22.01.2024, 17:06 ✶
Layla uśmiechnęła się do Erik wesoło, widząc jak rumieni się pod wpływem jej słów. Chociaż prawdę powiedziawszy, myślała że podobni jemu dość szybko przyzwyczajają się do otaczającej ich sławy czy zainteresowania jakie mogą wywoływać. Bo przecież jeszcze zanim w gazetach pokazały się te śmieszne artykuły o najlepszych kawalerach i pannach Londynu, też dało się słyszeć o Longbottomie. To tu to tam dało się znaleźć jego nazwisko wysmarowane pod jakimś komentarzem czy zdjęciem. Wystarczyło tylko czytać gazety.
— Nie powinien się pan tak tym chwalić na prawo i lewo, bo zaraz obsiądzie pana gromada fanek — uśmiechnęła się do niego życzliwie, chociaż może odrobinę tak, jakby próbowała mu wyjaśnić najbardziej podstawową życiową prawdę. Była niemal pewna, że gdyby tylko odpowiednio głośno wypowiedzieć wariację słów Erik Longbottom i wolny, chociażby w tym momencie, to zaraz ktoś by się w ich otoczeniu tą informacją odpowiednio zainteresował.
— Oh nie. Pojawiamy się przy Charing Cross Road cyklicznie. To bardzo wygodne miejsce, żeby się rozstawić. Blisko Pokątnej, ale wciąż jest na wszystko odpowiednio dużo miejsca — wyjaśniła, może tylko trochę dziwiąc się, że nie był tego świadomy. W końcu było coś przyciągającego w momentach, kiedy cyrk wyrastał w mieście niczym grzyby po deszczu. Wszyscy wydawali się zawsze zaskoczeni tym, jak szybko wzrastały namioty, a jednocześnie wyczekiwali tej chwili z niecierpliwością, spragnienie pstrokatych barw, roześmianych artystów i zapachu płynącego z budek z jedzeniem.
— Tak — odpowiedziała trochę sztywno, zerkając na moment na Elaine, jakby szukając w niej w tym momencie potwierdzenia. Bo przecież musiały działać, prawda? A przynajmniej powinny. Kiedy ostatni raz je sprawdzała, to wszystko wydawało się działać jak należy, ale... no dobrze, czy ona w ogóle je sprawdzała?
— Jeśli chodzi o wszelkie pozwolenia i licencje, to wszystko posiadamy — chyba jakoś wyjątkowo, ale tego oczywiście nie zamierzała dodawać. Czasem zdarzało im się ustawiać nie posiadając wszystkich potrzebnych dokumentów, ale z tego co ostatnio rozmawiała z Alexandrem, w tym roku mogli sobie pogratulować i to z pocałowaniem w rękę.
Layla mrugnęła. Bardzo powoli i w sposób, który świadczył o tym że poważnie zastanawiała się nad tym, czy właśnie się nie przesłyszała. Walki lwów i tygrysów? Przez moment tak stała i patrzyła na Longbottoma, jakby się właśnie z choinki urwał, albo może z kimś wątpliwym na rozumy pozamieniał, ale chyba wyglądał na nawet poczytalnego.
— Nic mi o tym nie wiadomo — powiedziała powoli, chyba wciąż nie do końca dowierzając, że musiała pana władzę zapewniać, że nikt tu sobie nie urządza walk zwierzą. Co prawda Elaine mogła kogoś pogryźć, ale nie było tutaj mowy w tym momencie o wściekłych lisach. Nie znaczyło to jednak, że jakoś mimowolnie nie spojrzała na Lisiczkę, kiedy tak obok niej stała. — Zwierzęta w naszym cyrku stanowią część naszej rodziny. Nikt nie zrobiłby czegoś takiego — dodała po chwili, o wiele pewniej i bardziej zdecydowanym tonem, wyrywając się z pewnego zamyślenia.
Reszty zarzutów wysłuchała w milczeniu i z odpowiednio skwaszoną miną, na wzmiankę o kobiecie i jej profetycznych snach, unosząc dodatkowo brwi. Ostatkiem sił powstrzymała się, żeby wspomnieć złośliwie o tym, że mąż tej pani to chyba był trochę za stary, bo wiadomo że oni z ulicy zabierali tylko dzieciaki.
— Bzdury i pomówienia — podsumowała to wszystko, ściągając na moment usta w pełnym zniesmaczenia grymasie. — Panie Longbottom, to jest cyrk. Niektórym ludziom się może to nie mieścić w głowie, ale jesteśmy poważną placówką rozrywkową — rzuciła, tak jakby go na wejściu nie przywitał popis w wykonaniu Jima i Flynna, który w sumie mógł mówić sam za siebie. — Jesteśmy tutaj od... ledwo czterech dni. W czwartek dojechaliśmy tutaj. W piątek rozpoczęliśmy akcję promocyjną, bo weekend to dla nas pracowity okres. 1 i 2 prowadziliśmy regularne występy, które trwały zaledwie do późnych godzin wieczornych — nie nocnych! — Jeśli pan chcę, mogę podzielić się rozkładówką, która zawiera rozpiskę standardowych atrakcji i występów na arenie. Nie mówiąc już o tym, że kiedy tylko przybyliśmy tego 29 czerwca, pierwsza rzecz jaka została zrobiona, to okazanie odpowiednich dokumentów przedstawicielce Brygady Uderzeniowej.
— Nie powinien się pan tak tym chwalić na prawo i lewo, bo zaraz obsiądzie pana gromada fanek — uśmiechnęła się do niego życzliwie, chociaż może odrobinę tak, jakby próbowała mu wyjaśnić najbardziej podstawową życiową prawdę. Była niemal pewna, że gdyby tylko odpowiednio głośno wypowiedzieć wariację słów Erik Longbottom i wolny, chociażby w tym momencie, to zaraz ktoś by się w ich otoczeniu tą informacją odpowiednio zainteresował.
— Oh nie. Pojawiamy się przy Charing Cross Road cyklicznie. To bardzo wygodne miejsce, żeby się rozstawić. Blisko Pokątnej, ale wciąż jest na wszystko odpowiednio dużo miejsca — wyjaśniła, może tylko trochę dziwiąc się, że nie był tego świadomy. W końcu było coś przyciągającego w momentach, kiedy cyrk wyrastał w mieście niczym grzyby po deszczu. Wszyscy wydawali się zawsze zaskoczeni tym, jak szybko wzrastały namioty, a jednocześnie wyczekiwali tej chwili z niecierpliwością, spragnienie pstrokatych barw, roześmianych artystów i zapachu płynącego z budek z jedzeniem.
— Tak — odpowiedziała trochę sztywno, zerkając na moment na Elaine, jakby szukając w niej w tym momencie potwierdzenia. Bo przecież musiały działać, prawda? A przynajmniej powinny. Kiedy ostatni raz je sprawdzała, to wszystko wydawało się działać jak należy, ale... no dobrze, czy ona w ogóle je sprawdzała?
— Jeśli chodzi o wszelkie pozwolenia i licencje, to wszystko posiadamy — chyba jakoś wyjątkowo, ale tego oczywiście nie zamierzała dodawać. Czasem zdarzało im się ustawiać nie posiadając wszystkich potrzebnych dokumentów, ale z tego co ostatnio rozmawiała z Alexandrem, w tym roku mogli sobie pogratulować i to z pocałowaniem w rękę.
Layla mrugnęła. Bardzo powoli i w sposób, który świadczył o tym że poważnie zastanawiała się nad tym, czy właśnie się nie przesłyszała. Walki lwów i tygrysów? Przez moment tak stała i patrzyła na Longbottoma, jakby się właśnie z choinki urwał, albo może z kimś wątpliwym na rozumy pozamieniał, ale chyba wyglądał na nawet poczytalnego.
— Nic mi o tym nie wiadomo — powiedziała powoli, chyba wciąż nie do końca dowierzając, że musiała pana władzę zapewniać, że nikt tu sobie nie urządza walk zwierzą. Co prawda Elaine mogła kogoś pogryźć, ale nie było tutaj mowy w tym momencie o wściekłych lisach. Nie znaczyło to jednak, że jakoś mimowolnie nie spojrzała na Lisiczkę, kiedy tak obok niej stała. — Zwierzęta w naszym cyrku stanowią część naszej rodziny. Nikt nie zrobiłby czegoś takiego — dodała po chwili, o wiele pewniej i bardziej zdecydowanym tonem, wyrywając się z pewnego zamyślenia.
Reszty zarzutów wysłuchała w milczeniu i z odpowiednio skwaszoną miną, na wzmiankę o kobiecie i jej profetycznych snach, unosząc dodatkowo brwi. Ostatkiem sił powstrzymała się, żeby wspomnieć złośliwie o tym, że mąż tej pani to chyba był trochę za stary, bo wiadomo że oni z ulicy zabierali tylko dzieciaki.
— Bzdury i pomówienia — podsumowała to wszystko, ściągając na moment usta w pełnym zniesmaczenia grymasie. — Panie Longbottom, to jest cyrk. Niektórym ludziom się może to nie mieścić w głowie, ale jesteśmy poważną placówką rozrywkową — rzuciła, tak jakby go na wejściu nie przywitał popis w wykonaniu Jima i Flynna, który w sumie mógł mówić sam za siebie. — Jesteśmy tutaj od... ledwo czterech dni. W czwartek dojechaliśmy tutaj. W piątek rozpoczęliśmy akcję promocyjną, bo weekend to dla nas pracowity okres. 1 i 2 prowadziliśmy regularne występy, które trwały zaledwie do późnych godzin wieczornych — nie nocnych! — Jeśli pan chcę, mogę podzielić się rozkładówką, która zawiera rozpiskę standardowych atrakcji i występów na arenie. Nie mówiąc już o tym, że kiedy tylko przybyliśmy tego 29 czerwca, pierwsza rzecz jaka została zrobiona, to okazanie odpowiednich dokumentów przedstawicielce Brygady Uderzeniowej.