Bo igrało w niej coś piekielnie, domagając się głosu i walcząc o pierwsze skrzypce w umyśle, drgając nim nieprzejednanie, podburzając meandry do zachowań skrajnych i decyzji nieprzemyślanych. Coś w niej pękło, uwalniając bestię chowaną w klatce żeber uporczywie, nie pozwalając jej nader często opuszczać swoje miejsce przylegania, moszczące się gdzieś na samym dnie płuc – a może skrywane pośród posoki prędko tętnionej przez serce. I gdy tylko on ujrzał ją, wypuszczaną powoli z więzów, które zatrzymywały kruchą, mikrą wręcz osobę w ryzach, musiał poczuć tę ekscytację – zupełnie jakby widział ją po raz pierwszy. Bo choć nie pozwalała temu przeklętemu demonowi wymykać się nazbyt często, parokrotnie z pewnością ujrzał złość i agresję, sączące się z jej ust, obecne bogato w czynach okrutnych, dławiących i nade wszystko bolesnych dla tych, ku którym były kierowane. A przecież mikra w swej aparycji, nigdy nie była personą o zastraszającej sile tętniącej w żyłach; nigdy nie porażała tężyzną, coś w niej jednak budziło niekryte przerażenie.
Bo uśmiechy zamykane w okowach pięknych spojrzeń i blichtru sukni, które towarzyszyły na co dzień, nigdy nie były wystarczające. I choć bestia drżała w niej niespokojnie niejednokrotnie, wyjątkowo rzadko pozwalała tej opuszczać spętaną przerażeniem klatkę piersiową. Bo bała się samej siebie; czynów, do których była zdolna pośród miękkich westchnień i pełnych wyrachowanej złości uniesień. A te przecież, zastawały ją nieobecną i zaklętą, budząc rozjątrzone, gromadzące się wrzenie. Bijące prędko serce doprowadzało ją do skrajności, rozbijając się o kruche żebra, gromadząc jadem pośród najsolidniejszych dawek adrenaliny, których doświadczała na połach swojego mikrego istnienia.
Świat migał i gasł jednocześnie, gdy doświadczała doznań tak wysoce, absolutnie nieprawdopodobnych w swojej krasie; tak odległych jej dłoniom, a jednocześnie tak bliskich bijącemu prędko sercu. Widok jej, spętanej emocjami absolutnie nieprawdopodobnymi, miał w sobie coś z daleko posuniętej przyjemności; tak ogromnie dotkliwej, że wzburzającej salwy przerażenia kłębiącego się prędko na dnie żołądka.
Każde kolejne zdarzenia, migały jej jak w kalejdoskopie – w przestrzeni okrutnie zajmowanej przez duszne ciosy i równie przeklęte w swej mierze uderzenia. Jej wzrok był spokojny, nieznośnie wręcz, niepokornie umiejscowiony w mężczyźnie, który prędko ją odepchnął. Agresja tętniąca z czynów wartko spływających na poły agresji, budziła w niej okropną wręcz, niemożliwą rozkosz i nim zdążyła obarczyć nienaturalnie stoickim, co równie drapieżnym spojrzeniem Logana, ten już opuszczał ciosy na oblicze mężczyzny, którego jeszcze niedawno trzymała za fraki.
Gdy ten, który pozostał w tyle, naznaczony ciosami Logana, podniósł się i zechciał ponownie zmierzyć w jego kierunku, chwyciła pewnym ruchem różdżkę i skierowała ku niemu.
– Crucio! – syknęła, a gdy ten zgiął się wpół, trawiony bólem opadając na ziemię, jedynie z cichym westchnięciem podeszła doń, a na jej nieprzejednanych wargach zatańczył uśmiech.
Nagle sprawiło jej niewysłowioną przyjemność obserwowanie, jak ten zwija się w agonii; sama myśl, jakoby sprawiła mu ból wywołała rozkosz prędko malującą się na obliczu, a ta, przerodziła się w prawdziwie drapieżny grymas rozciągający usta w ekstazie.
Gdy ostatnie ciosy Logana opadały na oblicze mężczyzny, znacząc je krwawymi bruzdami, podeszła doń, chwytając go za łokieć i jedynie pogładziła czule po ramieniu. Jej wzrok, kierowany ku niedobitkowi, zawierał w sobie ogrom pogardy, przez którą przebijała się jedynie stal spojrzenia.