26.01.2024, 17:31 ✶
Jej myśli nie spowiły żadnego życzenia.
Dorosłość oznaczała, że świat otworzył się dla niej życiami innych ludzi, odsłonił przed nią spojrzenia zmęczone i opuszczone, odcienie czerni, których wcześniej nie widziała, głębsze niż cienie swoich dziewczęcych koszmarów. Było to tak samo przykre, co fascynujące, choć ciekawość tych żyć napiętnowana była cichym poczuciem winy. Nie lubiła wrażenia, że otwiera tych ludzi jak kolejne książki, że dotyka ich historii obojętnie jak dotykać można palcami wersy, od których w każdej chwili można oderwać myśl, kiedy stają się zbyt przykre, zamykając w więzieniu okładek cierpiącego człowieka.
Nie odczytywała ludzi dobrze. Przecież to był Morph, znajomy ojca. Znajomy, który wpadał sporadycznie na ich niedzielne obiady, przynosząc egzotyczne wino i zajadając się ciepłą szarlotką. Opowiadał o podróżach, które Septimę intrygowały oraz fascynowały, a z czasem, gdy dorosła, była w stanie dorównywać mu w intelektualno-naukowych polemikach, w których tak się rzekomo lubowała. Wciąż, nie byli sobie równi, on należał do odległego świata dorosłych oraz odpowiedzialnych, a ona, choć zbliżająca się do nieuniknionej trzeciej dekady życia, trochę dryfowała.
Dorosłość, rozkwitająca niespiesznie w jej drżących palcach, oznaczała wiele rzeczy, których nie oczekiwała nigdy — myślała, oczywiście, o tym, że kiedyś opuści rodzinny dom i ojca, próbowała znaleźć w sobie cząstkę odpowiedzi na pytanie, kim właściwie jest i kim zamierza być. Wyobrażała sobie swoje pragnienia i marzenia, wybierane z przejrzystego, nieomylnego powołania, w które wierzyła tak silnie, a które okazywało się zupełnie nieklarowne, niestałe i nienamacalne: wydawało jej się, że nie różniło się to wszystko bardzo od efemerycznego farmazona wyobraźni, więc nie umiała złapać go stanowczo i z determinacją. Wymykał się i jej zmieniał, przez lata, czasem przypominał sklep alchemiczny, czasem dokumenty i tabelki, czasem krucze barwy, wyobrażała sobie swój własny dom, który ktoś inny będzie nazywać macierzystym, wyobrażała sobie przyszłość taką, jaką budowały książki i dziewczęca fantazja; okazywała się jednak czymś zupełnie innym, czymś bardziej płynnym, nieuchwytnym i złożonym, przeplecionym zaskoczeniem, przykrością i rozczarowaniem.
Okazywało się, przede wszystkim, że przyszłość nie wydarzała się tak po prostu: czas płynął powoli, a w jego nurcie przydarzało się wiele myśli i wiele odkryć, na których nikt jej nie przygotował.
Morpheus. Coś jej się przez moment wydawało, coś jej umknęło i poczuła z tego powodu coś nieprzyjemnego na dnie żołądka. Poczucie winy i wiadro zimnej wody wylało na nią lodowate ochłapy rozsądku, które zdawała się stracić w ostatnich minutach.
Zawładnął nią chłód oplatający ciasno skórę. Znała go bardzo, ale to bardzo dobrze.
Dystans.
— Wciąż jest w dobrym stanie — przyjrzała jej się jeszcze jeden raz, bardziej z gestu przyzwyczajenia —oczywiście daj znać, jeśli zauważysz jakąkolwiek anomalię. Jesteście razem już od wielu lat, więc nie powinieneś niczego przeoczyć.
Usta zacisnęła w kreskę. Wysiliła się na lakoniczny uśmiech, w obawie że, zobojętnienie objęte ciężką opoką niezręcznego milczenia, zostawi w jego ustach niesmak.
— Nie będę już ci zabierać czasu. Na pewno jesteś zajęty.
Sprzątnęła nieistniejący paproch z lady, z kieszeni fartucha wyciągając pomiętą listę z zamówieniami. Wpadnie w wir pracy i z czasem zapomni o żenującej sytuacji.
Nic nowego.
Dorosłość oznaczała, że świat otworzył się dla niej życiami innych ludzi, odsłonił przed nią spojrzenia zmęczone i opuszczone, odcienie czerni, których wcześniej nie widziała, głębsze niż cienie swoich dziewczęcych koszmarów. Było to tak samo przykre, co fascynujące, choć ciekawość tych żyć napiętnowana była cichym poczuciem winy. Nie lubiła wrażenia, że otwiera tych ludzi jak kolejne książki, że dotyka ich historii obojętnie jak dotykać można palcami wersy, od których w każdej chwili można oderwać myśl, kiedy stają się zbyt przykre, zamykając w więzieniu okładek cierpiącego człowieka.
Nie odczytywała ludzi dobrze. Przecież to był Morph, znajomy ojca. Znajomy, który wpadał sporadycznie na ich niedzielne obiady, przynosząc egzotyczne wino i zajadając się ciepłą szarlotką. Opowiadał o podróżach, które Septimę intrygowały oraz fascynowały, a z czasem, gdy dorosła, była w stanie dorównywać mu w intelektualno-naukowych polemikach, w których tak się rzekomo lubowała. Wciąż, nie byli sobie równi, on należał do odległego świata dorosłych oraz odpowiedzialnych, a ona, choć zbliżająca się do nieuniknionej trzeciej dekady życia, trochę dryfowała.
Dorosłość, rozkwitająca niespiesznie w jej drżących palcach, oznaczała wiele rzeczy, których nie oczekiwała nigdy — myślała, oczywiście, o tym, że kiedyś opuści rodzinny dom i ojca, próbowała znaleźć w sobie cząstkę odpowiedzi na pytanie, kim właściwie jest i kim zamierza być. Wyobrażała sobie swoje pragnienia i marzenia, wybierane z przejrzystego, nieomylnego powołania, w które wierzyła tak silnie, a które okazywało się zupełnie nieklarowne, niestałe i nienamacalne: wydawało jej się, że nie różniło się to wszystko bardzo od efemerycznego farmazona wyobraźni, więc nie umiała złapać go stanowczo i z determinacją. Wymykał się i jej zmieniał, przez lata, czasem przypominał sklep alchemiczny, czasem dokumenty i tabelki, czasem krucze barwy, wyobrażała sobie swój własny dom, który ktoś inny będzie nazywać macierzystym, wyobrażała sobie przyszłość taką, jaką budowały książki i dziewczęca fantazja; okazywała się jednak czymś zupełnie innym, czymś bardziej płynnym, nieuchwytnym i złożonym, przeplecionym zaskoczeniem, przykrością i rozczarowaniem.
Okazywało się, przede wszystkim, że przyszłość nie wydarzała się tak po prostu: czas płynął powoli, a w jego nurcie przydarzało się wiele myśli i wiele odkryć, na których nikt jej nie przygotował.
Morpheus. Coś jej się przez moment wydawało, coś jej umknęło i poczuła z tego powodu coś nieprzyjemnego na dnie żołądka. Poczucie winy i wiadro zimnej wody wylało na nią lodowate ochłapy rozsądku, które zdawała się stracić w ostatnich minutach.
Zawładnął nią chłód oplatający ciasno skórę. Znała go bardzo, ale to bardzo dobrze.
Dystans.
— Wciąż jest w dobrym stanie — przyjrzała jej się jeszcze jeden raz, bardziej z gestu przyzwyczajenia —oczywiście daj znać, jeśli zauważysz jakąkolwiek anomalię. Jesteście razem już od wielu lat, więc nie powinieneś niczego przeoczyć.
Usta zacisnęła w kreskę. Wysiliła się na lakoniczny uśmiech, w obawie że, zobojętnienie objęte ciężką opoką niezręcznego milczenia, zostawi w jego ustach niesmak.
— Nie będę już ci zabierać czasu. Na pewno jesteś zajęty.
Sprzątnęła nieistniejący paproch z lady, z kieszeni fartucha wyciągając pomiętą listę z zamówieniami. Wpadnie w wir pracy i z czasem zapomni o żenującej sytuacji.
Nic nowego.
Postacie opuszczają sesję