Jej życie ostatnio trochę wywróciło się do góry nogami. Nie, żeby zazwyczaj nie było bardzo intensywne. Nawet Yaxley miała pewne granice. Theseus wyjechał, jakoś pod koniec marca, praktycznie wcale się nie odzywał. Kurewsko jej go brakowało, w końcu od czasu nauki w Hogwarcie był jej przyjacielem, później współpracownikiem, aż stał się również współlokatorem. Lubiła to życie z nim obok siebie, przywykła do jego obecności, dość istotne było to, że każde z nich miało swoją przestrzeń, często się mijali, ale kiedy przychodziła potrzeba spędzali również wspólne chwile. Teraz zniknął, nie było go wcale. Później był Mellvyn, z którym spędziła bardzo intensywny miesiąc, jaka była głupia, że myślała, że uda jej się go zmienić, że będzie chciał dla niej porzucić przyzwyczajenia. Zaangażowała się nawet w szukanie lekarstwa na tę nieszczęsną chorobę, poprosiła przyjaciół o wsparcie, a ten nie potrafił przestać ćpać. Próbowała, walczyła, nic to nie dało. Pewnego dnia po prostu zniknął. Nadal nie do końca to przetrawiła. Skoro nawet ćpun jej nie chciał, to cóż, najwyraźniej pozostawała jej samotność, to chyba nie byłoby aż takie najgorsze. Miała przy sobie brata, tyle, że poza nim pojawiła się ta jego znajoma, która też u niej zamieszkała. Ger nie do końca było to na rękę, szczególnie, że ją w tej chwili opuścili wszyscy najbliżsi, nawet Gio przestał się do niej odzywać. Nie chciała się na nich mścić przez swoje życiowe niepowodzenia, ale trochę zazdrościła im tego, że mają siebie nawzajem. Widziała jak Ast na nią patrzy, nie wnikała specjalnie w to, co ich łączył, musiała być dla niego ważna, skoro z nimi zamieszkała.
Jakoś tak wyszło, że nie odmówiła Kim pomocy w polowaniu na hipogryfa, szczególnie, że miały mu wyrwać tylko trochę piór, nic trudnego, szkoda by jednak było, żeby dziewczyna bez doświadczenia, sama próbowała to robić. Jeszcze by ją staranował.
Ger szła przed siebie pewnym krokiem, całkiem szybko. Zwalniała trochę, gdy zauważała, że Młoda nie może za nią nadążyć. - To zależy. - Mruknęła krótko, była to odpowiedź na każde pytanie, które jej zadała, a przynajmniej tak się wydawało Yaxley. W przeciwieństwie do swojej towarzyszki ona nie była specjalnie wylewna, nie należała do osób, które paplały na okrągło.
- Po kolei. Zabijam, jeśli przyjdzie taka potrzeba, czasem znajduję ranne, nie pozwalam im się męczyć. - Wolała to sprostować. - Musimy pójść w górę, tamte szczyty, zazwyczaj mają gniazda w kamieniach, bo ciężko jest się tam wdrapać. - Pokazała jej palcem na wzniesienie, które znajdowało się przed nimi.