22.01.2024, 01:31 ✶
Trwała w żywicy chwili, trochę nierozbudzona, trochę bierna w starciu z nieodgadnioną zagadkowością chwili. Czuła na sobie moc męskiego spojrzenia, moc do której nie przywykła, na pewno nie w sytuacji, w której w obrębie cudzych, bacznych oczu chciała się pławić.
W końcu zło jest takie proste, takie banalnie łatwe.
Odpowiedziała mu wzrokiem, obwódkami tęczówek, w których mógł bez przeszkód odczytać emocje, zadumę oraz niepewność na temat filozofii jego wypowiedzi. Słów, których nie chciała wypuszczać obecnie w eter; trudów nie-beztroski młodzieńczych, przeżytych lat; pod maską skromności i nieśmiałości, kobiety lgnącej do zniszczenia, goniącej za czymś, co mogło skrzywdzić, osłabić, okaleczyć. Zabić. Dalej kryło się znacznie więcej, coś miękkiego, ludzkiego, przepełnionego po brzegi troską i wrażliwością. Ten dualizm ją przytłaczał i z bólem serca musiała przyznać — jakże ciężko było czasem żyć z samą sobą.
I wtedy też poczuła zimno kciuka muskającego jej skórę.
Rozwaga, opanowanie, wypadły z władzy uścisku; czuła, jak trzymana amfora powściągliwości wysuwa się nagle z rąk; słyszała, jak się rozbija, wydając z siebie pisk trzasku. Widziała oczami podświadomości swoje własne cmentarzysko odłamków, niekształtnych, ostrych krawędzi drażniących ją pragnieniem osiadłym na dnie umysłu.
I nagle ta popękana, acz wciąż gruba, skorupa naiwności pękła na jej oczach. Strzępki świadomości zaczęły dopasowywać mikro momenty w ramy, tworząc z nich szablony wzorów, które zaczynała powoli rozwiązywać i rozumieć.
Czyżby Morpheus w coś z nią grał?
Wszystko było maską, pod którą trząsł się brud. Sama, i to całkiem nieźle, unikała przytoczonej prawdy, prawdy okrutnej, szorstkiej i nieprzyjemnej. Wstrętnej jak twarz chimery; prawdę broczącą w środku, kaszlącą przypływem ropy.
Czyż to nie miało jak najwięcej sensu?
— A mogę też na głos? — wyszeptała równie cicho, nie uginając się pod ofensywą jego spojrzenia. Przymknęła oczy, gdzieś w głębinach samej siebie poszukując odpowiedzi na jego żądanie.
I choć wydawało jej się, że rozwiązywała jakąś starożytną łamigłówkę, do której złoty klucz tkwił w jej dłoniach, nie odczuwała żadnych pęt opresji. Nie była w potrzasku i choć rytm własnego serca zdawał się zagłuszać ich stonowane oddechy, nie obawiała się niczego.
Może nawet jej się to podobało?
W końcu zło jest takie proste, takie banalnie łatwe.
Odpowiedziała mu wzrokiem, obwódkami tęczówek, w których mógł bez przeszkód odczytać emocje, zadumę oraz niepewność na temat filozofii jego wypowiedzi. Słów, których nie chciała wypuszczać obecnie w eter; trudów nie-beztroski młodzieńczych, przeżytych lat; pod maską skromności i nieśmiałości, kobiety lgnącej do zniszczenia, goniącej za czymś, co mogło skrzywdzić, osłabić, okaleczyć. Zabić. Dalej kryło się znacznie więcej, coś miękkiego, ludzkiego, przepełnionego po brzegi troską i wrażliwością. Ten dualizm ją przytłaczał i z bólem serca musiała przyznać — jakże ciężko było czasem żyć z samą sobą.
I wtedy też poczuła zimno kciuka muskającego jej skórę.
Rozwaga, opanowanie, wypadły z władzy uścisku; czuła, jak trzymana amfora powściągliwości wysuwa się nagle z rąk; słyszała, jak się rozbija, wydając z siebie pisk trzasku. Widziała oczami podświadomości swoje własne cmentarzysko odłamków, niekształtnych, ostrych krawędzi drażniących ją pragnieniem osiadłym na dnie umysłu.
I nagle ta popękana, acz wciąż gruba, skorupa naiwności pękła na jej oczach. Strzępki świadomości zaczęły dopasowywać mikro momenty w ramy, tworząc z nich szablony wzorów, które zaczynała powoli rozwiązywać i rozumieć.
Czyżby Morpheus w coś z nią grał?
Wszystko było maską, pod którą trząsł się brud. Sama, i to całkiem nieźle, unikała przytoczonej prawdy, prawdy okrutnej, szorstkiej i nieprzyjemnej. Wstrętnej jak twarz chimery; prawdę broczącą w środku, kaszlącą przypływem ropy.
Czyż to nie miało jak najwięcej sensu?
— A mogę też na głos? — wyszeptała równie cicho, nie uginając się pod ofensywą jego spojrzenia. Przymknęła oczy, gdzieś w głębinach samej siebie poszukując odpowiedzi na jego żądanie.
I choć wydawało jej się, że rozwiązywała jakąś starożytną łamigłówkę, do której złoty klucz tkwił w jej dłoniach, nie odczuwała żadnych pęt opresji. Nie była w potrzasku i choć rytm własnego serca zdawał się zagłuszać ich stonowane oddechy, nie obawiała się niczego.
Może nawet jej się to podobało?