Vincent szedł do przodu ze świadomością, że powinien być wierny rodzinie, pomagać bratu w jego biznesie, ale nigdy na ten temat nie ubolewał. Lubił chronić Prewettów i ich sekretów, miał też wolną rękę do swoich własnych interesów. Z przyjemnością pomagał Laurentowi w rezerwacie nawet jeśli Edward oczekiwał od niego tego, że będzie miał jego syna na oku. Lubił chronić magiczne stworzenia i ściągać je tutaj, aby przypadkiem jacyś kłusownicy nie zniszczyli tych istot. Nie był też nigdy postawiony w sytuacji w jakiej znajdowała się Brenna, nigdy nie musiał pędzić i nigdy nie czuł strachu przed zatrzymaniem się. Czuł strach przed przywiązaniem, przed tym, że będzie mu na kimś zależeć, ale ta osoba przed nim odejdzie, więc to ucinał w zarodku, a przynajmniej próbował.
– Bo trochę to tak wygląda – zwrócił uwagę. – Pakujesz się w kłopoty, polujesz na ludzi powiązanych z Voldemortem lub potencjalnie osoby, które mogłyby mieć z nim powiązania… – podsumował – Jedna Brenna Longbottom przeciw wszystkim złym robakom? – zerknął na nią nie przerywając zabawy z psem.
Kiwnął w zamyśleniu głową. I tak wydawało mu się to podejrzane. Nadal jakoś tego nie kupował. Nie wiedział nic o Zakonie Feniksa, nie wiedział o tym, że ktoś naprawdę działa w ukryciu, aby znowu zapanował spokój na świecie, brak strachu i możliwość działania dla siebie bez oglądania się za plecy, czy czasem przyjaciel nie wsadzi ci noża między kręgi.
– To kogo masz? Erika? – uniósł brew – Czy jednak Longbottomowie mają armię, która czeka w pogotowiu – zażartował i znowu zamilkł na dłuższą chwilę. – Może… – westchnął ciężko – Mógłbym się jakoś przydać? Nie chce siedzieć bezczynnie i szczerze? Nie podoba mi się to, co wyczynia ten świr – Vincent naprawdę miał w poważaniu to jakiej krwi był kto. Wiedział, że jego brat ma przeciwne zdanie, wiedział, że chciał dla niego żony o odpowiednim statusie krwi, aby nie było problemów z właśnie tym świrem, ale może jak ten świr zniknie to będzie spokój?