Słabość. Czym jest słabość dla kogoś takiego jak Nicholas? Wszystkim, co jest obnażaniem się z rzeczy głębszych, które są bardzo personalne? Laurent uważał. Dostał przestrogę od Victorii, ale nie musiała nawet tego pisać. Dotarło to do niego aż za mocno, wbiło mu się w głowę. Kto jest przyjacielem, kto wrogiem? Nie potrafił żyć w paranoi. Jeszcze nie. Jego potrzeba bliskości była trucizną - to była prawdziwa słabość, wobec której czuł się bezradny. Jak zwykła dziwka płacąca swoim ciałem za odrobinę emocjonalnej więzi i poczucia bycia chcianym i docenianym. Od kurtyzany różnił go tylko status majątkowy i to, że przyjmował zapłatę w innej walucie niż ta fizyczna. Chociaż... chociaż dla bukietu kwiatów wręczonego do jego dłoni z ciepłem oddałby się cały. A to, czysto formalnie, przecież było już fizyczne, prawda?
- Dlatego, że się nie określiłeś, dopytuję. - Ogół słabości brzmiał bardzo enigmatycznie. - Lubisz atakować w słabość człowieka? - Laurent przez te lata nauczył się tego, że słabości pozwalały ugryźć w odpowiedni miejsce, ale najskuteczniejszy atak wymierza się tam, gdzie istniały te najmocniejsze cechy. Te, które były superlatywami. Ale jak, przecież to nie ma sensu! - powiedziałby ktoś. Ależ miało. Nic nie bolało króla bardziej niż potłuczenie jego korony, która przecież była jego najmocniejszą stroną. - Zadam pytanie-pułapkę. - To nie tak, że uświadamiał Nicholasa, że pakował go w pułapkę. Taką słowną, rzecz jasna. To było żartobliwe. - Żartobliwie mówiąc. - Dodał, gładko przechodząc myślą do problemu Nicholasa z żartami. Jego kuzyn, Orion, też taki był. Żart go przeskakiwał całkowicie. - Jakie są moje mocne strony, skoro tak mocno dostrzegasz słabości? - Powinien być chyba bardziej spięty. Powinien się bardziej przejmować. Powinien w sobie posiadać jakiekolwiek odczucia strachu przed Śmierciożercami czy Dante. Tylko że Laurent usiadł już bardzo nisko - upadek nie był wtedy bolesny. Laurent bał się strasznie, że to, co powie lekarzom pójdzie dalej. Że nie mógł zaufać Guinevere czy Perseusowi. Ale oto był - i nadal był też blisko z tymi osobami. Uczył się ufać. Uczył się, że nie wszyscy jednak cię zdradzą.
Na twarzy selkie pojawił się uśmiech - tak samo zadowolony jak w tamtej kafejce, jak w momencie, kiedy Nicholasowi nie pozostało nic innego jak poddać się w walce, którą Laurent wytoczył. Satysfakcja. To była twarz człowieka, który był zadowolony ze swojego osiągnięcia.
- Widzisz... Śmierciożercy właśnie to stwierdzili. Tymczasem ja uznam, że to oni nie są zagrożeniem dla mnie. - Był jakiś błysk w jego oczach, kiedy spoglądał prosto w twarz Nicholasowi. Jesteś jednym z nich, kochanie? Udajesz tylko? Wcześniej było tak, że łącząca ich przeszłość była powodem do budowania barykady i strachu. Teraz ta wspólna przeszłość była mostem zaufania i komfortu. Oto jak strach przeradzał się w stabilny grunt. - Powiedziałbym, że możesz się przekonać, ale przecież bym przegrał. - Wrócił do spokojniejszego tonu, ale zadowolenie nie umykało z jego twarzy. Nie znał możliwości Nicholasa w walce, ale nie miało to dla niego znaczenia. Pobawiłby się w kotka i myszkę, chcąc być myszką, która da się w końcu kotu złapać. Bo nie było podniecenia, kiedy nie kończyłeś między kocimi pazurami. Albo pod motylimi skrzydłami. - A chciałbyś, Książę? W bajce Królowej Śniegu to nie Kai był bohaterem. Ale chętnie zamienię się miejscami. Kaiu, wyjmij również z mojego serca odłamek lodu i obroń mnie przed złym smokiem. - Ułożył palce na wysokości serca, jakby właśnie przyszło mu wejść na deski teatru, by wziąć udział w tym przedstawieniu.
- Możemy polecieć. - Zgodził się rumak, zerkając na swojego jeźdźca. - Ma Pan pewny uścisk, to dobrze. Zalecam mocno się trzymać. - Tak poprzedzając jeszcze pytanie, które zadał. - Tak jak przy jeździe konnej - nogami siodła. - Bo to było najlepsze podparcie, jakie można było uzyskać.
- W górę. - Na polecenie Laurenta Michael rozłożył skrzydła i wybił się w powietrze. Gabriel zaraz za nim, biorąc mały rozbieg.
Niebo nie miało tajemnic dla abraksanów. Wiatr niósł je jakby nic nie ważyły i nie wdzierał się boleśnie do oczu tak jak powinien. Unieśli się w górę i skręcili nad wodę, nad te morskie fale ciemniejące pod grubymi kołtunami chmur zbierającymi się na niebie.