27.01.2024, 13:27 ✶
Tamten dzień Patrick spędził bardzo typowo i bardzo nietypowo jednocześnie. Typowo, bo najpierw – jako auror – przyjął informacje o aktach magicznego wandalizmu w mugolskiej części Londynu. Gdy pojawił się w Newham okazało się, że akty wandalizmu, jak najbardziej, istnieją, ale z pewnością nie mają nic wspólnego z jakimś obłąkanym czarodziejem. Krzywo namalowany sprejem pentagram i kilka świec dookoła niego jeszcze nie świadczyły o magii, nawet jeśli majstrujący je mugole myśleli inaczej. Po pracy Steward wpadł do biblioteki, gdzie zawzięcie przewertował kilkanaście książek w poszukiwaniu informacji o duchach i o limbo. Najgorsze było to, że nawet nie widział czego szukał, choć niewątpliwie musiało mieć to jakiś związek z tkwiącymi w jego głowie wspomnieniami ojca. Teraz, gdy Patrick już wiedział, że były to tylko wspomnienia, pozostawał dużo spokojniejszy, ale jednocześnie coś nie pozwalało mu… odpuścić? Zapomnieć? Odwrócić głowy i wrócić do wcześniejszego życia, jakby nigdy nie poznał lepiej swojego ojca?
Podobnie do Nory Figg, Patrick nie miał żadnych problemów z zaśnięciem. We śnie znowu był w Newham, ale tym razem to Newham było jakieś zmienione, niż to przez które się przedzierał za dnia. Kluczył wąskimi uliczkami, nie bardzo wiedząc czego właściwie szuka, ale zdając sobie sprawę, że cel znajdował się gdzieś blisko, niemal na wyciągnięcie ręki, ale ciągle poza jego zasięgiem. W oddali majaczył mu stadion Boleyn Ground i na jego widok, Steward przystanął. Patrzył na idących tam mugoli, na ich czerwono-niebieskie szaliki, które jakoś odruchowo kojarzyły mu się z Hogwartem. Człowiek, którego szukał mignął mu kątem oka: wysoki, ciemnowłosy i atletyczny; noszący w sobie ślady bolesnego podobieństwa.
- Tato? – pytanie samo wymknęło się z ust Patricka, zanim zdążył je zdusić i przemyśleć jego niedorzeczność. To przecież nie mógł być jego ojciec. Jego ojciec nie żył od lat i wcale nie chciał go poznawać, nigdy nie chciał… Ale nogi działały jakby samoczynnie i najwyżej sekundę później, już biegł w boczną uliczkę, w której zniknął cień jego ojca.
Ojca oczywiście już nie było, ale pozostały po nim niedomknięte drzwi do jednej z klatek schodowych. Steward wpadł do środka i trochę intuicyjnie ruszył po schodach na piętro, a potem dalej, korytarzem szukając niedomkniętych drzwi lub znajomej sylwetki. Niedorzeczność jego własnego postępowania umykała go, zastępowana myślą o tym, że McMillan jednak się mylił, wszyscy się mylili i jego ojciec wydostał się z limbo a teraz – na wpół jawa, na wpół duch, kroczył po świecie żywych.
We śnie Patrick nie zauważał jak bardzo długi był korytarz którym zmierzał i jak bardzo nieprawdopodobne miał zakręty. Nie zaskoczyło go, że ze średnio zadbanych ścian zniknęła farba a zastąpiła ją płowa tapeta w kwiaty, nie myślał o tym, że drzwi straciły numery i oka Judasza, że zniknęły spod nich wycieraczki a budynek bardziej przypominał jakiś ogromny, osobliwy dom niż blok.
Zaklął pod nosem, zdając sobie sprawę, że zgubił ojca. Przystanął i zaczął nasłuchiwać. I wtedy, zza znajdujących się obok niego drzwi dotarły do niego podejrzane dźwięki. Jakby ktoś coś niszczył? Steward nie zastanawiał się nad tym co robi, ale pociągnął za klamkę i zajrzał do środka.
Zobaczył kolejny korytarz, na końcu którego znajdował się mężczyzna. Z siekierą. Co ten mugol wyczyniał? Rąbał drzwi?
Patrick zadziałał instynktownie, sięgając po różdżkę i biegnąc w stronę tego człowieka. Machnięciem różdżki odepchnął go w stronę ściany, drugim wyczarował liny, które oplotły jego ciało. Potem, potem zastanowi się nad tym jak wyjaśni tę dziwną interwencję jakiemuś amnezjatorowi z czarodziejskiego pogotowia ratunkowego. Zajrzał do łazienki, spodziewając się dostrzec tam jakąś przerażoną mugolkę.
- Nora? – zapytał wstrząśnięty. – Co ty tutaj robisz?
Podobnie do Nory Figg, Patrick nie miał żadnych problemów z zaśnięciem. We śnie znowu był w Newham, ale tym razem to Newham było jakieś zmienione, niż to przez które się przedzierał za dnia. Kluczył wąskimi uliczkami, nie bardzo wiedząc czego właściwie szuka, ale zdając sobie sprawę, że cel znajdował się gdzieś blisko, niemal na wyciągnięcie ręki, ale ciągle poza jego zasięgiem. W oddali majaczył mu stadion Boleyn Ground i na jego widok, Steward przystanął. Patrzył na idących tam mugoli, na ich czerwono-niebieskie szaliki, które jakoś odruchowo kojarzyły mu się z Hogwartem. Człowiek, którego szukał mignął mu kątem oka: wysoki, ciemnowłosy i atletyczny; noszący w sobie ślady bolesnego podobieństwa.
- Tato? – pytanie samo wymknęło się z ust Patricka, zanim zdążył je zdusić i przemyśleć jego niedorzeczność. To przecież nie mógł być jego ojciec. Jego ojciec nie żył od lat i wcale nie chciał go poznawać, nigdy nie chciał… Ale nogi działały jakby samoczynnie i najwyżej sekundę później, już biegł w boczną uliczkę, w której zniknął cień jego ojca.
Ojca oczywiście już nie było, ale pozostały po nim niedomknięte drzwi do jednej z klatek schodowych. Steward wpadł do środka i trochę intuicyjnie ruszył po schodach na piętro, a potem dalej, korytarzem szukając niedomkniętych drzwi lub znajomej sylwetki. Niedorzeczność jego własnego postępowania umykała go, zastępowana myślą o tym, że McMillan jednak się mylił, wszyscy się mylili i jego ojciec wydostał się z limbo a teraz – na wpół jawa, na wpół duch, kroczył po świecie żywych.
We śnie Patrick nie zauważał jak bardzo długi był korytarz którym zmierzał i jak bardzo nieprawdopodobne miał zakręty. Nie zaskoczyło go, że ze średnio zadbanych ścian zniknęła farba a zastąpiła ją płowa tapeta w kwiaty, nie myślał o tym, że drzwi straciły numery i oka Judasza, że zniknęły spod nich wycieraczki a budynek bardziej przypominał jakiś ogromny, osobliwy dom niż blok.
Zaklął pod nosem, zdając sobie sprawę, że zgubił ojca. Przystanął i zaczął nasłuchiwać. I wtedy, zza znajdujących się obok niego drzwi dotarły do niego podejrzane dźwięki. Jakby ktoś coś niszczył? Steward nie zastanawiał się nad tym co robi, ale pociągnął za klamkę i zajrzał do środka.
Zobaczył kolejny korytarz, na końcu którego znajdował się mężczyzna. Z siekierą. Co ten mugol wyczyniał? Rąbał drzwi?
Patrick zadziałał instynktownie, sięgając po różdżkę i biegnąc w stronę tego człowieka. Machnięciem różdżki odepchnął go w stronę ściany, drugim wyczarował liny, które oplotły jego ciało. Potem, potem zastanowi się nad tym jak wyjaśni tę dziwną interwencję jakiemuś amnezjatorowi z czarodziejskiego pogotowia ratunkowego. Zajrzał do łazienki, spodziewając się dostrzec tam jakąś przerażoną mugolkę.
- Nora? – zapytał wstrząśnięty. – Co ty tutaj robisz?