27.01.2024, 13:45 ✶
Ukochany objął go rękoma, ale o nic nie zapytał. Czy to dlatego tak rzadko się kłócili? Bo on o nic nie chciał pytać? Podał sam sobie Veritaserum, a on bał się zadawać pytania, bo jeszcze go zrani - dlaczego sądził, że tak tanią prowokacją doprowadzi do tego, że uda mu się wyjść z cienia własnych myśli? Może tak to właśnie miało wyglądać - nie udowodni mu nigdy, że nie kłamał ani razu, mówiąc o miłości. Oh, a on kochał go tak mocno, ale jego miłość była wciąż niezdrowa. Nie, nie chodziło to, jak dzielił ją między ludzi, ale o to, dlaczego Alexander nigdy nie musiał bać się o to, że Flynn zniknie z jego życia. Bo ta miłość wiązała się z lojalnością, której nikt od niego nie oczekiwał. Z lojalnością tak silną, że za sens swojego istnienia potrafił uznać to, że dla niego rozszarpałby gardło każdego, kto zechciałby go skrzywdzić. Wiedział, że on tego nie rozumie - miał go za kogoś dobrego, kogoś ociekającego słodyczą i zrozumieniem, ale nawet jeżeli był słodki, to był słodkim narzędziem zbrodni wpatrzonym w niego jak w obrazek.
Trochę rozbawiła go myśl, że starszy Bell w ogóle nie założył, aby Flynn miał być chętny do wspólnego wyjścia. Jasne, żył w Fantasmagorii, wykonywał ich polecenia, pomagał im we wszystkim i wszedł w tę społeczność, wygryzł w niej swoją obecność jak niemożliwa do sprania plama na ulubionej koszuli, ale... Wciąż tak dużo czasu spędzał poza obrębem cyrku, nawet jeżeli nie szedł nigdzie daleko, a jedynie palił na jakimś drzewie w oddali.
Nie domyślił się, że to przyciągnęło go lata temu do Fontaine? Świeżość, nowość, smród stolicy wgryzający się w gardło nawet bardziej niż odór uliczek Birmingham, a jednak... to miejsce było tak żywe, oferowało tak wiele - coś więcej niż nudę i monotonię. I chociaż jego myślenie od tego czasu zmieniło się mocno i nie narzekał na swoją obecną codzienność, to byłoby kłamstwo gdyby mówił o życiu w Londynie w samych negatywach. Były w tym wszystkim elementy jasne, miał tu wciąż dużo przyjaciół, znajomych. Wciąż była muzyka. Wciąż były używki, od których człowiek czuł się tak, jakby przechodził na tamtą stronę, a później wracał i czuł się wolny.
Edge obliał wargi.
- Nie musisz znać takiego miejsca. To ja żyłem tu tyle czasu i to ja zabieram ciebie. O ile w ogóle chcesz iść. Jest The Loft, o ile lubisz jazz. Jest The Catacombs w piwnicy kościoła w Earls Court, jest... Heaven, pod mostem na Charing Cross, ale oni się nie otworzyli na mugoli, więc jest strasznie pusto. - Powiedział jest. Nie było. Nie oceniał tych miejsc pod kątem tego, jak zapamiętał je sprzed czterech lat - mówił o teraźniejszości, musiał odwiedzić je przynajmniej raz. W lipcu? A może po prostu chodził tam regularnie, tylko nikomu o tym nie mówił? Gdyby Al zapytał o to jego oczy, odkryłby w nich teraz jakąś zadziorność - on wciąż prowokował, ale do czego - czy on sam to wiedział? Czy on to jeszcze chociaż trochę rozumiał? - Pójdziemy więc?
Trochę rozbawiła go myśl, że starszy Bell w ogóle nie założył, aby Flynn miał być chętny do wspólnego wyjścia. Jasne, żył w Fantasmagorii, wykonywał ich polecenia, pomagał im we wszystkim i wszedł w tę społeczność, wygryzł w niej swoją obecność jak niemożliwa do sprania plama na ulubionej koszuli, ale... Wciąż tak dużo czasu spędzał poza obrębem cyrku, nawet jeżeli nie szedł nigdzie daleko, a jedynie palił na jakimś drzewie w oddali.
Nie domyślił się, że to przyciągnęło go lata temu do Fontaine? Świeżość, nowość, smród stolicy wgryzający się w gardło nawet bardziej niż odór uliczek Birmingham, a jednak... to miejsce było tak żywe, oferowało tak wiele - coś więcej niż nudę i monotonię. I chociaż jego myślenie od tego czasu zmieniło się mocno i nie narzekał na swoją obecną codzienność, to byłoby kłamstwo gdyby mówił o życiu w Londynie w samych negatywach. Były w tym wszystkim elementy jasne, miał tu wciąż dużo przyjaciół, znajomych. Wciąż była muzyka. Wciąż były używki, od których człowiek czuł się tak, jakby przechodził na tamtą stronę, a później wracał i czuł się wolny.
Edge obliał wargi.
- Nie musisz znać takiego miejsca. To ja żyłem tu tyle czasu i to ja zabieram ciebie. O ile w ogóle chcesz iść. Jest The Loft, o ile lubisz jazz. Jest The Catacombs w piwnicy kościoła w Earls Court, jest... Heaven, pod mostem na Charing Cross, ale oni się nie otworzyli na mugoli, więc jest strasznie pusto. - Powiedział jest. Nie było. Nie oceniał tych miejsc pod kątem tego, jak zapamiętał je sprzed czterech lat - mówił o teraźniejszości, musiał odwiedzić je przynajmniej raz. W lipcu? A może po prostu chodził tam regularnie, tylko nikomu o tym nie mówił? Gdyby Al zapytał o to jego oczy, odkryłby w nich teraz jakąś zadziorność - on wciąż prowokował, ale do czego - czy on sam to wiedział? Czy on to jeszcze chociaż trochę rozumiał? - Pójdziemy więc?
Oh darling, it's so sweet
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.