— Dać jej ujście. To podobno baardzo pomaga. Dosłownie kamień z serca spada — poinstruował wuja z poważną miną. — Jeśli jednak szukasz alternatywnego rozwiązania, to nie pogardzę twoimi autorskimi tostami na kolację. Przelejesz w nie całą miłość do nas i na pewno zrobi ci się lepiej.
Wyszczerzył zęby. Morfeusz ledwo wrócił do krewniaków, a już padał ofiarą machinacji swojego bratanka! Cóż, Erik może i wyleczył się z klątwy kuchennej już dobre kilka miesięcy temu, jednak niesmak pozostał. Tak samo, jak antytalent do gotowania. A Brenny nigdzie nie było pod ręką, toteż nie mógł jej poprosić, żeby zrobiła mu później coś smacznego do jedzenia.
— Wygodne, chociaż podejrzewam, że niezbyt częste — mruknął z kwaśną miną.
Wydawało mu się, że jeden z tekstów Dolohova zmusił go do podobnych przemyśleń. Każdy jasnowidz miał inny punkt widzenia, a tam zmieniał się diametralnie pod wpływem punktu siedzenia. Ludzie byli różni i nawet tacy specjaliści od przyszłości kierowali się zapewne różnymi szkołami interpretacji. Ślepo zaufać jednemu równało się zignorowaniu części nauk, które potencjalnie mogły nieco oświetlić drogę przez niezbadane ścieżki tego, co dopiero nadejdzie. Gdyby miał wybierać, szybciej zaufałby Morfeuszowi. Znał ryzyko, a jego opisy może i byłyby okraszone większą liczbą gdybań, ale przynajmniej niczego by nie ukrywał. Czego nie mógłby powiedzieć o Vakelu czy innych wróżkach oferujących swe usługi w magicznej dzielnicy Londynu.
— Nieodpowiednich ludzi rozpiera energia. Chcą szybkiego zamknięcia sprawy, żeby móc bawić się przywilejami, które obiecują im Śmierciożercy. Bezpośrednia konfrontacja z ''wrogiem'', jaki by on nie byl, to najprostsza droga do sukcesu. To jest, ich zdaniem — kontynuował Erik. — Każdy czasem chce coś przyspieszyć. Czy to biurokrację, czy to leczenie, czy dyżur w pracy. — Skrzywił się lekko. — Szkoda, że w ich przypadku chcą przyspieszyć masowe porwania i mordy.
Czasem obawiał się momentu, w którym dojdzie do jakiegoś wycieku informacji z drugiej strony, gdy w ręce Ministerstwa Magii lub Zakonu Feniksa wpadnie słabe, ale dobrze poinformowane ogniwo łańcucha czarnoksiężników. Jak by zareagował, gdy wśród nieznajomych nazwisk trafi na te, z którymi znał się aż za dobrze. Sąsiad, współpracownik, kolega czy koleżanka ze szkoły. Mimowolnie wrócił myślami do napadu na mieszkanie Thomasa Hardwicka. Matka i syn, kierowani gniewem i przekonaniem, że morderstwo Brygadzisty zapewni im wejście na salony Czarnego Pana. Modlił się wtedy, aby za maskami nie zobaczyć nikogo znajomego. Czy będzie wznosił podobne modły przed każdym takim starciem?
Zmarkotniał nieco, gdy zdał sobie sprawę, że Morfeusz postanowił na tym etapie zakończyć swoją pomoc. Eh, czyli znowu wszystko na jego głowie. Może powinien tu przyciągnąć jakieś zaczarowane radio z piętra? Chociaż minimalnie umiliłoby mu to czas spędzony na pracach porządkowych.
— Zrobię co w mojej mocy — obiecał z lekkim ociąganiem, starając się wykrzesać z siebie lekki uśmiech. — I przyjdę później na herbatę! Jak już tutaj skończę... kiedyś. Miejmy nadzieję, że w dosyć niedalekiej przyszłości.
Odprowadził wuja wzrokiem, gdy ten zniknął w progu wejścia do posiadłości, po czym wrócił do malowania płotu, nucąc sobie pod nosem piosenkę, jaką niedawno zasłyszał w wieczornej audycji. Krótka wymiana zdań przerodziła się w wielowątkową dyskusję, a to zdecydowanie nie wpływało pozytywnie na skupienie detektywa. Do tej pory pędzel latał wte i we wte dosyć powoli i mało energicznie; uwaga Erika nie skupiała się dostatecznie mocno na tym, aby odpowiednio nim pokierować. Teraz, jednak gdy znowu był sam, mógł w pełni poświęcić się zleconym przez matkę zajęciom. Oby była z niego dumna. Bo w gruncie rzeczy powinna. Nikt inny się zbytnio nie garnął do takiej ciężkiej pracy.
❝On some nights, the moon thinks about ramming into Earth,
slamming into civilization like some kind of intergalactic wrecking ball.
On other nights, it's pretty content just to make werewolves.❞