23.01.2024, 22:03 ✶
Nie, zdecydowanie nie miała nic przeciwko temu. Zwłaszcza, że alternatywą byłoby tkwienie dalej na tej cholernej ulewie, a że było ciemno i mokro, mieli całkiem spore szanse w końcu utknąć gdzieś w błocie.
Brenna, po przekroczeniu progu, na pytanie o to, czy ulewa dała się im we znaki, uśmiechnęła się z odrobiną zakłopotania, bo cóż... ociekała. Dzięki zaklęciu nie aż tak mocno, jakby mogła, ale na dzień dobry na tym pustkowiu oboje runęli w rozmiękłą ziemię, a potem parę chwil na deszczu wystarczyło, aby włosy miała przemoczone, marynarkę mokrą, a buty się ubłociły, w efekcie więc pozostawiała za sobą ślady wody i błota na podłodze.
– Zgubiliście się w tej ulewie? – spytał pan Binns przyjaznym tonem.
- Powiedzmy, że jakaś siła wyższa chyba nas nie lubi i padliśmy ofiarą bardzo paskudnego zbiegu okoliczności - odparła Brenna, jeszcze niepewna, czy ma do czynienia z czarodziejem, czy z mugolem i czy na słowa o teleportacji ten nie pobiegnie wołać księdza albo psychiatry.
Przeszli przez korytarz, nieco staroświecko urządzonym, przypominającym wnętrza domów mugolskiej arystokracji. Drewniana podłoga, boazeria, ciemne, eleganckie tapety. Zza drzwi, do których zmierzali, dobiegały śmiechy i kobiece głosy. Mężczyzna otworzył je i gestem wskazał Brennie i Atreusowi, aby podeszli bliżej. Rozmowy, które słyszeli ledwo chwilę wcześniej umilkły, a kiedy Brenna zbliżyła się – jakoś pełna niedobrych przeczuć, bo ten dworek i anomalia teleportacyjna oraz panujący na zewnątrz mrok wzbudzały w niej dziwną niepewność – spojrzały na nią cztery pary oczu.
W przytulnym, elegancko urządzonym saloniku siedziały cztery piękne dziewczęta i na pewno żadna z nich nie wyglądała groźnie albo jakby czekała na zrobienie krzywdy przypadkowym gościom.
– Colette, Flosie, Luna i Mabela, moje córki – stwierdził mężczyzna, wskazując poszczególne kobiety, gdy wymieniał ich imiona. W jego głosie pobrzmiewała duma.
Colette była najstarsza, mniej więcej pewnie w wieku Brenny, jasnowłosa, wysoka i szczupła jak trzcina, o ślicznej, ale bardzo bladej twarzy. Pod oczami miała lekkie zsinienia, jakby się nie wyspała. Flosie, chyba około dwudziestego piątego roku życia, dla odmiany niska i drobna, miała rude loki, które w świetle ognia, płonącego w kominku, zdawały się błyszczeć wręcz złotem i czerwienią. Zwróciła ku Atreusowi ciemne oczy, wypełnione ciekawością. Czy coś w nich zabłysło na jego widok, czy może był to tylko odblask płomieni? Ciemnowłosa Luna, z rysów całkiem podobna do Colette, która rozmawiała z Flosie na kanapie przy kominku, uniosła na nich zaciekawione spojrzenie. Mabela była najmłodsza – tak młoda, że jeżeli towarzystwo było czarodziejami, to w najlepszym razie ledwo co ukończyła Hogwart – i siedziała na podłodze, bawiąc się z białym psem. Choć dużo szczuplejsza od pana Binnsa, miała jego oczy, nos i podobne usta, a włosy ciemne i lekko kręcone, tak jak Luna.
– Brenna – przedstawiła się Brygadzistka, niemal wyzbywając się podejrzeń. Jeżeli to byłoby siedlisko czarnoksiężników, to najdziwniejsze, jakie widziała. Gdzieś w głowie wciąż jednak dźwięczał jej głos Alastora. Stała czujność, Bre.
Jakie były szanse, że cztery młode dziewczęta, śmiejące się wieczorem w salonie, są mrocznymi wiedźmami?
…jakie były szanse, że teleportacja przestanie działać akurat teraz, przy przypadkowym domu?
Fragmenty ciał wypływające powoli z jeziora na mglistych mokradłach, oczy czaszki promieniujące zielenią, smród uderzający w nozdrza…
Nie każdy czarnoksiężnik od razu wygląda na wariata, prawda?
Nie wariuj.
– Bardzo przepraszamy za kłopot. Trochę się zgubiliśmy.
– Och, mocno musieliście się zgubić, tutaj bardzo rzadko miewamy gości – powiedziała Colette. Odłożyła na stolik książkę, którą czytała i podniosła się z fotela, uśmiechając do Brenny ciepło. – Kochana, jesteś okropnie przemoczona. Luno, chodź, przyniesiemy im ręczniki i coś ciepłego do picia, przecież muszą być strasznie zmarznięci!
– Przemoczona? Wygląda jak mokra kura! I co racja, to racja, jak ktoś tak zmoknie, łatwo złapać przeziębienie, a nawet zapalenie płuc – przyznała Luna, też podrywając się z miejsca. Obie wyszły szybko, pozostawiając resztę towarzystwa w salonie.
– Chodź tutaj, siadaj przy mnie, zajmij miejsce Luny, na pewno jest ci zimno, wyschniesz i ogrzejesz się przy ogniu! – zawołała tymczasem Flosie do Atreusa, klepiąc na poduszki na kanapie obok siebie. Tuż obok niej znajdował się duży kominek, w którym wesoło trzaskał ogień, emanując przyjemnym ciepłem: to mogło pomóc z mokrymi ubraniami, ale nie przegnać chłód z ciała Zimnego. Być może drwa wyłowiono gdzieś z morza, bo momentami płonęły na niebiesko.
– Rozgośćcie się, przecież nie wypuścimy was stąd w taką ulewę. Do najbliższej wioski jest stąd dobre dwie godziny drogi piechotą i to dla wprawnego piechura, gdy pogoda dopisuje, a nie kiedy wszystko tonie w błocie i w ciemnościach – zachęcił ich Binns. - Jeszcze zmylicie drogę w ciemnościach i zdarzy się jakiś wypadek.
Brenna, po przekroczeniu progu, na pytanie o to, czy ulewa dała się im we znaki, uśmiechnęła się z odrobiną zakłopotania, bo cóż... ociekała. Dzięki zaklęciu nie aż tak mocno, jakby mogła, ale na dzień dobry na tym pustkowiu oboje runęli w rozmiękłą ziemię, a potem parę chwil na deszczu wystarczyło, aby włosy miała przemoczone, marynarkę mokrą, a buty się ubłociły, w efekcie więc pozostawiała za sobą ślady wody i błota na podłodze.
– Zgubiliście się w tej ulewie? – spytał pan Binns przyjaznym tonem.
- Powiedzmy, że jakaś siła wyższa chyba nas nie lubi i padliśmy ofiarą bardzo paskudnego zbiegu okoliczności - odparła Brenna, jeszcze niepewna, czy ma do czynienia z czarodziejem, czy z mugolem i czy na słowa o teleportacji ten nie pobiegnie wołać księdza albo psychiatry.
Przeszli przez korytarz, nieco staroświecko urządzonym, przypominającym wnętrza domów mugolskiej arystokracji. Drewniana podłoga, boazeria, ciemne, eleganckie tapety. Zza drzwi, do których zmierzali, dobiegały śmiechy i kobiece głosy. Mężczyzna otworzył je i gestem wskazał Brennie i Atreusowi, aby podeszli bliżej. Rozmowy, które słyszeli ledwo chwilę wcześniej umilkły, a kiedy Brenna zbliżyła się – jakoś pełna niedobrych przeczuć, bo ten dworek i anomalia teleportacyjna oraz panujący na zewnątrz mrok wzbudzały w niej dziwną niepewność – spojrzały na nią cztery pary oczu.
W przytulnym, elegancko urządzonym saloniku siedziały cztery piękne dziewczęta i na pewno żadna z nich nie wyglądała groźnie albo jakby czekała na zrobienie krzywdy przypadkowym gościom.
– Colette, Flosie, Luna i Mabela, moje córki – stwierdził mężczyzna, wskazując poszczególne kobiety, gdy wymieniał ich imiona. W jego głosie pobrzmiewała duma.
Colette była najstarsza, mniej więcej pewnie w wieku Brenny, jasnowłosa, wysoka i szczupła jak trzcina, o ślicznej, ale bardzo bladej twarzy. Pod oczami miała lekkie zsinienia, jakby się nie wyspała. Flosie, chyba około dwudziestego piątego roku życia, dla odmiany niska i drobna, miała rude loki, które w świetle ognia, płonącego w kominku, zdawały się błyszczeć wręcz złotem i czerwienią. Zwróciła ku Atreusowi ciemne oczy, wypełnione ciekawością. Czy coś w nich zabłysło na jego widok, czy może był to tylko odblask płomieni? Ciemnowłosa Luna, z rysów całkiem podobna do Colette, która rozmawiała z Flosie na kanapie przy kominku, uniosła na nich zaciekawione spojrzenie. Mabela była najmłodsza – tak młoda, że jeżeli towarzystwo było czarodziejami, to w najlepszym razie ledwo co ukończyła Hogwart – i siedziała na podłodze, bawiąc się z białym psem. Choć dużo szczuplejsza od pana Binnsa, miała jego oczy, nos i podobne usta, a włosy ciemne i lekko kręcone, tak jak Luna.
– Brenna – przedstawiła się Brygadzistka, niemal wyzbywając się podejrzeń. Jeżeli to byłoby siedlisko czarnoksiężników, to najdziwniejsze, jakie widziała. Gdzieś w głowie wciąż jednak dźwięczał jej głos Alastora. Stała czujność, Bre.
Jakie były szanse, że cztery młode dziewczęta, śmiejące się wieczorem w salonie, są mrocznymi wiedźmami?
…jakie były szanse, że teleportacja przestanie działać akurat teraz, przy przypadkowym domu?
Fragmenty ciał wypływające powoli z jeziora na mglistych mokradłach, oczy czaszki promieniujące zielenią, smród uderzający w nozdrza…
Nie każdy czarnoksiężnik od razu wygląda na wariata, prawda?
Nie wariuj.
– Bardzo przepraszamy za kłopot. Trochę się zgubiliśmy.
– Och, mocno musieliście się zgubić, tutaj bardzo rzadko miewamy gości – powiedziała Colette. Odłożyła na stolik książkę, którą czytała i podniosła się z fotela, uśmiechając do Brenny ciepło. – Kochana, jesteś okropnie przemoczona. Luno, chodź, przyniesiemy im ręczniki i coś ciepłego do picia, przecież muszą być strasznie zmarznięci!
– Przemoczona? Wygląda jak mokra kura! I co racja, to racja, jak ktoś tak zmoknie, łatwo złapać przeziębienie, a nawet zapalenie płuc – przyznała Luna, też podrywając się z miejsca. Obie wyszły szybko, pozostawiając resztę towarzystwa w salonie.
– Chodź tutaj, siadaj przy mnie, zajmij miejsce Luny, na pewno jest ci zimno, wyschniesz i ogrzejesz się przy ogniu! – zawołała tymczasem Flosie do Atreusa, klepiąc na poduszki na kanapie obok siebie. Tuż obok niej znajdował się duży kominek, w którym wesoło trzaskał ogień, emanując przyjemnym ciepłem: to mogło pomóc z mokrymi ubraniami, ale nie przegnać chłód z ciała Zimnego. Być może drwa wyłowiono gdzieś z morza, bo momentami płonęły na niebiesko.
– Rozgośćcie się, przecież nie wypuścimy was stąd w taką ulewę. Do najbliższej wioski jest stąd dobre dwie godziny drogi piechotą i to dla wprawnego piechura, gdy pogoda dopisuje, a nie kiedy wszystko tonie w błocie i w ciemnościach – zachęcił ich Binns. - Jeszcze zmylicie drogę w ciemnościach i zdarzy się jakiś wypadek.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.