Wzruszył ramieniem, gdy dziecko powiedziało o wakacjach. W sumie zgadzałoby się, nie? Ciepło było, więc jakoś tak chyba zaczynało się wolne w szkołach, a ci rodzice to powinni dostać po łbie, że puszczają teraz takiego smarka samopas po ulicy. Sam latał często bez opieki, ale no wojna wisiała w powietrzu, ataki były zakorzenione w ich głowach dosyć mocno, prawda? A tu takie małe coś, z mlekiem pod nosem ryczy w zaułkach i prosi obcych o pomoc. Porażka.
Parsknął pod nosem, gdy zobaczył jak lina zahaczyła o uszy kota, prawie go miała, ale futrzak sprytnie wyślizgnął się spod sznurka i przeskoczył na schody przeciwpożarowe. W tym momencie Geraldine zamachnęła się kolejny raz i w ostatniej chwili złapała go za łapkę.
– No Yaxley. Szacunek – pokręcił głową z cichym śmiechem. Wiedział jednak, że z kotem może być trudniej, bo te pchlarze to jednak były sprytne, ale przecież jej tego nie powie, że nie ujmuje to jej umiejętnościom. Wyciągnął różdżkę i machnął w stronę kota zaklęcie pętające, aby go związało za łapki i nie mógł się ruszać. W końcu nie będę się z nim szamotać i ciągnąć go za tą nieszczęsną łapkę.
Sukces!
Akcja nieudana