26.01.2024, 02:13 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 26.01.2024, 02:40 przez Alexander Mulciber.)
– Bo wystarczy mi już jeden Eryk Rookwood niańczący nimfetki? – rzucił z teatralną emfazą w głosie, bynajmniej nie zgorszony, a raczej zadowolony, że Murtagh odpowiedział na jego oczywistą prowokację, bo przez ich słowne przepychanki, tak znajome, tak do bólu zwyczajne, przyjaciel wydał się jakby mniej spięty niż dotychczas. – Litości. – Alex pociągnął dyskusję dalej, a w jego oczach błysnęło wyzwanie. – Ja nie posądzałbym ciebie o znajomość takich skomplikowanych słów, a jednak, można się czasem miło zaskoczyć.
Mulciber, dojrzawszy wcześniej stosy dokumentów pokrywających biurko Macmillana, zrzucił ostatecznie zmęczenie przyjaciela na karb nawału pracy w Departamencie Skarbu, nie roztrząsając głębiej sytuacji. Sam miał natomiast wrażenie, że posada niewymownego nadała jego dosyć pustemu życiu wiele sensu – i choć nie przyznałby się do tego tak na głos, dopiero zatrudnienie w Departamencie Tajemnic pozwoliło mu stworzyć podwaliny egzystencji bardziej ustrukturyzowanej od dotychczasowej cryptic nepobaby prophet routine – nie spodziewał się, że tyle satysfakcji przyniesie mu stanowisko w Ministerstwie.
Dalej uważał, że pełnił funkcję – trzeba to powiedzieć – bardziej pracownika rządu, niż niezależnego naukowca, a przecież to poszukiwanie prawdy i zgłębianie tajemnic daru jasnowidzenia były głównymi motorami jego życia, nie zaś praca zarobkowa: zwłaszcza, że zawsze tak bardzo odżegnywał się od perspektywy uwiązania w jednym miejscu, w robocie typu nine to five…
A przynajmniej tak myślał. Kiedyś.
Przywykł mówić, że nie ma dla niego miejsca na tym świecie; że nie ma domu, którego ściany – w kontraście z otwartym nieboskłonem – nie byłyby więzieniem; że nie ma rodziny, ani kobiety, czekającej jego powrotu; że on sam jest nikim, znikąd. To wszystko były romantyczne ideały nastoletniego Mulcibera, który nade wszystko pragnął czuć się wolny – podążać tam, gdzie poniesie go wiatr albo kaprys przeznaczenia – i doświadczać: jak najwięcej, jak najintensywniej. Murtagh miał rację – Alexander był strasznym hipokrytą – ale nawet on, najbliższy z przyjaciół Mulcibera, nie był świadom, jak bardzo. Tak bardzo pragnął wolności, a przecież nieustannie powracał do rodowej posiadłości w Anglii, do mieszkania zapełnionego pamiątkami z podróży, do pojebanej rodziny – tej w Anglii, i tej cygańskiej, we Francji – i do przyjaciół, od dzieciaka tych samych. Tak bardzo pragnął wolności, że wzdychał przez pół życia do jednej kobiety – czasem wciąż zastanawiał się, czy Rosie pamięta, jak mówił jej, że chciałby się razem z nią zestarzeć, czy takie wyznania zagubiły się gdzieś pośród ich pościeli, ukryły w splotach gobelinów zdobiących ściany Ataraxii i uleciały z zapachem wspólnie odpalonych kadzideł, tak, że pamiętały o nich teraz już tylko bukiety niezapominajek, które jej wręczał jej jeszcze w szkole – a przez drugie pół – uganiał się za Lorettą, przecież tak kompletnie różną od Ambrosii, jak dzień od nocy; za Lorettą, której brązowe oczy przypominały mu kolorem heroinę, piegi – gwiezdne konstelacje, a fantazyjne obrazy – zmieniające się jak w kalejdoskopie fraktale nici powiązań igrających między ich ciałami, przechodząc od nienawiści po miłość po wszystko inne, poza obojętnością. Tak bardzo pragnął wolności, że się ożenił. Tak bardzo pragnął wolności, że bez namysłu folgował swoim uzależnieniom, oddając im kompletnie kontrolę nad własnym życiem.
Tak bardzo, kurwa, pragnął wolności, a nie był ani trochę wolny.
Uśmiechnął się tylko do Macmillana, kiedy ten stwierdził dramatycznie, że nie będzie z nim gadał na trzeźwo.
– Nie mogę używać twoich własnych wymówek? – teraz to Mulciber się droczył. Przyjął chętnie szklankę wypełnioną trunkiem, i rozsiadł się wygodnie na sofie naprzeciwko przyjaciela, zastanawiając się, jak ubrać targające nim dylematy we właściwe słowa.
– To, co czujesz, kiedy… – wypuścił gwałtownie powietrze, ale szybko pokręcił głową, nie chcąc, by natłok wspomnień o chemicznych doznaniach przerwał jego wywód. Wstał, i zaczął niespokojnie przechadzać się po pokoju z szklanką w ręku. – Zostawiłem heroinę po śmierci ojca. – Zdziwiło go własne wyznanie. Tak naprawdę porzucił swoją najulubieńszą kochankę jeszcze wcześniej, ale rzeczywiście, dopiero w dniu pogrzebu pozbył się zapasu, schowanego na czarną godzinę. – Z heroiną zawsze było najgorzej skończyć – dodał szybko, i skrzywił się nagle, zirytowany tym, że opowiada Murtaghowi jakieś bzdury, zamiast konkretnie powiedzieć, na czym stoi – zmarszczył brwi, próbując odegnać od siebie kolejną falę wspomnień, wciąż żywych w jego umyśle – heroinę odkrył po bolesnym rozstaniu z Rosie, i przez ostatnich siedem lat, wciąż uciekał w ramiona narkotyku, popadając w coraz gorszą zależność, bo każdy kolejny odwyk był gorszy i trudniejszy od poprzedniego. Musiał się pozbyć brązowego proszku, kiedy życie stało się nie do zniesienia, zaraz doszły te cholerne zaręczyny Loretty z Leandrem, koniec stażu, i milion innych problemów, a on nieustannie czuł pokusę. A jednak, jakimś cudem wytrwał.
Przystanął, w końcu zwracając płomienny wzrok na Macmillana. Mówienie przychodziło z trudem, bo wciąż zaciskał szczękę. Pociągnął łyk alkoholu, chcąc przepłukać czymś gardło, nienawykły do smaku szczerości.
– Kurwa, nie wiem, Murtagh – powiedział w końcu. – Obudziłem się w pewien kompletnie zwyczajny dzień i nagle zrozumiałem, że wciąż mam po co żyć. Że nie zdołam naprawić wszystkich moich błędów, i może nigdy nie będę mógł spać normalnie w nocy, i przez jakiś czas myślałem, że jestem gówno wart, że to życie... – że zepsułem wszystko, rozumiesz? – ale mam wciąż coś, czego mogę się chwycić. Mam, kurwa, przyszłość, wyobrażasz sobie? – Oczy Mulcibera błyszczały jakimś niezdrowym blaskiem, kiedy mówił dalej. – Mógłbym chodzić do miliona jasnowidzów, a żaden by mi tego nie powiedział, bo to przecież za proste. Ale to jest takie proste. Mam dalej rodzinę. Mam przyjaciół. Mam jebaną pracę. Mam żonę. – wreszcie pozwolił sobie odetchnąć. Wypuścił powietrze nosem, jakby chciał prychnąć śmiechem, chociaż wcale nie było mu przecież do śmiechu.
– Może to jest takie proste. Może po prostu znowu chcę się zestarzeć.
Mulciber, dojrzawszy wcześniej stosy dokumentów pokrywających biurko Macmillana, zrzucił ostatecznie zmęczenie przyjaciela na karb nawału pracy w Departamencie Skarbu, nie roztrząsając głębiej sytuacji. Sam miał natomiast wrażenie, że posada niewymownego nadała jego dosyć pustemu życiu wiele sensu – i choć nie przyznałby się do tego tak na głos, dopiero zatrudnienie w Departamencie Tajemnic pozwoliło mu stworzyć podwaliny egzystencji bardziej ustrukturyzowanej od dotychczasowej cryptic nepobaby prophet routine – nie spodziewał się, że tyle satysfakcji przyniesie mu stanowisko w Ministerstwie.
Dalej uważał, że pełnił funkcję – trzeba to powiedzieć – bardziej pracownika rządu, niż niezależnego naukowca, a przecież to poszukiwanie prawdy i zgłębianie tajemnic daru jasnowidzenia były głównymi motorami jego życia, nie zaś praca zarobkowa: zwłaszcza, że zawsze tak bardzo odżegnywał się od perspektywy uwiązania w jednym miejscu, w robocie typu nine to five…
A przynajmniej tak myślał. Kiedyś.
Przywykł mówić, że nie ma dla niego miejsca na tym świecie; że nie ma domu, którego ściany – w kontraście z otwartym nieboskłonem – nie byłyby więzieniem; że nie ma rodziny, ani kobiety, czekającej jego powrotu; że on sam jest nikim, znikąd. To wszystko były romantyczne ideały nastoletniego Mulcibera, który nade wszystko pragnął czuć się wolny – podążać tam, gdzie poniesie go wiatr albo kaprys przeznaczenia – i doświadczać: jak najwięcej, jak najintensywniej. Murtagh miał rację – Alexander był strasznym hipokrytą – ale nawet on, najbliższy z przyjaciół Mulcibera, nie był świadom, jak bardzo. Tak bardzo pragnął wolności, a przecież nieustannie powracał do rodowej posiadłości w Anglii, do mieszkania zapełnionego pamiątkami z podróży, do pojebanej rodziny – tej w Anglii, i tej cygańskiej, we Francji – i do przyjaciół, od dzieciaka tych samych. Tak bardzo pragnął wolności, że wzdychał przez pół życia do jednej kobiety – czasem wciąż zastanawiał się, czy Rosie pamięta, jak mówił jej, że chciałby się razem z nią zestarzeć, czy takie wyznania zagubiły się gdzieś pośród ich pościeli, ukryły w splotach gobelinów zdobiących ściany Ataraxii i uleciały z zapachem wspólnie odpalonych kadzideł, tak, że pamiętały o nich teraz już tylko bukiety niezapominajek, które jej wręczał jej jeszcze w szkole – a przez drugie pół – uganiał się za Lorettą, przecież tak kompletnie różną od Ambrosii, jak dzień od nocy; za Lorettą, której brązowe oczy przypominały mu kolorem heroinę, piegi – gwiezdne konstelacje, a fantazyjne obrazy – zmieniające się jak w kalejdoskopie fraktale nici powiązań igrających między ich ciałami, przechodząc od nienawiści po miłość po wszystko inne, poza obojętnością. Tak bardzo pragnął wolności, że się ożenił. Tak bardzo pragnął wolności, że bez namysłu folgował swoim uzależnieniom, oddając im kompletnie kontrolę nad własnym życiem.
Tak bardzo, kurwa, pragnął wolności, a nie był ani trochę wolny.
Uśmiechnął się tylko do Macmillana, kiedy ten stwierdził dramatycznie, że nie będzie z nim gadał na trzeźwo.
– Nie mogę używać twoich własnych wymówek? – teraz to Mulciber się droczył. Przyjął chętnie szklankę wypełnioną trunkiem, i rozsiadł się wygodnie na sofie naprzeciwko przyjaciela, zastanawiając się, jak ubrać targające nim dylematy we właściwe słowa.
– To, co czujesz, kiedy… – wypuścił gwałtownie powietrze, ale szybko pokręcił głową, nie chcąc, by natłok wspomnień o chemicznych doznaniach przerwał jego wywód. Wstał, i zaczął niespokojnie przechadzać się po pokoju z szklanką w ręku. – Zostawiłem heroinę po śmierci ojca. – Zdziwiło go własne wyznanie. Tak naprawdę porzucił swoją najulubieńszą kochankę jeszcze wcześniej, ale rzeczywiście, dopiero w dniu pogrzebu pozbył się zapasu, schowanego na czarną godzinę. – Z heroiną zawsze było najgorzej skończyć – dodał szybko, i skrzywił się nagle, zirytowany tym, że opowiada Murtaghowi jakieś bzdury, zamiast konkretnie powiedzieć, na czym stoi – zmarszczył brwi, próbując odegnać od siebie kolejną falę wspomnień, wciąż żywych w jego umyśle – heroinę odkrył po bolesnym rozstaniu z Rosie, i przez ostatnich siedem lat, wciąż uciekał w ramiona narkotyku, popadając w coraz gorszą zależność, bo każdy kolejny odwyk był gorszy i trudniejszy od poprzedniego. Musiał się pozbyć brązowego proszku, kiedy życie stało się nie do zniesienia, zaraz doszły te cholerne zaręczyny Loretty z Leandrem, koniec stażu, i milion innych problemów, a on nieustannie czuł pokusę. A jednak, jakimś cudem wytrwał.
Przystanął, w końcu zwracając płomienny wzrok na Macmillana. Mówienie przychodziło z trudem, bo wciąż zaciskał szczękę. Pociągnął łyk alkoholu, chcąc przepłukać czymś gardło, nienawykły do smaku szczerości.
– Kurwa, nie wiem, Murtagh – powiedział w końcu. – Obudziłem się w pewien kompletnie zwyczajny dzień i nagle zrozumiałem, że wciąż mam po co żyć. Że nie zdołam naprawić wszystkich moich błędów, i może nigdy nie będę mógł spać normalnie w nocy, i przez jakiś czas myślałem, że jestem gówno wart, że to życie... – że zepsułem wszystko, rozumiesz? – ale mam wciąż coś, czego mogę się chwycić. Mam, kurwa, przyszłość, wyobrażasz sobie? – Oczy Mulcibera błyszczały jakimś niezdrowym blaskiem, kiedy mówił dalej. – Mógłbym chodzić do miliona jasnowidzów, a żaden by mi tego nie powiedział, bo to przecież za proste. Ale to jest takie proste. Mam dalej rodzinę. Mam przyjaciół. Mam jebaną pracę. Mam żonę. – wreszcie pozwolił sobie odetchnąć. Wypuścił powietrze nosem, jakby chciał prychnąć śmiechem, chociaż wcale nie było mu przecież do śmiechu.
– Może to jest takie proste. Może po prostu znowu chcę się zestarzeć.
Kiedy tańczę, niebo tańczy razem ze mną
Kiedy gwiżdżę, gwiżdże ze mną wiatr
Kiedy milknę, milczy świat
Kiedy gwiżdżę, gwiżdże ze mną wiatr
Kiedy milknę, milczy świat