Ministerstwo Magii żyło swoimi zasadami, paragrafami, kodeksami to nie powinno nikogo dziwić, że w przypadku niektórych spraw, nie chciano ujawniać danych. Biorąc pod uwagę sytuacje objęte śledztwem. Musieli jednak ze względu na ratowanie kogoś, zdradzić to, co potrzebował wiedzieć uzdrowiciel czy klątwołamacz. Laurence zdawał sobie sprawę z tego, że gdyby zdecydował ostatecznie zmienić pracę, warunki byłyby znacznie inne. Mimo iż pozostawałby nadal uzdrowicielem o swojej specjalizacji, to jednak inna byłaby dalsza droga awansów. Szpitalem od lat kieruje jego rodzina. Ale w Ministerstwie nie mieli chyba nikogo, kto by szedł im na rękę. Nie z rodziny. Tak przynajmniej myślał.
To jej spojrzenie i słowa, chyba dawały mu do zrozumienia, że kierowała do jego osoby. Nie musiała kończyć, aby otrzymać od niego uśmiech zrozumienia. To mógł pozostawić bez komentarza. Nie będzie się tłumaczył, gdyż było w praktyce widać, jak poświęcał się pracy. Jak chciał dobrze wypadać w oczach ojca.
Byli blisko miejsca docelowego, ale na nieszczęście Lestrange’a, musiała w pobliżu znajdować się grupka kocich stworzeń. Najwyraźniej zadomowionych na ulicy. Niesione przez wiatr ich zapach i sierść, niezbyt dobrze wpływały na jego organizm, o czym świadczyło jego kichanie.
- Alergia.Wyjaśnił. To powinno jej wystarczyć, aby zrozumieć powód jego niespodziewanej reakcji organizmu. Wycierając nos, obejrzał się aby upewnić, czy faktycznie to wina tych czworonożnych stworzeń. Miał pewność, dostrzegając znikający mu koci ogon w jednej z uliczek. Westchnął zrezygnowany.
Gdyby był przeziębiony, Camille zauważyłaby to szybciej i nawet w szpitalu. Nie każdemu łatwo przychodziło ukryć swoją chorobę, dolegliwości czy przeziębienia. Wtedy i Laurence by wziął jakieś wolne aby się doleczyć. Pod tym względem był rozsądny niż w przypadku własnego przepracowywania się.
Im dalej byli wcześniejszej uliczki, tym bardziej do siebie dochodził. Oby w tej restauracji nie było żadnego zwierzęcia. Choć nie wszędzie pozwalano wchodzić ze stworzeniami.