Vespera nosiła ogrom masek, a jedna z nich nawet, w niektórych sytuacjach naprawdę widniała na jej twarzy, a była to maska Śmierciożerczyni. Wyglądała niepozornie, delikatnie, uwodzicielsko i niewinnie. Nikt nie pomyślałby, że ten drobny i kruchy kwiat skrywa w swoim umyśle zepsutego demona, który pożerał słabych na śniadanie jako dodatek do jajek. Za pomocą swojego daru zaglądała ludziom w przeszłość i wyciągała ich brudy na światło dzienne, tworzyła chaos pod postacią małej diablicy. Nie miała problemu zemścić się na wrogach, nie miała problemu w zabijaniu ich i usuwaniu ze swojej drogi. Nie była zła do szpiku kości, jeszcze bez powodu nikogo nie skazała na śmierć, czasami niektórych oszczędziła, a byli wśród takich nawet i mugole. Teraz, gdy była w ciąży czuła ten ciężar jeszcze mocniej, bo zwykle odbierała życie, a nie je dawała. Nie wiedziała nawet, co miała dalej robić, czy Czarny Pan się po nią upomni, albo po jej dzieci, tylko po co by mu było jej dziecko, hm?
Miała już za sobą dwa nieudane małżeństwa i obawiała się, że to trzecie, które będzie dzielić z Perseusem Blackiem też skończy się źle. Czasami miała wrażenie, że to jej wina, że to na niej ciąży jakaś klątwa, która doprowadza mężczyzn blisko niej do szaleństwa… ale prawda była taka, że to ona nie potrafiła ich utrzymać przy zdrowych zmysłach. Na każdym z wybranych przez jej ojca mężach po prostu mściła się, aby odkupić swój żal za wczesne usidlenie pod postacią obrączki. Z Blackiem było inaczej – tak ciągle sobie powtarzała – bo to ona sama go zechciała, sama go wybrała i ojciec nie maczał w tym swoich palców.
Jej bystre oczy przeskakiwały z zaciekawieniem po obrazach wiszących na ścianach. Wiedziała, że nie przyszła tu oglądać, ale to było silniejsze od niej. Od dłuższego czasu coraz trudniej było jej się skupić na jednej rzeczy, coraz częściej się rozpraszała i nie potrafiła tego niczemu przypisać. Czasami miała wrażenie, że to przez to dziecko, ale szybko odrzucała tę myśl, aby nie karać go nim się jeszcze pojawiło. W końcu dotarli do celu swojej podróży, jej wzrok padł na zwój, ale to Morpheus pierwszy zaczął go badać. W ostatnim czasie Vespera była jeszcze bardziej ostrożna w obcowaniu z artefaktami. Nie chciała nic złapać, żadnej klątwy, aby przypadkiem nie zaszkodzić dziecku, więc stała stosunkowo blisko przy Longbottomie, aby mieć też odpowiedni widok na zwój, ale dając mu przestrzeń do pracy. Chciała go powstrzymać przed dotknięciem go, ale nie zdążyła. Już po chwili zauważyła jak jego skóra zaczęła zmieniać kolor.
– Panie Longbottom jak się pan czuje? – zapytała w końcu przerywając swoje milczenie – Ten przedmiot… niech pan spojrzy na swoje dłonie – zaczęła się w niego intensywnie wpatrywać. Fascynujące.