami wydawało mu się, że kiedy wącha swoje ubrania, to czuje się zgniliznę. To nie był tylko popiół papierosów, to był już jakiś stopień degradacji duszy. A może po prostu był obłąkany? Na pewno był pijany. Na pewno nie był dobrym człowiekiem. Nie był też idealny, chociaż Bletchley powiedział to właśnie tak słodko, aż zadrżał. I posiadał w sobie jednocześnie potrzebę bycia takim, jak i bycia absolutnym przeciwieństwem tego, co ludzie nazwaliby ideałem. Społeczeństwo mogło się wypchać, mogło runąć, obrócić się w proch. Nienawidził tych wszystkich zasad, nie potrafił traktować ich poważnie, tym samym prędzej celowo robiłby obcym ludziom na złość, niż ulegał ich woli, ale kiedy mówił coś on... to było zupełnie inne. Sprawiało, że jego myśli krążyły, wirowały coraz intensywniej, docierało do niego, jak źle czuł się po nocy, kiedy był sam. Jak nie mógł spać. Jak nienawidził kiedy Fontaine opuszczała Londyn i zostawiała go samego, więc kiedy bieganie tak długo, aż się nie zmęczył i nie zasnął, przestało działać, sięgał po coraz gorsze i gorsze rzeczy, żeby zetrzeć z siebie tę paskudną samotność. Oczywiście, że na początku czuł się z tym źle, szorował się godzinami, chcąc zmyć z siebie zapach używek i obcych ludzi, zakryć pianą ślady po igłach i nierozważnie umiejscowione malinki, a później przez krótki moment czuł się czysty.
- Muszą was dobrze uczyć na tych kursach w Ministerstwie. - Skoro żeś uległ takiemu urokowi. I to było ostatnie, co mu powiedział. W tej sekundzie słowa stały się dla niego martwe. Gdyby ktoś go po tym zapytał, czy w tle grała jeszcze muzyka, nie miałby zielonego pojęcia. Pamiętałby te dłonie na swoich udach, smak wina na jego języku, jak mimowolnie naprężył się, czując paznokcie wbijające się w skórę, to jak pociągnięty do przodu nie wahał się ani momentu i usiadł na nim okrakiem. To byłoby łatwiejsze, gdyby siedzieli teraz na łóżku, ale ciężar tej pozycji nie był problemem - ten stanowiły ubrania. Bluzka, którą zszarpał z siebie wręcz i upuścił na ziemię. Spodnie, które dzieliły ich, kiedy poruszał biodrami w przód i w tył. Jego koszulka, grodząca drogę językowi sunącemu po rozgrzanej szyi, dokładnie tam, gdzie wcześniej składał na niej szeregi pocałunków. To nie on był idealny. To ten chłopak był idealny. Remedium na troski, jakie zaprzątały mu głowę w przedostatni rok z nią. Ktoś, kto pamiętał absolutnie wszystko, kto zyskałby na zniszczeniu go, a mimo tego chciał być obok. Gasił duże światło, żeby nie widzieć za dużo, zapalał jedynie lampkę nocną. I tę swoją wszystkowiedzącą głową delektował się wspólnymi uniesieniami, chociaż mógłby, jak każdy na Ścieżkach, dokumentować jego porażki i czekać na pierwsze potknięcie. W tej historii nie było już Fontaine. Nie miał już żadnej wymówki, a więc i nie miał powodu na oszukiwanie samego siebie - tam w lesie, kiedy pomyślał, że już nie jest za niego odpowiedzialny, nie powinien się nim przejmować... Czy znajdzie w sobie kiedykolwiek mniej trafną myśl niż to? Nie, chyba już nie, skoro już nawet w żartach nie udawał, że nie rozłożyłby przed nim nóg. Prawą nogę miał wspartą o stelaż krzesła, obie ręce ułożył po bokach jego głowy, zarzucając je swobodnie przez oparcie, splatając ze sobą palce własnych dłoni, a usta przeniósł z powrotem do ust Caina. Nie pozostawił żaden wątpliwości w tym, że nie miał już ochoty na żadną grę. Być może dopiłby to wino, ale zaniechał tego pomysłu dokładnie w momencie, w którym Bletchley przyciągnął go do siebie.
- Muszą was dobrze uczyć na tych kursach w Ministerstwie. - Skoro żeś uległ takiemu urokowi. I to było ostatnie, co mu powiedział. W tej sekundzie słowa stały się dla niego martwe. Gdyby ktoś go po tym zapytał, czy w tle grała jeszcze muzyka, nie miałby zielonego pojęcia. Pamiętałby te dłonie na swoich udach, smak wina na jego języku, jak mimowolnie naprężył się, czując paznokcie wbijające się w skórę, to jak pociągnięty do przodu nie wahał się ani momentu i usiadł na nim okrakiem. To byłoby łatwiejsze, gdyby siedzieli teraz na łóżku, ale ciężar tej pozycji nie był problemem - ten stanowiły ubrania. Bluzka, którą zszarpał z siebie wręcz i upuścił na ziemię. Spodnie, które dzieliły ich, kiedy poruszał biodrami w przód i w tył. Jego koszulka, grodząca drogę językowi sunącemu po rozgrzanej szyi, dokładnie tam, gdzie wcześniej składał na niej szeregi pocałunków. To nie on był idealny. To ten chłopak był idealny. Remedium na troski, jakie zaprzątały mu głowę w przedostatni rok z nią. Ktoś, kto pamiętał absolutnie wszystko, kto zyskałby na zniszczeniu go, a mimo tego chciał być obok. Gasił duże światło, żeby nie widzieć za dużo, zapalał jedynie lampkę nocną. I tę swoją wszystkowiedzącą głową delektował się wspólnymi uniesieniami, chociaż mógłby, jak każdy na Ścieżkach, dokumentować jego porażki i czekać na pierwsze potknięcie. W tej historii nie było już Fontaine. Nie miał już żadnej wymówki, a więc i nie miał powodu na oszukiwanie samego siebie - tam w lesie, kiedy pomyślał, że już nie jest za niego odpowiedzialny, nie powinien się nim przejmować... Czy znajdzie w sobie kiedykolwiek mniej trafną myśl niż to? Nie, chyba już nie, skoro już nawet w żartach nie udawał, że nie rozłożyłby przed nim nóg. Prawą nogę miał wspartą o stelaż krzesła, obie ręce ułożył po bokach jego głowy, zarzucając je swobodnie przez oparcie, splatając ze sobą palce własnych dłoni, a usta przeniósł z powrotem do ust Caina. Nie pozostawił żaden wątpliwości w tym, że nie miał już ochoty na żadną grę. Być może dopiłby to wino, ale zaniechał tego pomysłu dokładnie w momencie, w którym Bletchley przyciągnął go do siebie.
Oh darling, it's so sweet
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.