"Ten typ już tak ma". Tak Olivia już miewała, że w jej oczach pojawiały się chochliki - ten błysk, który mówił o tym, że kształtowała różki między ognistymi włosami i wysuwała ogonek spod sukienki zakończony serduszkiem. Brakowało jej tylko trójzębu do bajkowej wizji Diabła. Tylko żyliśmy w takich czasach, gdzie Diabeł mało miał z bajkami wspólnego. Gnuśności wkradały się między wiersze, jeśli im pozwoliłeś, a ta kobieta nie chciała ich zapraszać. Niby urażona, a ewidentnie zachwycona zdaniem, które przyszło jej potwierdzić. To było niedoskonałe. Nie ona i nie jej reakcja - twoja własna reakcja. Błąd w wielkim planie, bo chociaż nie zawierał wielu szczegółów i nie posiadał własnego scenariusza, to nie miał zanadto odbiegać od niektórych utartych schematów wpisanych w życiorys. Imperfekcja dotknęła blondyna - opuściła na jego ramiona czerwony płaszcz jak na królewskie barki. Wręczyła berło, złote jabłko i kazała iść dalej. Spojrzeć w oczy kobiety, która z tej historii jeden powinna wysnuć morał: im więcej perfekcji dostrzegasz, tym groźniejsze jest to, czego nie widzisz. Człowiek z natury bał się niepoznanego. Część samozachowawcza, która miała odpowiadać u niej za instynkt była jednak zepsuta, przynajmniej częściowo. Znał taką jedną, która miała podobnie - i podobni jak Olivia była mu bardzo bliska. Victoria nie przeżyła jednak tego, co rudowłosa. Nigdy nie oczekiwała niczego więcej od ich znajomości, bo wiedziała lepiej - ideały nie istnieją.
Nie istniały ideały, za to istniało realne przejęcie głupim płaceniem za herbatę, o którą Laurent ogrzewał teraz palce. Nie podjął dalej tematu, a chociaż nie miał powodu, żeby jej nie ufać, to znał ten jej wyraz twarzy... zwiastował kłopoty, bo opowiadał o psotach biegających jej po głowie. Lepiej o nich, niż o powadze, którą mieli zasnuć ten piękny umysł. Olivia była kochana, do rany przyłóż. Mleko otulające ciało w ciepłej kąpieli. Niestety jak to mleko - potrafiły być mętne. Starałeś się czytać z jej oczu, jej warg, jej odruchów. Tu i teraz panowało jednak większe przygnębienie, niż skupienie. Nie, przygnębienie nie było chyba dobrym słowem. Przyszedłeś tutaj nie przygnębiony, a skruszony. Łatwo było naciągnąć jedno na drugie, kiedy samorozponanie rozplaszczało się na podłodze, tuż pod nogami. Jedno w tym dniu miało być dobre - odwiedzenie na Nokturnie pewnego rzemieślnika. Bez jakiejkolwiek pokory. Ale tu i teraz, choć spotkanie Olivii dobre było, to już poczucie, że zrobiło się coś niedobrego... kto normalny by to lubił? Oh, oh! Nazywanie złamanej jaźni Laurenta normalnej byłoby przesadą, gdyby nie jedna rzecz: gdzie w świecie czarodziejów leżały normy?
- Nie chcę o tym rozmawiać. - Dopowiedział, żeby nie pozostawić tutaj pola do spekulacji czy zastanawiania się, jak bardzo i czy w ogóle chce przeciągać tematykę jego rodziny, tego, kto kogo tam kochał, a kto kogo niszczył. Czuł niesprawiedliwość i żal do nich, że doprowadzili go do tego stanu, ale kiedy zacząłby o tym mówić przypomniałby sobie, że tylko histeryzuje, że przesadza, że przecież rodzina chce dla niego dobrze. W tej sinusoidzie ciężko było funkcjonować. I nie chciał słuchać, że słuuchaj, ale prawda jest taka..! Wiedział, jaka jest Wiedział też, jak niepoprawne było jego wahani się i to poczucie winy, samoobwinianie się za to, co jego winą nie było. Tak, wiedział. Niczego ta wiedza nie zmieniała poza bezsilną frustracją.
- Nie istnieje idealne życie. Tak jak nie istnieją idealni ludzie. - Ani idealna miłość wyciągnięta z książek, które tak lubisz czytać. Olivia mogłaby zatonąć w baśniach. Na jej szczęście podkochała się w selkie, który nie chciał dla niej źle, nawet jeśli, ujmując słowa w swą moc, wykorzystał jej zauroczenie dla własnej przyjemności. - Chyba jak na czarodzieja czystej krwi mam całkiem dobre życie. - Nie było co tutaj unosić się fałszywą skromnością. Nawiązywał jednak do tego liczenia każdego knuta czy oglądanie się za siebie po nocach... - Niemal sielskie. - Uśmiechnął się ulotnie. Jego życie było wszystkim, ale na pewno nie jedną z tych sielskich książek. - Mam spokój. Nikt prawie niczego ode mnie nie oczekuje. - Prawie nikt. Aydaya zażądała ożenku, ale Laurent powiedział kategoryczne "nie". - Przyznam szczerze, że bardzo lubię wszystkie te... gale, bale i spotkania towarzyskie. Damy w pięknych sukniach i dżentelmenów w garniturach. Szerokie kapelusze i stukające się kieliszki szampana. - Przynajmniej lubił. Nie pamiętał, kiedy ostatni raz na takowym był. - Bardzo ładnie samą siebie określiłaś. Podoba mi się. - Ta poprawka była więcej niż akceptowalna, była chciana, choć nieoczekiwana. Zaraz jednak uśmiechnął się do niej ciepło, szczerze, kiedy wspomniała o tym rozpływaniu się pod jego spojrzeniem.
- To byłaby... długa opowieść. Taka, przy której stygnie herbata. - I potrzeba jej kilka dzbanków. - Duma... bardzo dobrze. Trochę nadmiernie protekcjonalny.