Gdyby tylko znali się dłużej. Gdyby tylko znał swojego ojca całe życie i zarazem jego brata bliźniaka... to wszystko byłoby takie proste. Mógłby powiedzieć Richardowi wszystko ze szczegółami, bez żadnego patyczkowania. Bez owijania w bawełnę. Bez jakichś prób naprowadzenie go na odpowiedni tor w taki sposób, aby było, że to on sam do tego doszedł, a nie padło to z ust Stanleya. W skrócie - było to zadanie trudne ale możliwe do zrealizowania. Borgin miał wrażenie, że z każdą chwilą, każdym kolejnym zdaniem zbliżają się do sedna zagadki, dzięki czemu wuj będzie wiedział o co dokładnie mu chodzi.
Słysząc słowa Richarda odnośnie jego rezygnacji, pokręcił tylko głową. Bez jakiejś dezaprobaty czy czegoś w tym stylu - nie było tego. Zrobił to w geście zrozumienia, potwierdzenia, a może wręcz zgodzenia się z nim. Jeszcze tego by brakowało gdyby musiał zacząć walczyć z bratem własnego ojca bo staliby po dwóch stronach barykady.
O ile sam Julius też nie bardzo obchodził Stanleya, tak kwestia nazwiska, a raczej jego czystości była dużo ważniejsza. Stanley niby przecież nie był Mulciberem, a Borginem ale mimo wszystko płynęła w nim ich krew, czego nie dało się zaprzeczyć. A tak jak na dobrego członka rodziny przystało - takiego, któremu zależy na dobru rodziny - liczyła się reputacja ich nazwiska. To była jedna z nauk, którą wyniósł akurat ze strony rodziny swojej matki, chociaż bez problemu mógłby ją przypisać i do rodziny ojca. Obie strony przecież miały bardzo podobne zasady i tradycje, a przede wszystkim obydwie były rodzinami czysto krwistymi.
Po raz kolejny pokiwał głową na zgodę. Miał zamiar to zrobić - powiedzieć tyle ile może, a na resztę spróbować nakierować Richarda. Najważniejsze było jednak to, aby to on sam mówił te wszystkie nazwy jak "Śmierciożercy" czy "zwolennicy Czarnego Pana".
Sprawa była na tyle ciężka, że sam Stanley był trochę rozdarty. Z jednej strony chodziło o Roberta, a z drugiej o organizację, której był przecież "lojalny". Pojawiało się zatem pytanie - która lojalność była dla niego ważniejsza? Wobec rodziny czy wobec jakieś czarnoksiężnika, który posyłał ich niemal na pewną śmierć, nie robiąc sobie z tego nic w imię zasady - "śmierć jednostki to tragedia, a milionów to tylko statystyka"?
Odpowiedź na to pytanie była prosta - oczywiście, że rodzina. Co więcej, Borgin, wolałby zostać po stokroć potraktowany cruciatusem czy avadą, niż zdradzić swoich najbliższych.
Stanleyowi nie chodziło też o Ministerstwo. Nie wiedział czy Robert miał tam jakiś wrogów czy coś - może miał? Może nie? Jednak w tym momencie, większym przeciwnikiem dla niego mogli być ludzie od Voldemorta, niż jakieś pachołki Moody czy innego kierownika z tamtej instytucji. Przede wszystkim - Ci z Ministerstwa - musieli się pilnować i mieli zasady, kodeksy czy regulaminy, które ich obowiązywały... a tamci? Mieli pełną swobodę w działaniu. W mordowaniu.
- Czym Robert mógł im podpaść? - powtórzył, skupiając się na Richardzie, pozwalając sobie ciężej westchnąć - Najpewniej tym, że niektórzy nie lubią kiedy znika się bez żadnego śladu. Bez słowa. Bez niczego... A już na pewno nie wtedy kiedy na teatralnych deskach zaczyna się właśnie najważniejsza scena, która ma za zadanie podsumować ostatnie działania - wyjaśnił, a wręcz opowiedział trochę na około jak to było. Błagam, połącz kropki modlił się niejako, nie chcąc więcej tego kontynuować... ale czuł, że musi to robić tak długo, aż wuj zrozumie, że chodzi o tych przeklętych Śmierciożerców.
Borgin zdawał sobie też sprawę, że nikt nie mógł pilnować Roberta 24/7. Po pierwsze - Stanley, jego syn, dostałby chyba z ojcem pierdolca gdyby miał spędzić z nim cały miesiąc czy coś takiego. Po drugie - Richard, jego brat, najpewniej też, zwłaszcza kiedy jego bliźniak zachowywał się jak zbuntowana nastolatka.
Stanley oczywiście miał zamiar dalej przekazywać informacje, które mogłyby być przydatne do zapewnienia bezpieczeństwa Robertowi czy reszcie jego rodziny. W końcu to nie chodziło tylko o niego - wszyscy z jego kręgu byli zagrożeni. Jego najbliżsi - brat, córka czy żona zapewne też mogliby być na jakiejś liście. Wszyscy musieli mieć się na baczności.
- Zgadzam się... Mam jednak nadzieję, że to wszystko okaże się tylko jakimś złudzeniem... i kiedyś będziemy mogli się z tego po prostu śmiać - przyznał, zdając sobie sprawę, że to trochę nierealne marzenie - Ale uważaj też na siebie... Chociaż zdaje sobie sprawę, że bycie funkcjonariuszem zaprawia człowieka... to oni nie znają litości. Zrobią wszystko, aby zaspokoić jego rządzę - dodał. Skąd to wiedział? Bo sam to przecież de facto robił. Sam mordował bez zawahania w jego imieniu. Sam prowadził innych, aby mogli zrobić dokładnie to samo.
"Riddikulus!"
- Danielle Longbottom na widok Stanleya Bo[r]gina
"Jestem dumna, że pomagałeś podczas zamachu."
- Stella Avery na wieści o udziale Stanley w walkach podczas Beltane 1972