Zdecydowanie nie przeszkadzała mu ta cisza. Z każdą kolejną sekundą, kiedy nie oczekiwała od niego żadnej interakcji, wydawał się być spokojniejszy. Wsparł się plecami o pień o wiele wygodniej, nie zaciskał już palców na swoim ciele. Jeszcze przed chwilą zachowywał się, jakby jej obecność wrzuciła go gdzieś w toń wzburzonego morza, teraz... teraz to morze było spokojne i ciche, a on nie znajdował się już na wraku.
I wtedy Arya postanowiła szturchnąć jego nogę.
Wziął naprawdę głęboki oddech, taki oddech, który się bierze przed obcięciem wszystkich lin i pozwoleniu sobie spaść, bo nie dawałeś już sobie żadnych szans na przetrwanie katastrofy i lepszą perspektywą od duszenia tego w środku było pozwolić sobie odejść. Takie to było pompatyczne, jakby miał nie skłamać. Ale skłamał.
- N-nie ufam swojemu językowi, k-kiedy je-stem wkurwiony, więc utykam m-mordę. W mojej głowie jest wyy-starczająco głośno.
Ohh, to nie brzmiało dobrze. Wracał do bycia tym pierdolonym jąkałą, który nie potrafił się odezwać i Alexander przekazywał innym to, co szeptał mu na ucho.
Oczywiście, że to nie była prawda. Ale prawda była w jego odczuciu żałosna, obnażała go całkowicie, otrzepywała z popiołu stronę, której nie chciał okazywać nikomu, a już w szczególności komuś nieznanemu. Nie mówił nic, bo nie musiał. Mógł żyć w tej chwili w milczeniu, czuć się w nim bezpiecznie, nie odpowiadać na pytania dotyczące swojej przeszłości, tego jak się czuje. Tego, jakie miał plany. Bo co miał im opowiadać? Że cierpiał? Że miał tylko jego marzenie - że po tym jak porzucił kogoś, z kim miał nadzieję spędzić resztę życia, kiedyś (może i za dwadzieścia lat) powie sobie: dobrze, że się wtedy nie zabiłem. Nie nie, on nigdy by tym nie podzielił - on wolał pozować. Na kogoś, kto był o wiele lepszym zbirem niż człowiekiem. Na kogoś, kto w ręce zawsze trzymał nóż i miał w tym jakiś głębszy powód. Bo ta persona, jaką stworzył, była lepsza od najwymyślniejszej tarczy - żadne złe słowa nie docierały do ciebie, kiedy stałeś w barowej łazience, mając na sobie swoją ulubioną kurtkę, dopalając drugiego papierosa, wpatrując się w rozmytą od alkoholu czerń i biel swojej osoby. Zbudował wokół siebie kolce. I wiedział, że nie były idealne - jedni orientowali się w tym szybciej, drudzy wolniej, ale ostatecznie dochodzili do podobnych wniosków - to co sobie myślał, to żadna była tajemnica. Nie był potworem, lecz smutnym, żałosnym człowiekiem potrzebującym tylko najprostszych rzeczy - kogoś bliskiego i miejsca do spania, bo tylko to zatrzymywało go w miejscu. Jak tego nie miał, to uciekał. Biegł. Bo ta kurtka przestawała dobrze leżeć, odbicie w barowym lustrze pokazywało mu, jak paskudnie wyglądały jego włosy, smród papierosów łudząco przypominał ten odpowiedzialny za zepsucie duszy. Stał pod prysznicem tak długo, że ciało bolało go od szorowania, a on wciąż czuł się brudny. Więc uciekał. On nie miał żadnych krawędzi, o które dało się pociąć, tylko oczy tak suche, że nie odnajdował w sobie siły na płakanie. Zawsze myślał o przeszłości, o rzeczach straconych i o przyszłości - tydzień temu czuł tęsknotę za Los Angeles, chociaż nigdy nie był w Los Angeles, po prostu jego dusza mówiła mu, że tam wreszcie odnajdzie szczęście. Nie dopuszczał do siebie świadomości, że przyszłość była nieznana i zawodził się na niej wielokrotnie. Zagadką było, czy kiedykolwiek poczuje się naprawdę dobrze.
Cisza była jego dobrym miejscem. W ciszy mógł czuć się bezpiecznie. Tu nie chodziło o to, że nie chciał obnażać się ze swojej agresji, z najgorszej części swojej natury, a to właśnie sugerował tymi słowami - cisza leżała w jego duszy o wiele głębiej i wygodniej niż pełne frustracji krzyki, wulgaryzmy. Milczał tylko ze względu na to, że lubił się nie odzywać.
Tak jak teraz, kiedy znów zawiesił spojrzenie na leżącej na trawie siostrze. Śliczna, ale kompletna dziwaczka. Z czarną szminką. Ubrana tak, jakby mieli spędzać czas w tych samych klubach, ale nie kojarzył jej z wyglądu. Wpatrywała się w to niebo, on wpatrywał się w jej oczy. I faktycznie w jego głowie było teraz głośno na jej temat, ale wciąż - nie mówił nic.
I wtedy Arya postanowiła szturchnąć jego nogę.
Wziął naprawdę głęboki oddech, taki oddech, który się bierze przed obcięciem wszystkich lin i pozwoleniu sobie spaść, bo nie dawałeś już sobie żadnych szans na przetrwanie katastrofy i lepszą perspektywą od duszenia tego w środku było pozwolić sobie odejść. Takie to było pompatyczne, jakby miał nie skłamać. Ale skłamał.
- N-nie ufam swojemu językowi, k-kiedy je-stem wkurwiony, więc utykam m-mordę. W mojej głowie jest wyy-starczająco głośno.
Ohh, to nie brzmiało dobrze. Wracał do bycia tym pierdolonym jąkałą, który nie potrafił się odezwać i Alexander przekazywał innym to, co szeptał mu na ucho.
Oczywiście, że to nie była prawda. Ale prawda była w jego odczuciu żałosna, obnażała go całkowicie, otrzepywała z popiołu stronę, której nie chciał okazywać nikomu, a już w szczególności komuś nieznanemu. Nie mówił nic, bo nie musiał. Mógł żyć w tej chwili w milczeniu, czuć się w nim bezpiecznie, nie odpowiadać na pytania dotyczące swojej przeszłości, tego jak się czuje. Tego, jakie miał plany. Bo co miał im opowiadać? Że cierpiał? Że miał tylko jego marzenie - że po tym jak porzucił kogoś, z kim miał nadzieję spędzić resztę życia, kiedyś (może i za dwadzieścia lat) powie sobie: dobrze, że się wtedy nie zabiłem. Nie nie, on nigdy by tym nie podzielił - on wolał pozować. Na kogoś, kto był o wiele lepszym zbirem niż człowiekiem. Na kogoś, kto w ręce zawsze trzymał nóż i miał w tym jakiś głębszy powód. Bo ta persona, jaką stworzył, była lepsza od najwymyślniejszej tarczy - żadne złe słowa nie docierały do ciebie, kiedy stałeś w barowej łazience, mając na sobie swoją ulubioną kurtkę, dopalając drugiego papierosa, wpatrując się w rozmytą od alkoholu czerń i biel swojej osoby. Zbudował wokół siebie kolce. I wiedział, że nie były idealne - jedni orientowali się w tym szybciej, drudzy wolniej, ale ostatecznie dochodzili do podobnych wniosków - to co sobie myślał, to żadna była tajemnica. Nie był potworem, lecz smutnym, żałosnym człowiekiem potrzebującym tylko najprostszych rzeczy - kogoś bliskiego i miejsca do spania, bo tylko to zatrzymywało go w miejscu. Jak tego nie miał, to uciekał. Biegł. Bo ta kurtka przestawała dobrze leżeć, odbicie w barowym lustrze pokazywało mu, jak paskudnie wyglądały jego włosy, smród papierosów łudząco przypominał ten odpowiedzialny za zepsucie duszy. Stał pod prysznicem tak długo, że ciało bolało go od szorowania, a on wciąż czuł się brudny. Więc uciekał. On nie miał żadnych krawędzi, o które dało się pociąć, tylko oczy tak suche, że nie odnajdował w sobie siły na płakanie. Zawsze myślał o przeszłości, o rzeczach straconych i o przyszłości - tydzień temu czuł tęsknotę za Los Angeles, chociaż nigdy nie był w Los Angeles, po prostu jego dusza mówiła mu, że tam wreszcie odnajdzie szczęście. Nie dopuszczał do siebie świadomości, że przyszłość była nieznana i zawodził się na niej wielokrotnie. Zagadką było, czy kiedykolwiek poczuje się naprawdę dobrze.
Cisza była jego dobrym miejscem. W ciszy mógł czuć się bezpiecznie. Tu nie chodziło o to, że nie chciał obnażać się ze swojej agresji, z najgorszej części swojej natury, a to właśnie sugerował tymi słowami - cisza leżała w jego duszy o wiele głębiej i wygodniej niż pełne frustracji krzyki, wulgaryzmy. Milczał tylko ze względu na to, że lubił się nie odzywać.
Tak jak teraz, kiedy znów zawiesił spojrzenie na leżącej na trawie siostrze. Śliczna, ale kompletna dziwaczka. Z czarną szminką. Ubrana tak, jakby mieli spędzać czas w tych samych klubach, ale nie kojarzył jej z wyglądu. Wpatrywała się w to niebo, on wpatrywał się w jej oczy. I faktycznie w jego głowie było teraz głośno na jej temat, ale wciąż - nie mówił nic.
Koniec sesji
Oh darling, it's so sweet
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.