- Potrójnym. - Podbił stawkę. I nie ważne, nie myślmy, czyim. Czy mógłby zdradzić swoją pracę, swoją rodzinę, czy mógłby stanąć po stronie tych złych, żeby tylko być z Fleamontem. Gdzie kończyła się granica jego szaleństwa wobec tego mężczyzny, który nie znikał sprzed jego oczu nawet kiedy fizycznie nie było go obok? To na bolało najbardziej, wiesz? Nie te momenty, kiedy z roztargnieniem i sentymentem spoglądał na te ukryte fajki w szafce na szklanki, ulubione Crowa. Zawsze tam na niego czekały. Nie te momenty, kiedy przechodził na Ścieżki i zatrzymywał się przy tej zasranej uliczce, przy której się poznali i doznali jakiegoś... to chyba był wstrząs mózgu, albo jakiś udar. Bardziej romantycznie nie dało się tego wytłumaczyć. Bolało to, że on sobie znikał, a Cain zastanawiał się, czemu znowu jest tutaj sam, a Flynn pewnie poświęca ten czas osobom, które były zawsze bliżej niego niż on.
Bolało bardziej niż jego nieobecność przez te lata, z którą przynajmniej zdołał się pogodzić.
Nie miało znaczenia, komu by służył, komu nie, kogo by zdradził i w jakim domu szkolnym by byli. Łatwo było zwykłe żarty przerodzić w coś absolutnie koszmarnego. Przecież byli za delikatni. Brzmiało przecież miło, prawda? Tak samo jak ta zabawna wizja, że Cain mógłby zaciskać palce na swoim ciele dokładnie tak, jak potrafił to zrobić Flynn. Powaga? Naah. Zostawmy ją chociaż na chwilę. Krótką chwileczkę. Bądźmy niepoważni, bo ten świat dotknął nas zbyt poważnie. O wiele mocniej, niż potrafiłeś dotykać ty, panie Fleamoncie. Mocniej, niż dotykał Cain. Chociaż teraz mogliśmy się odwdzięczyć sobie samym śmiechem jak śpiewem skowroneczków.
- Aaa! - Wyciągnął palec i nim pomachał, jakby się zamienił właśnie w jednego z nauczycieli, którzy mają zamiar dać naukę młodemu. Wybitnie niedobre zachowanie, złe słowa. Kiedy Flynn był już zniszczony? Pewnie w momencie, kiedy do jego świadomości dotarło, że jest niechciany. Cain nie chciał się zastanawiać nad tym, na ile ktokolwiek go na tym świecie oczekiwał. Chyba nikt. Przynajmniej matka nie wyrzuciła go w powijakach na ulicę licząc na to, że ktoś przygarnie niemowlę jak małego kota. Zmienimy bajkę - bo jeśli Fleamont mógł trafić do szkoły, to Cain na pewno mógł trafić do cyrku rodziny Bell. Do tych sierot i podrzutków, każdy z nową chorobą psychiczną, tylko nikt niezdiagnozowany. W tym momencie Bletchley miał tak miękkie poczucie humoru, które już zupełnie puszczało hamulce, że zażartowałby o tym, że szczytem ich dogryzania sobie byłoby hasło "twoja stara", ale jakąś resztką pasów bezpieczeństwa zatrzymał się na tym rodeo. - Jeszcze byś zobaczył. Ciągnąłbym za warkocze wszystkie dziewuszki, żeby czasem się do ciebie nie zbliżały. - Prychnął śmiechem. Oczy błyszczały mu od ekscytacji, rozbawienia i jednocześnie całkowitego rozluźnienia. Wstyd schowany do kieszeni, podły i wielce zły świat wstawiony do innego wazonu niż ten kwiat z niepasującą wstążką. Pizgnięty za okno, szkło potłuczone, a sąsiedzi niech krzyczą i się burzą. Przecież żadnego z nas to dzisiaj nie obchodziło. - Aaa tam. - Machnął lekko ręką od niechcenia, kiedy Edge powiedział, że nie lubi obchodzenia urodzin. - Ja też nie. Ale razem - razem byśmy polubili. Nawet bym założył tę wstążkę dla ciebie. Szarą. - Alkohol rozrzedzał krew i myśli. Sprawiał, że wszystko potrafiło być bardziej proste i przystępne, a w drugiej chwili mogło zamienić się w nienormalnie wzruszające i zgniatające. Nie było reguły. A reguły - jebać je. One też mogły wylecieć za okno i dołączyć do spierdolenia, na które nie chciało się oglądać, kiedy umysł sypał się przy czymś (kimś!!!) tak słodkim i kochanym, jak Fleamnt Bell. Cain nie potrafił tego przetworzyć. Jego mózg nie potrafił. Nie radził sobie z tym natłokiem emocji, jaki w nim wzbudzał i coś mu odbijało. Jakieś impulsy, a może Szatan odwiedzał Bibliotekarza Boga, który obcował z Wroną z Piekieł, żeby wywiedzieć się, jakie ma tutaj szanse - pomiędzy nimi, albo chociaż obok. Szczerze? Całkiem marne. Caina niekoniecznie bawiły trójkąty, bo nie było drugiego Flynna. Gdyby takich Fleamontów było paru to bawiłyby go nawet wielokąty.
Nie potrzebował nikogo i niczego więcej. Zadrżały mu mięśnie, kiedy przesunął palcami po plecach swojego na Zawsze i na Wieczność, by oprzeć je na jego biodrach, gotów tę bluzkę podciągać wyżej, ale nie - nie było takiej potrzeby. Ten materiał chyba po prostu zniknął. Albo to jakaś stop klatka, albo prawdziwe błogosławieństwa do tego Szatana, co przyszedł ich odwiedzić. Puścił oczko, może nawet dwa - nie wiem, nie pamiętam. Cain rzadko mógł mówić, że czegoś nie pamiętał, ale alkohol bywał naprawdę zbawienny. Niektóre momenty były czarnymi paskami. Flynn mógł mu zabierać każdą kliszę z tego filmu i zostawiać na tę czarną godzinę. Półmrok, światło zapalone tylko w małej lampce i świecach, parna przyjemność. Cain chciał osłonić zarówno siebie ja i jego przed tym porankiem, w którym skończyliby płacząc w łazience nad kiblem. Chciał, żeby te poranki kończyły się na: "dzień dobry..! ... i ja ciebie też." Niespokojnie walące serce i niespokojny oddech - a to wszystko przez to, że usta Flynna nie mogły się dostać dalej. Były jeszcze warstwy ubrań, które ich dzieliły, a nie chciał, żeby ich dzieliły. Nie było drugiej skóry, w którą chciałby się dziś ubrać - tylko ta Fleamonta. Przytrzymywał go jednak, wcale nie tak do końca pewny stabilności tej pozycji, albo sparaliżowany bodźcami, które w niego uderzyły. Oba? Tak jak odchylał jeszcze przed chwilą szyję, tak zaraz przygryzał dolną wargę Flynna. Aniele Boży, Stróżu Mój... Jego dłonie podążały za ruchem bioder Crowa. Jego serce brały udział w tej arytmii, wygrywało tercet na cześć swego jedynego bożka. Tak bardzo go potrzebował. Jeśli coś kochasz wystarczająco mocno to musisz pozwolić temu odejść.
Mając jego ręce za swoją głową złapał go mocno pod pośladkami i dźwignął się z krzesła, żeby wpaść razem z nim na stół. Teraz już krzesło grzmotnęło na dół od gwałtowności ruchu i przechylenia jakie mu Cain zafundował przy tym, ale chuj z tym - nawet się nie wzdrygnął. Podciągnął czarnowłosego w górę, żeby mógł na tym stole usiąść i odsunął się o te fatalnie niechciane milimetry tylko po to, żeby i z siebie ściągnąć koszulkę. Nie chciał żartować, że nie otworzyłby nóg? Bletchley nawet nie pytał. Przecież teraz się między nimi znajdował, dzieląc go od możliwości powędrowania do całkowicie wygodnego łóżka. Boże, przecież ono było tak daleko... A teraz każda sekunda była boleśnie nieznośna.