Czy w ogóle różnili się od siebie tak bardzo? Nie Crow od Crowa. Lukrecja od Crowa. Albo Laurent od Fleamonta? Od Edga? Ludzie o bardzo wielu twarzach, mogący być bardziej natarczywi i mogący bardziej się wycofać. W pewnym momencie nie chcieli spoglądać w lustro, bo jedyne co widzieli po zdjęciu maski to płaska przestrzeń czekająca na zapełnienie. Nie mogli zapełnić jej sami, więc lgnęli do dłoni, które były w stanie przybrać ich w odpowiednie rysy i odpowiednie barwy. Dla nich to były kolory - dla Flynna jednako była to szarość, ale Laurent rozróżniał dwie barwy - ten róż, kiedy z kimś byłeś. I ten chłodny, niebieski kolor, kiedy przychodziło ci zostać samemu. Nie wiem, co było gorsze - poznać barwy i stracić możliwość ich oglądania, czy nigdy nie móc poznać ich feerii? Pojąć też, czemu ktoś obcy traktuje cię jak dobrze znajomego kochanka, było poza możliwością ujęcia dłoni blondyna. Istota Flynna przeciekała mu przez palce jak płatki róż na wodzie, którą brał w garści.
- N-nie... lubię bólu. - Zająknął się w nagłym przypływie stresu, który uderzył w jego wnętrze i znów doprowadził mięśnie do napięcia się, nogi do niespokojnego poruszenia, palce do nerwowego wygięcia. Nacisk. Czarny Anioł mówił to w sposób oczywisty. W oczywisty sposób nie było również jakiegoś wielkiego przekonania w tym bardzo szybkim zaprzeczeniu Laurenta, które przy magicznym słowie "nie" uniosło się w głośności o kilka decybeli w górę. Ból. Wywoływał strach. Samo wspomnienie o tym, że mógłby lubić ból, napawało go lękiem, a ciało gotowało się do konieczności przygotowania takowego na kark. Dłonie Crowa go nie przyniosły. Z wyczuciem przesunęły go, a on nawet nie protestował. Nie miał odwagi do zaprotestowania. Rozłożył nogi, osiadł na jego udach, opleciony tą pachnącą, ciepłą wodą i parą. Powinno mi być już duszno... Powinno się kręcić w głowie, powinien złapać problemy z oddechem. Nie było żadnej takiej reakcji. Zamarł na krótką sekundę z dłonią na tym skrzydle spoglądając w napiętą twarz. Twarz, która zawsze przejawiała całą gamę emocji. Wyliczaj dalej, może w końcu zgadniesz - Ty, dalece wykluczony z grona osób, które mogłyby znać Fleamonta bliżej, lepiej, dokładniej. Jeśli jednak go nie znał, co to był za dziwny sen? Jego romantyczne wyobrażenie Flynna? Jego pełne pasji wspomnienie wspólnych nocy? Załamanie mózgu, który szeptał mu, że gdyby wrócił tam, gdzie był wcześniej, to żyłoby mu się lepiej? Od ramion do ramion, budząc się z narkotycznych snów na zjeździe, żeby potem ciałem żebrać o kolejne dawki i zatapiać się w niezdrowym hedonizmie? Budzić tak jak dziś - w wannie. Tylko bez czułych ramion, a opleciony własnymi ramionami. Z płaczem i siniakami na ramionach, bólem i obrzydzeniem. Moralność upadała. O czym myślał człowiek, którego moralność sięgnęła jeszcze niżej? Nie było nic uroczego w oczach Crowa w tym momencie. Były tak czujne jak oczy wilka, który chciał ugryźć przy byle złym ruchu, ale jednocześnie żadnego z tych ruchów nie karał pacnięciem dłoni. Skrzywdzisz mnie? Nie skrzywdzisz? Co mam robić, żebyś był zadowolony i żebyś mnie nie skrzywdził? Szukał odpowiedzi, ale panika powoli umierała w zarodku. Umierała, bo te gorące dłonie i gorące ciało przed nim było zapraszające. Bo to spojrzenie, choć takie czujne, napawało poczuciem pożądania. Wbijało mu do głowy te pawie przekonania - Laurencie, jesteś piękny. I Laurent pięknie się uśmiechnął pod spojrzeniem, jakim Flynn go teraz obdarzał.
- Nie pamiętam, kiedy ostatni raz odczuwałem spokój. - Nie pamiętał. To było jeszcze przed Beltane, jeszcze zanim wszystkie tragedie zaczęły trawić świat, kiedy otworzył swój kochany rezerwat i mógł tam zamieszkać. Kiedy rodzina go nie niepokoiła, kiedy wszystko się układało... chociaż przez parę chwil. Nie. Nawet wtedy nie było spokojnie, bo poczucie winy po tym, co się stało z Edgem, z Dante, zżerało go od środka. To, jak patrzył w oczy rodziny i uśmiechał się mówiąc, że nic się nie stało. Że jego stan zdrowia i chudnięcie, że to tylko stres. To po prostu praca. Jego życie było życiem mało spokojnym. Zawsze coś w nim się działo. - Jak kazałem ci pracować? - Zapytał ostrożnie, niepewny tego, czy był gotowy na odpowiedź. Dłonie, którymi o wiele śmielej przesunął po cudownych skrzydłach wróciły do ramion Fleamonta. Przystojny... A jego uroda rosła wraz z drobinkami bezpieczeństwa, którymi prószył jego ciało i umysł. - Jeśli chcesz to możemy iść na... zimne ognie i ciasto. - Uszczęśliwiłoby go to? Brzmiał, jakby tak i zarazem... Laurent powiedział to bez przekonania, bo to wrażenie miało też drugą stronę medalu - to, w której tkwiło w nim poczucie, że Fleamont nie chciał wychodzić z wanny. Albo to on sam wychodzić z niej nie chciał? Jakaś część niego widziała Edga na ciemnej, festiwalowej uliczce. Oświetlony był tylko tym zimnym ogniem, na ustach uśmiech, w smutnych oczach trochę więcej ciepła. W drugiej dłoni trzymał worek ciasteczek. Gdyby tylko mógł malować obraz uwieczniłby tę wizję. Chciałbym to zobaczyć. Taka lepsza wersja świata. Tylko zaraz dociera do ciebie, że przecież nie było o tym mowy. Nieopatrznie i niechcianie wyrządziłeś wystarczającą krzywdę, żeby nie mieć odwagi pokazywać się przed twarzą prawdziwego Edga. Poczucie wstydu i niepewności wymalowało rumieńce na twarzy Laurenta. - Już... już nie jesteś samotny. Masz kogoś, kto cię kocha. A kiedyś... pewnie nigdy bym się tam nie pojawił, gdybyś samotnym się nie czuł. - Dlatego czuł się winny. Dlatego było mu szkoda. Dlatego patrząc na morze ułożył na nim białą różę ku pamięci tego człowieka. Tego samego, którego się bał. Tego samego, przed którym uciekałby w popłochu. I potem ta sama osoba go sprowadziła do parkietu i uratowała przed napadem paniki. Sinusoida doświadczeń. Nikt chyba nie mógł powiedzieć, że się z Flynnem nudził.
- Nie wiem teraz, czy obiecujesz, czy ostrzegasz. - Uśmiechnął się filuternie. Push pull. Reakcja odpychania i przyciągania. Z jednej strony zawstydzenia, z drugiej wyzwania. Lekki nacisk, że nie chciał się całkowicie poddawać i wycofywać. Może już dość. Tyle kropel wyleciało po piórach anioła, że jedna kropla egoizmu nie zmieni wiele. A jednak, koniec końców, nie wiedział co odpowiedzieć temu wyszczekanemu człowiekowi, który zawsze miał dobrą reprymendę pod ręką, zawsze potrafił cię dobić do ziemi, zawsze potrafił wycelować w czuły punkt. Wywrócić oczami i obrazić. Teraz nimi nie wywracał. Teraz jego słowa były hipnotyzujące. Wpatrywał się w niego. Co jeszcze mógłby usłyszeć? Ile o nim samym, czego nie rozumiał? I czy w ogóle był gotów rozumieć? Zastanawiał się co mógłby powiedzieć na pogrzebie Flynna. Jego życie było żartem, ale kochał na serio.[i]
Rozchylił powieki, spoglądając na ciemność, ale to nic. To nie świece zgasły jednym podmuchem. To kopuła, która tworzyła uświęcone sakrum. [i]Jak ciepło... Mięśnie rozluźniły mu się automatycznie, odetchnął. I zaraz po tym napięły się tylko po to, żeby uścisnąć go mocniej. Zsunął się odrobinę niżej, żeby ułożyć głowę na poziomie jego klatki piersiowej. To serce biło. Mocno uderzało w klatce piersiowej nie pozostawiając wątpliwości, że Fleamont żył. I tak jak każdy człowiek na tym świecie potrzebował to życie otrzymać na otwartych dłoniach, żeby upewnić się, że nie żyje tutaj sam.
Dotknął motylimi skrzydłami warg zapraszających go do skosztowania. Jest język, który między nami zawsze był jasny i zrozumiały. Bo niepotrzebne były im słowa, żeby rozumieć dreszcze ciała.