Zmęczenie chyba dawało o sobie znać, gdyż po wypowiedzeniu swoich słów, gdzie polecił akurat Camille wybrania lokalizacji na restaurację, zdał sobie sprawię z faktu, że koleżanka przecież mogła nie znać całej Anglii tak dobrze jak on. Nie była stąd. Ale może miała jakąś ulubioną, do której często chodziła? Dlatego zdał się na jej propozycję. Z zaznaczeniem, na wegetarianizm. Problem ze spożywaniem mięsa miał taki, że raz się zatruł. Nie chciał ponownie przechodzić tego problemu, dlatego ze swoich jadłospisów, wykluczał jakiekolwiek mięso. Dla bezpieczeństwa. Nie było pewności, czy jego brak przekładał się na jego pojawiający się problem z niedowagą, czy to przez efekt przepracowania.
Dotrzymywał kroku koleżance, kiedy tak kierowali się w stronę wybranego przez nią lokalu. Dopiero jak opuścili szpital, zrozumiał jak bardzo jest zmęczony. Musiał jednak przyznać jej rację w tym, co teraz powiedziała.
- Prawda. Zwykle widujemy się w szpitalu, podczas pracy.Zgodził z jej słowami. Nie mieli, a raczej trudno było im znaleźć ten czas na rozmowy. Szczególnie w sytuacjach, kiedy mieli także godziny zmianowe. Jak jeden był w szpitalu, drugi mógł mieć inną zmianę albo wolne. Różnie to bywało. Zwrócił na to uwagę. Dopiero teraz. Ale do tego nie musiał się przyznawać. Odniósł się ogólnikowo.
Jeżeli zaś chodzi o kandydatów na żony i mężów, w podobnej sytuacji był Laurence. Znał już swoją wybrankę, jaką miał poślubić. Lecz nie zostało to jeszcze oficjalnie ogłoszone. A on sam nie chwalił tą nowiną. Ojciec ustalił mu to już z góry, ugadując sprawę z rodzicem jego przyszłej żony. To było trudne do zaakceptowania, kiedy mogło się darzyć uczuciami inną kobietę. Lecz, czy miał jakieś wyjście? Czy to też był powód, dla którego oddawał się pracy?
- Na to nie mamy wpływu. Podejrzewałbym wydarzenia losowe. Sama zwróciłaś uwagę, że nie pilnujemy się. Prowadzi to wtedy do poważnych błędów. Ale z drugiej strony. Nasza praca wymaga w dużej części na poświęceniu uwagi pacjentom. Nie naszej. Chyba że po godzinach pracy.Odparł w odpowiedzi. Gdyby miało coś się wydarzyć w restauracji, chyba by przyznał rację sile wyższej, sprowadzającej na nich więcej pracy uzdrowicielskiej, niż świętego spokoju jako pary koleżeńskiej, chcącej w końcu zjeść porządny posiłek, aby nabrać siły do dalszej pracy.
Spacerując nawet zwyczajną ulicą, mogło się coś wydarzyć. Nawet nietypowego. Laurencowi, niespodziewanie zakręciło w nosie i odwrócił głowę, kichając w rękaw swojego płaszcza. I to z dwa razy. Wiedział co to oznacza. Obejrzał się po okolicy i tego się obawiał. Mijając jedną z uliczek, gdzie były kontenery, grasowały koty w poszukiwaniu jedzenia. Jeden z nich był blisko i odważniejszy, nie obawiając się przechodzących ludzi. Siedział i lizał się. Laurencowi udzieliła się alergia na ich sierść. ”Czemu musiały być tutaj…?” - przejął się tym w myślach. Musiał wyjąć chusteczkę i się wytrzeć.
- Przepraszam cię.Niekulturalnie wyszło, ale czuł potrzebę przeproszenia ją za swój stan, mijając urocze bestie bezpańskie, zwane kotami czarownic.