Wyjaśnił, gdyż chodziło mu ogólnie o pojęcie słabości. Choroby były faktycznie tym głównym czynnikiem, które wpływały problematycznie na ciało lub umysł. Osłabiając swojego nosiciela. Niczym wirus. Z ich dwójki, tylko Laurent się do tego przyznał. Nicholas, nadal ukrywał. Nawet rodzinie swojej nie powiedział prawdy. Swojemu uzdrowicielowi nakazując utrzymanie to w tajemnicy. Coś jak tajemnica lekarska. Starał się pilnować, aby nikt mu znany z otoczenia, nie był tego świadkiem.
Laurent na pierwszy rzut oka nie wyglądał na silnego czarodzieja. Drobne ciało, podatne na stłuczenia, niczym strącona porcelana. Kolejnego pytania, Travers nie spodziewał się, że tak zostanie zadane. Czy chciałby go wykorzystać? Nie. Pytanie brzmiało ”Jak?”. Nie zastanawiał się nad tym. Nicholas przeniósł spojrzenie przed siebie.
- Pomyślmy… Wezmę za przykład ostatnie wydarzenie, jakie miało u Ciebie miejsce. Gdybym był na miejscu tamtego śmierciożercy. Z taką wiedzą, mógłbym stwierdzić, że nie jesteś dla mnie zagrożeniem.Spojrzał na Laurenta, widząc jego zaciekawienie.
- Podołałbyś walce ze mną?
Zapytał, patrząc na niego swym chłodnym i tajemniczym spojrzeniem. Tym co zawsze. Wykazując tym samym zainteresowanie jego odpowiedzią. Jaka ona będzie? Czy takie scenariusze, Laurent brał pod uwagę? Czy sam dałby radę się obronić, gdyby w pobliżu nie miał nikogo? Nicholas nie miał powodu, do dokonania takiego czynu. Mieli umowę. Prędzej, mógłby być jego rycerzem, na czarnym koniu. Cieniem, chroniącym jego osobę. Motylem o dużych skrzydłach, które robiłyby za tarczę ochronną. Demonem, który swoją czarną aurą odtrąci każdego jego wroga. Inna miałaby się sytuacja, gdyby dostał zlecenie z "góry". Wtedy, sprawy miałyby się inaczej. Takowego, na szczęście nie było.
- Więc, zgodziłbyś się, abym był Twoim Rycerzem na czarnym koniu?
Pociągnął temat. Nie zaprzeczał temu, że Laurent był tą bezradną królewną. A obok, miał ochroniarza. O ile by go do siebie tak dopuścił.
Prawdą było to, co rzekł jako następne. Niechroniony umysł ludzki, łatwo mógł zostać skażony przez czynniki zewnętrzne, działania innych. Jak wspomniał Prewett, syreny, wille, ta biała twarz kobiety, każde inne stworzenie miało dar uwodzenia innych na swój sposób. Znając ich umiejętności, Nicholas nie chciał paść ich ofiarą i się zgubić. Dlatego szukał sposobu, kogoś, kto nauczy go oklumencji. Ochrony własnego umysłu. Dołączając do Śmierciożerców, zrozumiał że i tutaj, ta umiejętność bardzo mu była potrzebna.
Pytając o powód przybycia Dantego, otrzymał krótką i jakże konkretną odpowiedź.- Zadośćuczynienia…
Powtórzył po Laurencie, przenosząc wzrok w kierunku morza, a następnie lasu, które znajdowało się kawał drogi przed nimi. To jedno słowo, mówiło bardzo wiele. Laurent nie chciał tego jednak kontynuować. Nicholas spojrzał na niego, kiedy ten dyplomatycznie zmienił temat na abraksany. Nie odpuści mu tego tematu. Na razie dał spokój. Samo wspomnienie o tym człowieku, mogło budzić nieprzyjemne wspomnienia. Chciał tego na razie Prewettowi oszczędzić. Biorąc pod uwagę to, że wiedział o jego chorobie.
- Mogę spróbować. Gabrielu?
Oswoił się z abraksanem. Pogładził po szyi Gabriela, okazując mu szacunek i może wdzięczność za to, że nie zwalił go. Lecz zadał i jemu pytanie, czy sam był gotów. I zechciałby z nim wznieść się ku pochmurnemu niebu.
- Zgaduję, że latanie na abraksanie ma się zupełnie inaczej do latania na miotle. Czego powinienem się trzymać, aby nie spaść?
Dopytał, trzymając lejce, ale raczej chyba nie to, powinno pomóc mu utrzymać równowagę w powietrzu. Może siodła?