27.01.2024, 16:20 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 16.02.2024, 16:03 przez Brenna Longbottom.)
Tak naprawdę wcale nie próbowała mu dopiec – po prostu wszyscy wspominali tę licytację, pytano ją, kiedy wystawi na sprzedaż własnego brata ponownie, i tak dalej, stąd stwierdziła, że tym razem licytacji nie będzie, bo pod ręką nie ma Erika… Brenna wiedziała, że wystawiając tamtą kolację całkiem sporo zarobią, ale efekty przeszły jej najśmielsze oczekiwania.
Jeśli szło o Brennę, to ona rzadko hamowała swoje emocje, chyba że chodziło o próby powstrzymania się przed zamordowaniem kogoś (co jednak zdarzało się dość rzadko) albo o maskowanie tego, że coś jest nie tak. Teraz więc nawet nie próbowała udawać, że nie cieszy się na pojedynek. Co poradzić, starcia na broń białą zawsze wzbudzały w niej ekscytację, może nawet większą niż czarodziejskie pojedynki, ponieważ znaleźć partnera do tego drugiego było łatwo, a do tego pierwszego – bardzo trudno. Oczy jej błyszczały od podekscytowania i wyraźnie nie mogła się doczekać aż zaczną walkę, trochę jak mała dziewczynka, która miała zaraz wejść na karuzelę w parku rozrywki.
Nie była pewna, czy zdoła sprawić Orionowi łomot. Podejrzewała, że faktycznie może mieć lepszą technikę od niego – większość ludzi trenujących obecnie szermierkę robiło to raczej jako hobby czy by utrzymać kondycję. W jej domu była to niemal religia, wyznawana przez Jeremiaha Longbottoma, która znalazła wierną wyznawczynię także w Brennie. Wzrostem byli sobie niemal równi, Orion przerastał ją zaledwie o kilka centymetrów. Pytaniem pozostawało jednak, czy to wystarczy – mężczyzna miał jednak więcej mięśni, a Brenna pozostawała świadoma, że chociaż fizycznie przerasta dowolnego nie ćwiczącego mężczyznę, to już taki z trybem życia choć zbliżonym do jej, będzie silniejszy.
– Zdradzić ci tajemnicę? – zapytała z rozbawieniem, obracając się w kręgu. – Nie widać tego na pierwszy rzut oka, ale pod niektórymi względami znacznie bardziej wdałam się w Potterów.
Może nie pod kątem zawodu i zamiłowania do walki, ale już niektórzy krewni jej matki miewali skłonności do lekceważenia zasad, knucia za kulisami, psot oraz niekiedy pewnej porywczości, którą niejeden określiłby głupotą.
Brenna zawsze uważała, że w głębi serca nie jest tak dobra jak inni Longbottomowie. To jej brat był idealnym Longbottomem, nawet jeżeli jego nienaganna prezencja i dbanie o wygląd mogłyby sugerować, że to jemu bliżej do Potterów.
– Ależ proszę mi tylko podać ich nazwiska, panie Bulstrode, a sama stanę naprzeciwko nich na ubitej ziemi w obronie mojego honoru – roześmiała się, składając przy tym jeszcze teatralny ukłon. – Podobno pojedynki o ten stały się bardzo modne, chociaż wyłamię się z tradycji i swojego nie powierzę bratu.
Ba, nie tak dawno temu napisała do brata, że jeśli spróbowałby zrobić coś takiego jak Louvain Lestrange, stłukłaby go na kwaśne jabłko. I po dziś dzień nie pojmowała, o co chodziło z tym całym honorowym pojedynkiem oraz co oznaczał niby remis. Że honor Loretty jest kwestią dyskusyjną? Że zależy z której strony na sprawę spojrzeć?
Uśmiechnęła się z satysfakcją, gdy trafiła za pierwszym razem, a potem wywinęła się spod jego uderzenia – chociaż zaledwie o włos, ostrze śmignęło tuż przy ubraniu, tak że zabrakło milimetrów, aby musnęło ramię. Nie odpowiedziała na komentarz, w tej chwili całkowicie skupiona na pojedynku. A potem korzystając z tego, że się nieco odsłonił – spróbowała odwdzięczyć się pięknym za nadobne, wyprowadzając cios w jego rękę.
Rzut na obronę i na atak
Jeśli szło o Brennę, to ona rzadko hamowała swoje emocje, chyba że chodziło o próby powstrzymania się przed zamordowaniem kogoś (co jednak zdarzało się dość rzadko) albo o maskowanie tego, że coś jest nie tak. Teraz więc nawet nie próbowała udawać, że nie cieszy się na pojedynek. Co poradzić, starcia na broń białą zawsze wzbudzały w niej ekscytację, może nawet większą niż czarodziejskie pojedynki, ponieważ znaleźć partnera do tego drugiego było łatwo, a do tego pierwszego – bardzo trudno. Oczy jej błyszczały od podekscytowania i wyraźnie nie mogła się doczekać aż zaczną walkę, trochę jak mała dziewczynka, która miała zaraz wejść na karuzelę w parku rozrywki.
Nie była pewna, czy zdoła sprawić Orionowi łomot. Podejrzewała, że faktycznie może mieć lepszą technikę od niego – większość ludzi trenujących obecnie szermierkę robiło to raczej jako hobby czy by utrzymać kondycję. W jej domu była to niemal religia, wyznawana przez Jeremiaha Longbottoma, która znalazła wierną wyznawczynię także w Brennie. Wzrostem byli sobie niemal równi, Orion przerastał ją zaledwie o kilka centymetrów. Pytaniem pozostawało jednak, czy to wystarczy – mężczyzna miał jednak więcej mięśni, a Brenna pozostawała świadoma, że chociaż fizycznie przerasta dowolnego nie ćwiczącego mężczyznę, to już taki z trybem życia choć zbliżonym do jej, będzie silniejszy.
– Zdradzić ci tajemnicę? – zapytała z rozbawieniem, obracając się w kręgu. – Nie widać tego na pierwszy rzut oka, ale pod niektórymi względami znacznie bardziej wdałam się w Potterów.
Może nie pod kątem zawodu i zamiłowania do walki, ale już niektórzy krewni jej matki miewali skłonności do lekceważenia zasad, knucia za kulisami, psot oraz niekiedy pewnej porywczości, którą niejeden określiłby głupotą.
Brenna zawsze uważała, że w głębi serca nie jest tak dobra jak inni Longbottomowie. To jej brat był idealnym Longbottomem, nawet jeżeli jego nienaganna prezencja i dbanie o wygląd mogłyby sugerować, że to jemu bliżej do Potterów.
– Ależ proszę mi tylko podać ich nazwiska, panie Bulstrode, a sama stanę naprzeciwko nich na ubitej ziemi w obronie mojego honoru – roześmiała się, składając przy tym jeszcze teatralny ukłon. – Podobno pojedynki o ten stały się bardzo modne, chociaż wyłamię się z tradycji i swojego nie powierzę bratu.
Ba, nie tak dawno temu napisała do brata, że jeśli spróbowałby zrobić coś takiego jak Louvain Lestrange, stłukłaby go na kwaśne jabłko. I po dziś dzień nie pojmowała, o co chodziło z tym całym honorowym pojedynkiem oraz co oznaczał niby remis. Że honor Loretty jest kwestią dyskusyjną? Że zależy z której strony na sprawę spojrzeć?
Uśmiechnęła się z satysfakcją, gdy trafiła za pierwszym razem, a potem wywinęła się spod jego uderzenia – chociaż zaledwie o włos, ostrze śmignęło tuż przy ubraniu, tak że zabrakło milimetrów, aby musnęło ramię. Nie odpowiedziała na komentarz, w tej chwili całkowicie skupiona na pojedynku. A potem korzystając z tego, że się nieco odsłonił – spróbowała odwdzięczyć się pięknym za nadobne, wyprowadzając cios w jego rękę.
Rzut na obronę i na atak
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.