22.01.2024, 21:24 ✶
Florence nie zbiegła po schodach, chociaż i tak zeszła na dół dość szybko. Mogła w teorii posłać skrzata, nie lubiła jednak, kiedy ten otwierał drzwi – po części dlatego, że tajemnicę wejścia do kamienicy Bulstrodów znali jedynie krewni i przyjaciele, a kobiecie zdawało się trochę niewłaściwe, by witał ich sługa.
– Dzień dobry, Patrick – przywitała się, uśmiechając do niego lekko. Przyjęła podarek, niezbyt zdziwiona, że Steward nie przyszedł z pustymi rękami i że zdecydował się właśnie na tę czekoladę, którą sama często wręczała pacjentom przemarzniętym albo wyczerpanym. – Na razie pójść ze mną na górę. Potem po prostu stać. I nie komentować kształtu świec. Nie miałam większego wyboru, nie chciałam zabierać niczego ze szpitalnych zapasów – westchnęła Florence, odwracając się i gestem zapraszając go, by wszedł do środka. Potem poprowadziła go po schodach, dobrze zresztą mu znaną drogą, na piętro i w bok, do części kamienicy, którą zajmowała. Najstarsza córka rodu zaanektowała dla siebie przestrzeń mniejszą od tej, jaka przypadła jej braciom – był to jednak jej własny wybór, bo po pierwsze, i tak nie potrzebowała więcej, po drugie, gdzieś głęboko w głowie Florence tkwiła świadomość, że to któryś z nich będzie panem tego domu, po trzecie wreszcie… mając do mniej pomieszczeń dużo łatwiej dało się utrzymać je w nienagannym porządku.
– Wejdź proszę do kręgu – poprosiła, wskazując na krąg, wytoczony przez świece, które odkupiła od Rookwooda. – Przyznaję, nie jestem całkowicie pewna, czy się uda, gdy chodzi o mnie. Mogę stracić koncentrację, może wystąpić nawrót… Ale łamałam już więź, kiedy obecna była tylko jedna osoba z pary, więc jeśli skupię się na tobie, daję jakieś siedemdziesiąt procent szans powodzenia.
A jeżeli by się nie udało? Wtedy pozostawało zwrócić się do jakiegoś innego klątwołamacza. W Mungu nie było może ich wielu, ale Danielle Longbottom lub Camille Delecour zapewne nie odmówiłyby pomocy. Florence jednak niezbyt chciała wciągać współpracownice w swoje prywatne sprawy, nie wspominając już o tym, że po prostu zjawisko więzi i jej usuwania stanowiło dla Bulstrode przedmiot żywego zainteresowania.
– Powiedz też, jeżeli poczułbyś jakikolwiek dyskomfort.
– Dzień dobry, Patrick – przywitała się, uśmiechając do niego lekko. Przyjęła podarek, niezbyt zdziwiona, że Steward nie przyszedł z pustymi rękami i że zdecydował się właśnie na tę czekoladę, którą sama często wręczała pacjentom przemarzniętym albo wyczerpanym. – Na razie pójść ze mną na górę. Potem po prostu stać. I nie komentować kształtu świec. Nie miałam większego wyboru, nie chciałam zabierać niczego ze szpitalnych zapasów – westchnęła Florence, odwracając się i gestem zapraszając go, by wszedł do środka. Potem poprowadziła go po schodach, dobrze zresztą mu znaną drogą, na piętro i w bok, do części kamienicy, którą zajmowała. Najstarsza córka rodu zaanektowała dla siebie przestrzeń mniejszą od tej, jaka przypadła jej braciom – był to jednak jej własny wybór, bo po pierwsze, i tak nie potrzebowała więcej, po drugie, gdzieś głęboko w głowie Florence tkwiła świadomość, że to któryś z nich będzie panem tego domu, po trzecie wreszcie… mając do mniej pomieszczeń dużo łatwiej dało się utrzymać je w nienagannym porządku.
– Wejdź proszę do kręgu – poprosiła, wskazując na krąg, wytoczony przez świece, które odkupiła od Rookwooda. – Przyznaję, nie jestem całkowicie pewna, czy się uda, gdy chodzi o mnie. Mogę stracić koncentrację, może wystąpić nawrót… Ale łamałam już więź, kiedy obecna była tylko jedna osoba z pary, więc jeśli skupię się na tobie, daję jakieś siedemdziesiąt procent szans powodzenia.
A jeżeli by się nie udało? Wtedy pozostawało zwrócić się do jakiegoś innego klątwołamacza. W Mungu nie było może ich wielu, ale Danielle Longbottom lub Camille Delecour zapewne nie odmówiłyby pomocy. Florence jednak niezbyt chciała wciągać współpracownice w swoje prywatne sprawy, nie wspominając już o tym, że po prostu zjawisko więzi i jej usuwania stanowiło dla Bulstrode przedmiot żywego zainteresowania.
– Powiedz też, jeżeli poczułbyś jakikolwiek dyskomfort.