Murtagh w milczeniu czekał na dopełnienie się rytuału. Choć mordowanie bogu ducha winnego zwierzęcia wydawało mu się lekką przesadą, to skoro już zostało to postanowione i dokonane, niech więc choć posłuży czemuś dobremu i da Isobell, jej kowenowi i wszystkim czarodziejom przychylność Matki. Kiedy więc krew najpierw płynęła a następnie skapywała w runiczne żłobienia na ołtarzu, on stał spokojnie i przygotowywał się na znak. Znak, że bogini przyjęła ofiarę, bardzo za nią dziękuję, krew jest smaczna a w ogóle to bawcie się dobrze moje dziatki do zobaczonka na kolejnym święcie. Przecież tak właśnie powinno się to odbyć, skoro rytuał został wykonany zgodnie ze sztuką, co do joty, czemu mogły zaświadczyć wszystkie pary oczu obserwujące go w mroku.
Skrzywił się nieco, kiedy najpierw Sarah a potem Mave i Lorraine oddaliły się na bok, jak jakby z ostatnią kroplą krwi, która wylądowała na chropowatym kamieniu rytuał dobiegł końca i można się było rozejść. A jednak, gdzie były jego znaki? Poza niesamowitą, nieziemską ciszą, która zapadła na polanie - w której mówione przyciszonym głosem słowa kobiet niosły się niczym wrzaski. Ale, o ile pamiętał lekcje z dzieciństwa i poprzednie obchody Lithy, to nie do końca tak powinno wyglądać. A nawet całkiem nie tak.
Kiedy Agatha odezwała się i zgłosiła na kandydatkę, przez dłuższą chwilę mężczyzna był tak zszokowany tym co się właśnie zaczęło dziać, że mógł tylko rozdziawić usta w zdumieniu. Klasyczne zobrazowanie frazy "that escalated quickly", kiedy nagle miejsce owieczki na kamieniach zajęła młoda dziewczyna, w wieku niewiele różniącym się od jego własnej młodszej siostry. Przecież równie dobrze to MOGŁA być Sarah! Też podążała ślepo za tym cały kowenem, jakby Isobell była ucieleśnieniem wszystkich prawd objawionych a nie tylko starszą kobietą z okropnym kompleksem kontroli. Co więcej, nie wyglądało na to, żeby ktokolwiek z obecnych miał póki co zaprotestować całej tej sytuacji. Tak jakby przerwanie życia dziewczyny, która miała przecież rodziców, może rodzeństwo, swoje pasje, marzenia i życie, było niczym więcej jak ucięciem żywota małej owieczki. Wiedział, jak proste jest zabijanie. Wiedział, jak szybko życie umyka z ciała, jak gdyby dusza nie mogła się doczekać, żeby opuścić ten marny padół, który wszyscy nazywali Ziemią. Wystarczyłoby, że będzie cicho jeszcze przez kilka minut, Isobell zrobi swoje i będzie po wszystkim. Ale...
- Biegnij Moltek, Biegnij sypciej! - mała dziewczynka stała na pagórku i podskakiwała podekscytowana, klaszcząc w dłonie. Trochę niżej wyższy od niej chłopiec, o kasztanowych włosach biegł przed siebie w dół, w tempie które sprawiało, że tylko jeden fałszywy ruch dzielił go od pokoziołkowania w dół. Ale to nie było ważne. Ważna była linka, którą trzymał w dłoniach, a jeszcze ważniejszy umocowany na niej latawiec, który teraz rozpościerał swoje wielokolorowe skrzydła kilka metrów nad ziemią i wznosił się wyżej z każdym krokiem chłopca.
- Tak! Tak! Hulla! - blondynka pobiegła w dół, kiedy chłopiec się zatrzymał, w spoconych dłoniach trzymając linkę i dysząc. Z zadowolonym uśmiechem obserwował ogromnego, majestatycznego motyla, unoszącego się w leniwych kółkach ponad wzgórzem.
- Jeej, jesteś supel Moltek. Najlepsy blat na świecie. - oznajmiła blondynka, tuląc się do brata, na co ten z lekkim półuśmiechem zmierzwił jej włosy.
- To co, chcesz potrzymać?
- Moltek, cy ty lozumiesz te całe saklęcia? Bo tutaj jest wykles, ale ja zupełnie nie lozumiem jak uzupełnić tą tabelkę? - Żadnego "dzień dobry", żadnego "jak ci dzień mija". Sarah przyzwyczaiła się już, że brat był i tak wiecznie czymś zajęty, więc kiedy czegoś potrzebowała, po prostu przenosiła się do jego domu za pomocą proszku fiuu i zadawała pytanie. Ostatnimi czas tylko w ten sposób mogła go zachęcić do interakcji z nią. Chłopak, choć właściwie już mężczyzna, podniósł głowę znad czytanej przez siebie gazety. Odkąd Sarah zaczęła uczęszczać do Hogwartu, nie widział jej przez większość roku. Dbał więc o to, żeby chociaż w wakacje poświęcać jej nieco czasu. Bał się, że zobaczy w jej oczach to samo pradawne zło, które wiło się na dnie jego własnego umysłu, ale nigdy otwarcie nie odmówił jej pomocy, kiedy o to poprosiła.
- Jasne, pokaż co tam masz. Rodzice wiedzą, że jesteś u mnie? - zapytał, odkładając gazetę na stolik i przesiadając się z fotela na kanapę, żeby mogli wspólnie usiąść nad wakacyjnym zadaniem domowym Sary.
- Tata jest w placy. Mams wie. - nie musiał pytać, żeby wiedzieć, że odkąd się wyprowadził sytuacja w ich domu rodzinnym zmieniła się na gorsze, szczególnie jeśli chodziło o stosunek ojca do niego i wzajemnie. Sarah chciała, żeby wrócił, ale on już wtedy zagubił się w mroku swojej duszy i czuł, że jedyne co może zrobić, to ochronić przed nim młodszą siostrę.
- Hmm, no tutaj masz rozkład chimeryczny zaklęcia lumos...
- Bo cię kocham - Słowa odbijały się od jego mentalnych murów, które wzniósł by chronić się przed zawodem i cierpieniem i z konieczności bycia tym kim był i robienia niewyobrażalnych rzeczy. - Kocham cię i uważam, że mam p'awo sphóbować. Bo jestem moim bhatem. Jesteś ty przynajmniej szczęśliwy? - Jej oczy, lśniące i niepewne były rozszerzone, wpatrzone w niego, żądające odpowiedzi. A potem jej dotyk sprawił, że przez chwilę ściany jego obojętności zaczęły się kruszyć. Czy mógłby zrzucić na nią ten ciężar? Powiedzieć jej co robił i dlaczego i liczyć, że zrozumie dlaczego powinna trzymać się od niego z daleka? Wiedział, że to nie zadziała. Że może tylko sprawić, żeby się od niego odwróciła i położyła swoje zaufanie gdzieś indziej, w kimś innym.
- Tak, to co robię sprawia mi przyjemność i wierzę, że sprawa za którą walczę jest słuszna. Jeśli nie jesteś w stanie w to uwierzyć ani tego zaakceptować, to po prostu odejdź.
To były ostatnie słowa, które wtedy do niej powiedział. Gdyby to Sarah zgłosiła się tego wieczoru na ochotnika, to byłyby ostatnie słowa, które usłyszała z jego ust gdy byli sam na sam i mogli szczerze porozmawiać. A tak, może w życiu Agathy też był ktoś, kto wypowiedział do niej o jedno słowo za dużo, każąc jej odejść i popychając ją w objęcia konwenu... Sekty.
Nawet nie zarejestrował tego, że zaczął iść w stronę ołtarza, w stronę kapłanek, Agathy i pochylonej nad nią Isobell. Zorientował się co robi dopiero kiedy jego prawa stopa stanęła na twardym, chropowatym kamieniu a plecy niemal oparzyły ognie z płonących w najlepsze ognisk.
- Nie. - jego głos był słaby, jakby sam nie wierzył, że to robi. Nie mógł jednak pozwolić, żeby ta dziewczyna oddała życie na ołtarzu ułudy, żeby jego siostra musiała patrzyć na mord z zimną krwią. - Nie. - powtórzył, dużo wyraźniej, stając tuż przed Isobell i rozciągniętą na kamieniu Agathą. Jeszcze jeden krok a jego but dotknąłby jej nagiej stopy, teraz pokrytej kilkoma runicznymi znakami. - Postradałaś zmysły Isobell. Nie pozwolę ci, żebyś zabiła tą dziewczynę z zimną krwią. I niech mnie Matka pochłonie, albo wszyscy bogowie przeklną, ale to nie wielkość ofiary jest problemem w tym całym cholernym rytuale, tylko TY! - wycelował oskarżycielski palec w główną kapłankę. Tylko częściowo rejestrował to co mówi i robi, czując się jak w transie. - Straciłaś z oczu to co jest ważne. Litha to cholerne święto MIŁOŚCI, święto ŻYCIA! To co ty i te twoje popleczniczki robicie to jest jakieś karykaturalne wypaczenie tego, o co chodzi w tym święcie - w życiu. Nie wiem, może kadzidło cię tak zaczadziło, że rozum cię opuścił. ŻYCIA nie da się celebrować, przynosząc ŚMIERĆ! - zamilkł i zamrugał, jakby właśnie ocknął się ze długiego koszmaru. Jego oczy rozszerzyły się nieco, ale nie cofnął się a jedynie opuścił wycelowany w kapłankę palec.
- Jeśli chcesz śmierci tej nocy, to spróbuj odebrać moje życie a zobaczymy, które z nas Matka pobłogosławi. - dodał, już znacznie ciszej, ale ze śmiertelną powagą kogoś, kto gotowy jest walczyć na śmierć i życie - i tanio swojej skóry nie sprzedać - jeśli będzie do tego zmuszony.
“I know love and lust don't always keep the same company.”
― Stephenie Meyer, Twilight Murtagh Macmillan, Secrets of London