Hjalmar nie był ekspertem, nie był nawet nowicjuszem w kwestiach związanych z tymi wszystkimi obrzędami. Nie znał, nie wypowiadał się. Brał jedynie udział i wszystko wskazywało na to, że tak też będzie i tym razem. Nie było żadnych przesłanek do tego, że całe wydarzenie miało się zaraz obrócić w jakiś manifest czy inną próbę ognia. To było tylko niewinne świętowanie.
Z czasem jednak przyjemne szumienie zaczęło ustępować, a w jego miejsce pojawiło się przeświadczenie, że coś jest jednak nie tak. Coś jakby nie wszystko było jednak w porządku i jakby mieli powód do tego, aby się zacząć martwić. Powinni byli uciekać? Wrócić do swojego domu w dolinie Godryka?
Arcykapłanka zachowywała się co najmniej dziwnie, ale równie dziwne - zróżnicowane - było całe zgromadzenie tego wieczora. Z jednej strony nie było w tym nic złego przecież, a z drugiej zaczynała się świecić jakaś taka lampka bezpieczeństwa. Słowa, które wypowiedziała po chwili, niczego nie zmieniły, a wręcz przekonały młodszego Nordgersima aby mieć na nią oko. Potrzebowali więcej ofiar? Bardziej krwawych? Powinni pójść po kolejną owcę...? Bo o nią chodziło... prawda?
Islandczyk zdziwił się co nie miara, kiedy do jego uszu dotarły słowa jednej z kapłanek. Mogę to zrobić... zaszumiało, odbijało się po ścianach czaszki. Czy ją już do reszty przegrzało od tego słońca?! burzył się, niejako nawet buntując w swoich myślach. Udało mu się opanować aby nie podnieść protestu odnośnie tej sprawy. Hjalmar rozumiał świętowanie, świętowaniem... ale co miało znaczyć jakieś rytualne morderstwo kogokolwiek?! Nikt nie mówił, że była to część tego święta bo przecież nigdy by się na to nie zgodził. Nawet w ich rodzinnych stronach już się od tego odchodziło.
Słysząc słowa Dagura, rozchylił tylko usta ze zdziwienia. A co jakby to była jedna z Twoich córek?! oburzył się ale nie powiedział tego na głos. Kątem oka dostrzegł, że ktoś miał odwagę ruszyć w kierunku młodej dziewczyny, aby może ją uratować albo przynajmniej przerwać ten cały proceder. Nordgersim miał zamiar dołączył do niego, wszak nie miał zamiaru przyglądać się jakiemuś chorym praktykom. Nie chciał też aby ktokolwiek miał zginąć na jego warcie. O nie, niedoczekanie.
- Nie, nie. To trzeba przerwać. Nikt nie będzie tutaj ginął - odparł po Islandzku, nie zgadzając się z ojcem, a następnie ruszył w kierunku kamienia. Tym razem sprzeciwił się woli ojca. Liczył się z tym, że może zaraz wylecieć z obrzędu ale cel uświęcał środki. Starał się tam dotrzeć jak najszybciej, aby wspomóc resztę osób, które nie zgadzały się na taki obrót spraw. Hjalmar nie chciał też nokautować arcykapłanki ale... gdyby zaszła taka konieczność... cóż, po coś ten boks ćwiczył, nie?
- Nie możemy po prostu załatwić jakiejś kolejnej owcy? Czegokolwiek? - zapytał ich duchowej matki, przewodniczki tego wieczora albo w zasadzie to kogokolwiek - Naprawdę musimy poświęcać tę samemu Merlinowi winną kapłankę? - dodał, rozglądając się po pozostałych osobach, tych przy całej aferze ale i tym, którzy postanowili trzymać się z daleka. Napawał się nadzieją, że uda im się znaleźć jakiś kompromis albo rozwiązanie tej patowej, a nawet patologicznej, sytuacji.