27.01.2024, 16:50 ✶
– I nie myśleć o białych niedźwiedziach – powiedziała Florence, niby z poważną miną, chociaż coś w zazwyczaj chłodnym spojrzeniu niebieskich oczu sugerowało odrobinę rozbawienia i że Bulstrode domyśla się, że świece nagle wydały się Patrickowi bardziej interesujące niż choćby jeszcze chwilę wcześniej. – Kupiłam je od Rookwooda. Członkowie tej rodziny bywają odrobinę specyficzni – uzupełniła, gdy już wspinali się po schodach na górę.
Przystanęła na moment na granicy kręgu, gdy Patrick spytał, czy na pewno chce łamać więź. Nie odpowiedziała od razu, a na jej twarzy pojawił się wyraz zamyślenia, gdy dobierała słowa.
– Zastanawiałam się nad tym – przyznała w końcu łagodnie. To nie tak że nawet przez pięć minut nie przyszło jej do głowy, że być może tę więź należałoby zatrzymać. Ani że nie pomyślała nawet przez chwilę, że być może ona i Patrick mogliby być czymś więcej niż przyjaciółmi: że może cień Clare Avery zniknie w końcu, może on mógłby faktycznie ją pokochać, może ona mogłaby nie zastanawiać się, czy nie jest tylko zastępstwem.
Że być może ta więź nie była żadnym przekleństwem, a błogosławieństwem. Szansą, oferowaną przez los.
Ale stali tutaj ostatecznie oboje, a nie byłoby tak, gdyby Florence nie była pewna.
– Wyczuwanie, że jesteś w niebezpieczeństwie, mogłoby być przydatne. Ale gdy przemyślałam sprawę, co gdyby wydarzyło się akurat, jeśli zajmowałabym się pilnym przypadkiem? Tobie nie zdołałabym pomóc, a mogłabym popełnić niewybaczalny błąd. Poza tym… ta nić… ktoś nas nią oplątał. Nie chcę, aby ktoś bawił się moim losem. Obojętnie, czy to Voldemort, Macmillanowie, bogini czy magia, która oszalała sama w sobie – wyjaśniła w końcu, na tyle jasno i rzeczowo, na ile potrafiła. Było jeszcze kilka rzeczy, które rozważała (a na te rozważania poświęciła dobrych kilka godzin), podane mu powody były jednak najważniejsze i, przede wszystkim, najbardziej logiczne. A Florence była Krukonką, potomkinią samej Ravenclaw, i bardzo wysoko ceniła sobie logikę.
W ostatecznym rozrachunku w tym konkretnym przypadku postanowiła kierować się właśnie nią.
– Wejdę. Na wszelki wypadek. To daje większe szanse powodzenia – powiedziała i przekroczyła granicę kręgu. – Gdy już zacznę, przez chwilę, proszę, nic nie mów – dodała. Zerknęła jeszcze na niego, upewniając się, że wszystko jasne, a potem wyciągnęła różdżkę w stronę świec. Odpalała je po kolei, w stronę przeciwną do wskazówek zegara, a dym zaczął powoli otaczać ich. Posłuszny zaklęciu, tkanemu przez klątwołamaczkę, nie ulatniał się poza krąg, a owijał wokół Patricka i Florence, wypełniając powietrze zapachem ziół i kwiatów: przez ułamek sekundy wonie kojarzyły się wręcz z Beltane, z dymem ognisk, z zapachem kwiatów, z których kobiety zaplatały wianki.
A potem dym zaczął zwijać się, gęstnieć, jakby tworząc między nimi nić.
Florence gwałtownym gestem przecięła go różdżką, szepcąc inkantację. Zdawało się jej, że usłyszała pęknięcie – ale to równie dobrze mogło być dzieło jej wyobraźni, jak jakiś daleki trzask drzwi, gdzieś w głębi domu.
Przystanęła na moment na granicy kręgu, gdy Patrick spytał, czy na pewno chce łamać więź. Nie odpowiedziała od razu, a na jej twarzy pojawił się wyraz zamyślenia, gdy dobierała słowa.
– Zastanawiałam się nad tym – przyznała w końcu łagodnie. To nie tak że nawet przez pięć minut nie przyszło jej do głowy, że być może tę więź należałoby zatrzymać. Ani że nie pomyślała nawet przez chwilę, że być może ona i Patrick mogliby być czymś więcej niż przyjaciółmi: że może cień Clare Avery zniknie w końcu, może on mógłby faktycznie ją pokochać, może ona mogłaby nie zastanawiać się, czy nie jest tylko zastępstwem.
Że być może ta więź nie była żadnym przekleństwem, a błogosławieństwem. Szansą, oferowaną przez los.
Ale stali tutaj ostatecznie oboje, a nie byłoby tak, gdyby Florence nie była pewna.
– Wyczuwanie, że jesteś w niebezpieczeństwie, mogłoby być przydatne. Ale gdy przemyślałam sprawę, co gdyby wydarzyło się akurat, jeśli zajmowałabym się pilnym przypadkiem? Tobie nie zdołałabym pomóc, a mogłabym popełnić niewybaczalny błąd. Poza tym… ta nić… ktoś nas nią oplątał. Nie chcę, aby ktoś bawił się moim losem. Obojętnie, czy to Voldemort, Macmillanowie, bogini czy magia, która oszalała sama w sobie – wyjaśniła w końcu, na tyle jasno i rzeczowo, na ile potrafiła. Było jeszcze kilka rzeczy, które rozważała (a na te rozważania poświęciła dobrych kilka godzin), podane mu powody były jednak najważniejsze i, przede wszystkim, najbardziej logiczne. A Florence była Krukonką, potomkinią samej Ravenclaw, i bardzo wysoko ceniła sobie logikę.
W ostatecznym rozrachunku w tym konkretnym przypadku postanowiła kierować się właśnie nią.
– Wejdę. Na wszelki wypadek. To daje większe szanse powodzenia – powiedziała i przekroczyła granicę kręgu. – Gdy już zacznę, przez chwilę, proszę, nic nie mów – dodała. Zerknęła jeszcze na niego, upewniając się, że wszystko jasne, a potem wyciągnęła różdżkę w stronę świec. Odpalała je po kolei, w stronę przeciwną do wskazówek zegara, a dym zaczął powoli otaczać ich. Posłuszny zaklęciu, tkanemu przez klątwołamaczkę, nie ulatniał się poza krąg, a owijał wokół Patricka i Florence, wypełniając powietrze zapachem ziół i kwiatów: przez ułamek sekundy wonie kojarzyły się wręcz z Beltane, z dymem ognisk, z zapachem kwiatów, z których kobiety zaplatały wianki.
A potem dym zaczął zwijać się, gęstnieć, jakby tworząc między nimi nić.
Florence gwałtownym gestem przecięła go różdżką, szepcąc inkantację. Zdawało się jej, że usłyszała pęknięcie – ale to równie dobrze mogło być dzieło jej wyobraźni, jak jakiś daleki trzask drzwi, gdzieś w głębi domu.