22.01.2024, 03:59 ✶
Rechot.
Podciągnęła kąciki ust w bladym świetle uśmiechu, czując zakłopotanie i niesmak zarazem; machinalnie, ręką odgarnęła kosmyk uczesania, który wcale nie był zagubiony i wcale nie potrzebował pomocy. Spojrzeniem zezowała między nim, a połaciami migawek zza okna pociągu, który nieubłaganie zbliżał się do punktu ich misji.
— Też lubię Poe — odparła cicho, wciąż ewidentnie zdeprymowana, łapiąc się za kciuk, tak jakby ciągnęła za jakąś wyimaginowaną wajchę, mającą jej zesłać pomoc w starciu ze skrępowaniem. Jeśli do tej pory przez głowę Crow'a przeszło wrażenie, iż dziewczyna patrzy na niego z góry, to to wrażenie musiało kompletnie wyparować z eteru.
Ewidentnie była frajerką, o czym facet miał przekonać się tego dnia (najprawdopodobniej) wielokrotnie.
Powstała z siedzenia wraz z piskiem szyn, zakładając marynareczkę i odbierając od niego drogocenną walizkę. Jeszcze przed wyjściem wygładziła nieistniejące marszczenia na tkaninie, po czym ruszyła za Crow'em na zewnątrz. Nawet nie zauważyła wyciągniętej dłoni; czy to z zamyślenia, czy przestymulowania — może również nie spodziewała się wielu grzecznościowych gestów z jego strony (chociaż z walizeczką pomagał...)
Znajdę cię.
Wlepiła w niego owcze spojrzenie, przyłapana na kompletnym zgaszeniu systemu. Skinęła jedynie głową, bo w porę nie zdążyła odtworzyć tonu zdecydowania i gotowości, takiego którego sobie skonstruowała kilka minut później, gdy facet już się zdążył zmyć. Zupełnie tak jakby cisnął w nią paskudną obrazą, a ona w całej swojej krasie rozbabrania, nie odparowałaby mu jakąkolwiek ripostą na dzień dobry.
Ale przecież to było tylko pożegnanie.
W porządku, do zobaczenia!
Odpowiedziałaby niczym żołnierz gotowy do boju.
Zalała ją kolejna fala zażenowania samą sobą, a misja jeszcze się przecież nie zaczęła. Obserwując jego oddalającą się sylwetkę, przyłapała się nawet na myśli, że Crow tak właściwie wyglądał całkiem cool – czy mógłby zostać jej kolegą? Nie oszukiwała się, wiedząc, że wizualnie (bo myślami nie wykraczała poza inne wymiary) od siebie odstawali. Przypominał jej jednostki ze Slytherinu, zawsze przylepione do siebie w grupach, zawsze niedostępne, chłodne, intrygujące. Odkąd pamiętała, wyrażała głośną pogardę przeciwko takim jak on, ale z czasem coś w niej topniało, frapowało i kusiło do zastanowienia się jakby to było być jednym z nich.
Bo przecież może nie byli tacy źli, a wyglądali na takich, którzy zawsze się dobrze bawili. Tak jak Levi, który sprawiał wrażenie aroganckiego paniska, a był... no był Levim.
Oddaliła się niespiesznie, bez planu i celu. Krążąc nieznanymi sobie ulicami, przystanęła w pewnym momencie na dziedzińcu, pod jedną ze strzelistych sukiennic i oparła się ramieniem o cegłę, trochę znudzona, ale przynajmniej elegancka. Pochyliła lekko głowę, spoglądając dalej, między kamienice, w szpary kolejnych wąskich ulic. Nie sposób było nie zauważyć lokalnego pubu, do którego sama za nic w świecie by nie zajrzała, lecz pod niewidocznym, ale wszechpotężnym opactwem Crowa, poczuła wewnętrzną, elektryzującą moc.
Bez wahania, ruszyła do środka.
— Dzień dobry... poproszę piwo— powiedziała nieco drżącym głosem, nonszalancko opierając się o lepki blat speluny.
— Jakie?
— Najmocniejsze.
Też potrafiła być cool.
Podciągnęła kąciki ust w bladym świetle uśmiechu, czując zakłopotanie i niesmak zarazem; machinalnie, ręką odgarnęła kosmyk uczesania, który wcale nie był zagubiony i wcale nie potrzebował pomocy. Spojrzeniem zezowała między nim, a połaciami migawek zza okna pociągu, który nieubłaganie zbliżał się do punktu ich misji.
— Też lubię Poe — odparła cicho, wciąż ewidentnie zdeprymowana, łapiąc się za kciuk, tak jakby ciągnęła za jakąś wyimaginowaną wajchę, mającą jej zesłać pomoc w starciu ze skrępowaniem. Jeśli do tej pory przez głowę Crow'a przeszło wrażenie, iż dziewczyna patrzy na niego z góry, to to wrażenie musiało kompletnie wyparować z eteru.
Ewidentnie była frajerką, o czym facet miał przekonać się tego dnia (najprawdopodobniej) wielokrotnie.
Powstała z siedzenia wraz z piskiem szyn, zakładając marynareczkę i odbierając od niego drogocenną walizkę. Jeszcze przed wyjściem wygładziła nieistniejące marszczenia na tkaninie, po czym ruszyła za Crow'em na zewnątrz. Nawet nie zauważyła wyciągniętej dłoni; czy to z zamyślenia, czy przestymulowania — może również nie spodziewała się wielu grzecznościowych gestów z jego strony (chociaż z walizeczką pomagał...)
Znajdę cię.
Wlepiła w niego owcze spojrzenie, przyłapana na kompletnym zgaszeniu systemu. Skinęła jedynie głową, bo w porę nie zdążyła odtworzyć tonu zdecydowania i gotowości, takiego którego sobie skonstruowała kilka minut później, gdy facet już się zdążył zmyć. Zupełnie tak jakby cisnął w nią paskudną obrazą, a ona w całej swojej krasie rozbabrania, nie odparowałaby mu jakąkolwiek ripostą na dzień dobry.
Ale przecież to było tylko pożegnanie.
W porządku, do zobaczenia!
Odpowiedziałaby niczym żołnierz gotowy do boju.
Zalała ją kolejna fala zażenowania samą sobą, a misja jeszcze się przecież nie zaczęła. Obserwując jego oddalającą się sylwetkę, przyłapała się nawet na myśli, że Crow tak właściwie wyglądał całkiem cool – czy mógłby zostać jej kolegą? Nie oszukiwała się, wiedząc, że wizualnie (bo myślami nie wykraczała poza inne wymiary) od siebie odstawali. Przypominał jej jednostki ze Slytherinu, zawsze przylepione do siebie w grupach, zawsze niedostępne, chłodne, intrygujące. Odkąd pamiętała, wyrażała głośną pogardę przeciwko takim jak on, ale z czasem coś w niej topniało, frapowało i kusiło do zastanowienia się jakby to było być jednym z nich.
Bo przecież może nie byli tacy źli, a wyglądali na takich, którzy zawsze się dobrze bawili. Tak jak Levi, który sprawiał wrażenie aroganckiego paniska, a był... no był Levim.
Oddaliła się niespiesznie, bez planu i celu. Krążąc nieznanymi sobie ulicami, przystanęła w pewnym momencie na dziedzińcu, pod jedną ze strzelistych sukiennic i oparła się ramieniem o cegłę, trochę znudzona, ale przynajmniej elegancka. Pochyliła lekko głowę, spoglądając dalej, między kamienice, w szpary kolejnych wąskich ulic. Nie sposób było nie zauważyć lokalnego pubu, do którego sama za nic w świecie by nie zajrzała, lecz pod niewidocznym, ale wszechpotężnym opactwem Crowa, poczuła wewnętrzną, elektryzującą moc.
Bez wahania, ruszyła do środka.
— Dzień dobry... poproszę piwo— powiedziała nieco drżącym głosem, nonszalancko opierając się o lepki blat speluny.
— Jakie?
— Najmocniejsze.
Też potrafiła być cool.