Widząc, że rozbawienie wstąpiło na twarz Eden, poczuł się zobowiązany, aby odpowiedzieć podobnym gestem. W jego przypadku jednak z lekka wymuszony uśmiech ustępował raz po raz zatroskanej minie, jak gdyby dalej nie wiedział, czy w tej wymianie zdań jest partnerem kobiety, czy też z każdym wypowiedzianym przez siebie słowem, coraz bardziej traci w jej oczach. Ciężko było ją odczytać. Niektórzy ludzie byli niczym otwarte księgi, które można było swobodnie kartkować, ale panna Malfoy przypominała raczej wolumin, do którego nikt nie miał pełnego dostępu i potencjalny czytelnik mógł jedynie zapoznać się z kilkoma rozdziałami i to na dodatek w losowej kolejności.
— Celujesz w bardzo konkretną publikę w tym stand-upie. Nadzwyczaj wymagającą. Aczkolwiek rozumiem chęć stawiania sobie wyzwań. W końcu najtrudniej zadowolić samego siebie czyż nie? Każde zwycięstwo sprawia, że człowiek pragnie piąć się coraz wyżej. Dąży do perfekcji, do maksymalizacji potencjału przy jednoczesnej minimalizacji efektów ubocznych, a samą myśl o obniżeniu oczekiwań względem samego siebie uznaje za słabość. — Uniósł prawy kącik ust w krzywym uśmiechu. — Gdy już osiągniesz biegłość w tym fachu, wątpię, aby ktokolwiek był w stanie poddać w wątpliwości Twoje umiejętności komediowe. Tym bardziej doceniam to, że pozwoliłaś mi obserwować swoje wyczyny. Jestem przekonany, że będę nie raz nie dwa wracał myślami do tej chwili.
Zastygł w bezruchu, gdy poczuł delikatną dłoń Eden na swoim udzie. Przejechał wzrokiem po jej palcach, a następnie kontynuował podróż przez jej nadgarstek, przedramię, bark oraz szyję, aby koniec końców zatrzymać się na jej oczach. Przekrzywił czubek głowy w bok, marszcząc przy tym dramatycznie brwi, zupełnie nie rozumiejąc, czemu kobieta tak się zachowuje w stosunku do niego. Z tego wszystkiego aż nie zarejestrował jej słów odnośnie do herbacianej papeterii. A szkoda. Pokręcił powoli głową, starając się wyrwać z zamyślenia.
— Ciężko się nie zgodzić. Każdy ma potencjał ku temu, aby w pewnym momencie oddać się swojej mrocznej naturze. To nawet nie kwestia czarnej magii, gdyż w takim przypadku służyłaby ona jedynie jako narzędzie ułatwiające ekspresję — przyznał Erik, rozkładając teoretyczny scenariusz zaprezentowany przez kobietę na czynniki pierwsze. — Taka jest po prostu ludzka natura. Na szczęście mamy jedną przydatną umiejętność w arsenale... Samokontrolę. Ta to dopiero bywa przydatna, jeśli ktoś nie chce ulegać tego typu ciągotom przy pierwszej lepszej okazji.
Zamrugał, gdy blondynka tak brutalnie podsumowała postać jego siostry. Niby można było się zgodzić z pewnymi aspektami jej opinii, jednak chyba nieco się zapędziła w swoim osądzie. Nie, po prostu jej jeszcze wystarczająco dobrze nie poznała, pomyślał, postanawiając wybaczyć tę zniewagę. Co Eden mogła wiedzieć o gadulstwie Brenny, skoro ani razu nie uczestniczyła w rodzinnym obiedzie u Longbottomów? Dopiero po takim wydarzeniu można było poddać sprawiedliwej ocenie nieprawdopodobną wręcz elokwencję młodej BUMerki i pasję, jaką okazywała przy niemalże każdej rozmowie.
— Cóż, to też jest swego rodzaju sztuka, nie sądzisz? Potrzeba nie lata talentu, aby przegadać co poniektóre osoby. Akurat w tej kwestii sprawdza się wyśmienicie. — Erik strzelił kostkami palców obu dłoni. — Dobrze wiedzieć. Przekażę jej Twój komplement. Na pewno wybrzmi lepiej, gdy powiem, że jest od Ciebie. I tak nawiasem mówiąc, ponadprzeciętna aparycja jest u nas rodzinna. I chyba nie tylko u nas z tego, co się orientuję.
Uśmiechnął się półgębkiem do swej towarzyszki, chociaż ze świecą było szukać w jego oczach jakichkolwiek oznak tego, że próbuje z nią otwarcie flirtować. Jeśli już to rzucał drobnymi sugestiami, ale starał się je wykorzystać w taki sposób, aby w nieco bardziej wyszukany sposób przekazać koleżeński komplement. Żadnych dwuznaczności. Był święcie przekonany, że kobieta odbierze jego słowa w odpowiedni sposób. Skoro tak dobrze operowała słowem, to na pewno nie będzie miała z tym najmniejszych problemów.
— Głodnemu chleb na myśli, panno Malfoy — sprecyzował zręcznie, czując, że jest łapany za każde słówko, które chociaż trochę odstaje od szeregu. Cóż, była to lekcja, którą planował nie tylko zapamiętać, ale i przyswoić. Wprawdzie wątpił, aby operował tego typu metodami na takim poziomie, jak Eden, jednak warto by było poznać ogólniki. — Jeśli chodzi o mnie, moje intencje były i pozostają całkowicie czyste. Przykro mi, że rozczarowuję, jednak wszelkiego rodzaju możliwe insynuacje są produktem ubocznym prób dorównania Tobie w sztuce konwersacji.
Pokiwał z godnością głową, ciesząc się, że Eden postanowiła dać mu trochę miejsca, wracając na swoją poprzednią pozycję. Przez chwilę bił się z myślami, jak też powinien zareagować na tego typu propozycję. Rozchylił lekko wargi, jednak z jego ust nie wydobył się żaden dźwięk. Zmarszczył brwi, ale po chwili wykrzywił usta w pogodnym uśmiechu, jakby właśnie mu powiedziano, że po pracy kobieta kupi mu placek dyniowy.
— W takim razie jestem zobowiązany odwdzięczyć się tym samym. Wspólny niedzielny obiad w Dolinie Godryka brzmi zachęcająco, czyż nie? Ty, ja, Brenna zagadująca cię w każdej możliwej chwili, pomiędzy jednym kęsem pieczeni a drugim. — Westchnął rozanielony tkanym właśnie scenariuszem. — Oczywiście, rozumiem, że obcowanie z dwójką Longbottomów naraz może być nieco traumatyczne, więc z radością przyjmiemy też Twojego brata lub inną osobę towarzyszącą, jeśli dzięki temu będziesz się nas mniej bać.
Nie każdy potrafił znieść towarzystwo Erika i Brenny, zwłaszcza jeśli byli zamknięci na małym obszarze. Przykucie do stołu na co najmniej dwie lub trzy godziny mogło się wydawać co poniektórym niemałą torturą. Całkowicie by zrozumiał, gdyby Eden stwierdziła, że wolałaby spasować. Po prostu mało kto miał odpowiednią wytrzymałość, aby stanąć w szranki z takim wyzwaniem.
❝On some nights, the moon thinks about ramming into Earth,
slamming into civilization like some kind of intergalactic wrecking ball.
On other nights, it's pretty content just to make werewolves.❞