25.01.2024, 01:20 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 09.02.2024, 04:16 przez The Lightbringer.)
Zawsze budziła w nim dzikość, którą myślał, że dawno już zdążył w sobie pogrzebać - zawsze myślał, że zabił w sobie egoistyczne pożądanie, że był gotów poświęcić się uczuciom wyższym, myślał, że po tylu latach potrafi powściągnąć buzujące w nim emocje, i zachować rozwagę, ale zamiast tego, stał teraz obok niej, między ich ciałami tylko tyle przestrzeni, ile wymagał krzyż, ale ścisk tłuszczy dookoła nie pozwalał zrobić miejsca dla Ducha Świętego - ale Diana była ogniem, o którym czasem mówił, że nad nim panuje, choć nie była to cała prawda.
Ogień musiał pozostać nieposkromionym.
Należało pozwolić mu figlarnie kąsać palce, zachować ostrość płomiennych pazurów; dać mu wolność, bo przecież żadne dzikie zwierzę, raz schwytane, nie mogło być szczęśliwe, wiodąc życie w klatce.
Jim był przyjacielem ognia, nie pogromcą.
I chociaż czuł wstyd, kiedy dawał się opętać żywiołowi i tracił kontrolę - nad nim, nad sobą - czasem, kiedy sprawa okazywała się igraszką, a wszyscy wychodzili z sytuacji cali - nie potrafił poczuć się prawdziwie winnym. Bo gdyby zechciał poskromić ogień, ten straciłby całe swoje piękno: byłby równie bezduszny co lampy neonów, równie sztuczny, i zimny... Może dlatego właśnie Jim tak dziwnie przywiązany był do postaci Diany, czającej się gdzieś na obrzeżach nocy i peryferiach jego marzeń sennych. She was hot af Budziła w nim to samo uczucie, co zaklinanie ognia z alkoholem krążącym w krwiobiegu: była rzeczą groźną, kapryśną, ale i szalenie upojną.
- To ty, Diano - tylko że nieśmiertelna, bezcielesna - ta prawdziwa. To to, kim jesteś, kiedy nikt nie patrzy. - Głos Jima przesycony był jakąś fanatyczną pewnością, kiedy odpowiadał na jej pytanie, a w jego oczach - płonął ogień.
Miał szlachetne pobudki, o których nieustannie musiał sobie przypominać.
Nie widzisz, że że wszyscy tutaj chcą ciebie, twojego ciała, chciał jej powiedzieć - bo w mniemaniu Jima, niektórzy tylko tak mogli doświadczać tej nieśmiertelności, która kryła się gdzieś wewnątrz - że większość tych ludzi tutaj chce zabrać ci duszę, bo tylko tak mogą cokolwiek jeszcze poczuć? Dlaczego na to pozwalasz, Diano?
Jim, w swoim religijnym uniesieniu, nie był bowiem na tyle zaślepiony, by nie dostrzegać zła, pokrywającego świat niczym światło neonów spowijało plątaninę ciał przed klubem, niczym patyna powierzchnię miedzianej figurki albo chryzelefantynowe zdobienia - rzeźby antycznych bogiń...
Ukradł przecież kiedyś rzeźbę Diany - nagie udo wyłaniające się spod chitonu opierała w kontrapoście o swój atrybut, księżyc, dlatego pomylił ją najpierw z Maryją z Guadelupe - i choć na początku zdziwił się, że rzymska bogini nie została przedstawiona według standardów swojej ikonografii, z łukiem, kołczanem strzał, w ferworze polowania, kiedy spojrzał w jej martwe oczy zrozumiał, że te nie były potrzebne, by oddać targającą nią dzikość.
Czuł się tak jak wtedy, kiedy wsłuchiwał się w śmiech Diany, ten chichot niemalże; dziewczęcy, słodki - najpierw zupełnie nie pasował Jimowi do jej urocznych oczu, a potem zaś, stał się jednym z jego ulubionych rzeczy pośród bogactwa osobliwości, z jakich składała się Diana - byt równie skomplikowany, co tajemnica śmierci i zmartwychwstania.
Śmiech Diany raz przejmował go niby dźwięk niebiańskiej harfy w aranżacji świętej Hildegardy, a raz dawał mu gęsią skórkę, jak dysonansowe nuty diabelskiej triady podczas pogrzebowego requiem... Wtedy to było już nieważne, czy była wysłanniczką Niebios, czy służyła Złemu. Jim zawsze czuł się dziwnie spełniony, kiedy to właśnie on był przyczyną tego jej szaleńczego śmiechu.
Bo żyły w nim też bardzo niskie popędy, o których szalenie pragnął zapomnieć.
Wpatrywał się w omdlewającą Dianę - na jej zapraszająco odsłoniętą, alabastrową szyję, na przymrużone ślepia, w których przed chwilą błyskały iskierki demonicznej złości i udręczoną jakąś wewnętrzną burzą twarz - i czuł się tak samo, jak patrząc na rzeźbę Artemidy: zwabiła go niewinnością, ale była przecież niczym drapieżnik, który mąci swej ofierze w głowie, odsłaniając wrażliwe punkty, tylko po to, by osaczyć go, gdy podejdzie...
Ale przecież była tak piękna, że nie mógł oderwać wzroku.
Teraz jednak otrząsnął się z jej czaru, bo zmartwił się, obserwując tę nagłą niemoc kobiety. Troskliwie podtrzymał ją za ramiona, kiedy zaczęła pomrocznie słaniać się na nogach, i zaczął obawiać się o jej stan, widząc, jak oczy zaczynają jej mętnieć, a powieki ciążyć, jak zbladła - cała krew odpłynęła z jej policzków - czując, że dłoń, którą wciąż opierała o krzyż, nagle stała się przerażająco wiotka.
Dopiero po chwili zrozumiał, że jego modlitwy zaczynają działać; że to zły duch posłyszał ich rozmowę i teraz próbuje ostatkiem sił pozostać w środku, i, pazurami wczepiając się w jej płomienną duszę, nie odpuszczał. Ale Jim był na to gotowy.
Powtarzał na głos tekst egzorcyzmu, którego nauczył się przed laty: łacińskie słowa spływały z jego ust wznoszącą się inkantacją. Bardziej jak pieśń niż zaklęcie; bardziej jak żądanie niż modliwa. Może był po prostu zbyt naiwny - w tym, że wszędzie widział albo Boga, albo Szatana - ale nie był na tyle naiwny, by nie przemknęło mu przez głowę, że ta jego burzowooka pani (wyjęta prosto z kart pogańskiej Iliady i wtłoczona przemocą w ramy współczesności) może być tak samo zepsuta jak otaczający ich tłum. Ale Jim - jak to Jim - nie przejmował się tym jednak wcale, tak jak całym ogromem dzielących ich różnic. Czuł jak ogień boży krąży w jego żyłach, jak rozpiera go łaska...
Być może diabeł, który zaciskał swe szpony na jej duszy, dalej nie puszczał - tylko wystawiał jego, egzorcystę, na próbę wiary - ale Jim nie bał się jego władzy, teraz myślał tylko o Dianie, o jej słabowitym głosie, proszącym o pomoc, i wcale nie o jej pięknej, smukłej szyi, którą musiała skropić wcześniej perfumami o zapachu... Jim, przestań.
Kiedy mówił Dianie o tym, że wszyscy chcą jej duszy, przez grzeczność jedynie zignorował bowiem jej - i swój własny - zwierzęcy apetyt.
Teraz jednak silniej schycił ją w ramiona, bo bał się, że legion demonów może ją wyczerpać. A kiedy był gotowy wykrzyczał po prostu, potężnym głosem:
- SZATANIE, WYPĘDZAM CIĘ!!!!!!!!!
Ogień musiał pozostać nieposkromionym.
Należało pozwolić mu figlarnie kąsać palce, zachować ostrość płomiennych pazurów; dać mu wolność, bo przecież żadne dzikie zwierzę, raz schwytane, nie mogło być szczęśliwe, wiodąc życie w klatce.
Jim był przyjacielem ognia, nie pogromcą.
I chociaż czuł wstyd, kiedy dawał się opętać żywiołowi i tracił kontrolę - nad nim, nad sobą - czasem, kiedy sprawa okazywała się igraszką, a wszyscy wychodzili z sytuacji cali - nie potrafił poczuć się prawdziwie winnym. Bo gdyby zechciał poskromić ogień, ten straciłby całe swoje piękno: byłby równie bezduszny co lampy neonów, równie sztuczny, i zimny... Może dlatego właśnie Jim tak dziwnie przywiązany był do postaci Diany, czającej się gdzieś na obrzeżach nocy i peryferiach jego marzeń sennych. She was hot af Budziła w nim to samo uczucie, co zaklinanie ognia z alkoholem krążącym w krwiobiegu: była rzeczą groźną, kapryśną, ale i szalenie upojną.
- To ty, Diano - tylko że nieśmiertelna, bezcielesna - ta prawdziwa. To to, kim jesteś, kiedy nikt nie patrzy. - Głos Jima przesycony był jakąś fanatyczną pewnością, kiedy odpowiadał na jej pytanie, a w jego oczach - płonął ogień.
Miał szlachetne pobudki, o których nieustannie musiał sobie przypominać.
Nie widzisz, że że wszyscy tutaj chcą ciebie, twojego ciała, chciał jej powiedzieć - bo w mniemaniu Jima, niektórzy tylko tak mogli doświadczać tej nieśmiertelności, która kryła się gdzieś wewnątrz - że większość tych ludzi tutaj chce zabrać ci duszę, bo tylko tak mogą cokolwiek jeszcze poczuć? Dlaczego na to pozwalasz, Diano?
Jim, w swoim religijnym uniesieniu, nie był bowiem na tyle zaślepiony, by nie dostrzegać zła, pokrywającego świat niczym światło neonów spowijało plątaninę ciał przed klubem, niczym patyna powierzchnię miedzianej figurki albo chryzelefantynowe zdobienia - rzeźby antycznych bogiń...
Ukradł przecież kiedyś rzeźbę Diany - nagie udo wyłaniające się spod chitonu opierała w kontrapoście o swój atrybut, księżyc, dlatego pomylił ją najpierw z Maryją z Guadelupe - i choć na początku zdziwił się, że rzymska bogini nie została przedstawiona według standardów swojej ikonografii, z łukiem, kołczanem strzał, w ferworze polowania, kiedy spojrzał w jej martwe oczy zrozumiał, że te nie były potrzebne, by oddać targającą nią dzikość.
Czuł się tak jak wtedy, kiedy wsłuchiwał się w śmiech Diany, ten chichot niemalże; dziewczęcy, słodki - najpierw zupełnie nie pasował Jimowi do jej urocznych oczu, a potem zaś, stał się jednym z jego ulubionych rzeczy pośród bogactwa osobliwości, z jakich składała się Diana - byt równie skomplikowany, co tajemnica śmierci i zmartwychwstania.
Śmiech Diany raz przejmował go niby dźwięk niebiańskiej harfy w aranżacji świętej Hildegardy, a raz dawał mu gęsią skórkę, jak dysonansowe nuty diabelskiej triady podczas pogrzebowego requiem... Wtedy to było już nieważne, czy była wysłanniczką Niebios, czy służyła Złemu. Jim zawsze czuł się dziwnie spełniony, kiedy to właśnie on był przyczyną tego jej szaleńczego śmiechu.
Bo żyły w nim też bardzo niskie popędy, o których szalenie pragnął zapomnieć.
Wpatrywał się w omdlewającą Dianę - na jej zapraszająco odsłoniętą, alabastrową szyję, na przymrużone ślepia, w których przed chwilą błyskały iskierki demonicznej złości i udręczoną jakąś wewnętrzną burzą twarz - i czuł się tak samo, jak patrząc na rzeźbę Artemidy: zwabiła go niewinnością, ale była przecież niczym drapieżnik, który mąci swej ofierze w głowie, odsłaniając wrażliwe punkty, tylko po to, by osaczyć go, gdy podejdzie...
Ale przecież była tak piękna, że nie mógł oderwać wzroku.
Teraz jednak otrząsnął się z jej czaru, bo zmartwił się, obserwując tę nagłą niemoc kobiety. Troskliwie podtrzymał ją za ramiona, kiedy zaczęła pomrocznie słaniać się na nogach, i zaczął obawiać się o jej stan, widząc, jak oczy zaczynają jej mętnieć, a powieki ciążyć, jak zbladła - cała krew odpłynęła z jej policzków - czując, że dłoń, którą wciąż opierała o krzyż, nagle stała się przerażająco wiotka.
Dopiero po chwili zrozumiał, że jego modlitwy zaczynają działać; że to zły duch posłyszał ich rozmowę i teraz próbuje ostatkiem sił pozostać w środku, i, pazurami wczepiając się w jej płomienną duszę, nie odpuszczał. Ale Jim był na to gotowy.
Powtarzał na głos tekst egzorcyzmu, którego nauczył się przed laty: łacińskie słowa spływały z jego ust wznoszącą się inkantacją. Bardziej jak pieśń niż zaklęcie; bardziej jak żądanie niż modliwa. Może był po prostu zbyt naiwny - w tym, że wszędzie widział albo Boga, albo Szatana - ale nie był na tyle naiwny, by nie przemknęło mu przez głowę, że ta jego burzowooka pani (wyjęta prosto z kart pogańskiej Iliady i wtłoczona przemocą w ramy współczesności) może być tak samo zepsuta jak otaczający ich tłum. Ale Jim - jak to Jim - nie przejmował się tym jednak wcale, tak jak całym ogromem dzielących ich różnic. Czuł jak ogień boży krąży w jego żyłach, jak rozpiera go łaska...
Być może diabeł, który zaciskał swe szpony na jej duszy, dalej nie puszczał - tylko wystawiał jego, egzorcystę, na próbę wiary - ale Jim nie bał się jego władzy, teraz myślał tylko o Dianie, o jej słabowitym głosie, proszącym o pomoc, i wcale nie o jej pięknej, smukłej szyi, którą musiała skropić wcześniej perfumami o zapachu... Jim, przestań.
Kiedy mówił Dianie o tym, że wszyscy chcą jej duszy, przez grzeczność jedynie zignorował bowiem jej - i swój własny - zwierzęcy apetyt.
Teraz jednak silniej schycił ją w ramiona, bo bał się, że legion demonów może ją wyczerpać. A kiedy był gotowy wykrzyczał po prostu, potężnym głosem:
- SZATANIE, WYPĘDZAM CIĘ!!!!!!!!!
gniew mój wybuchnie
jak ogień będzie płonął
i nikt nie zdoła go zgasić
jak ogień będzie płonął
i nikt nie zdoła go zgasić