28.01.2024, 19:10 ✶
– Naprawdę? Nick nigdy nie wydawał mi się przerażający. W Hogwarcie były przecież straszniejsze potwory, na przykład profesor od numerologii… – stwierdziła Brenna lekko, z uśmiechem błąkającym się po ustach. Z perspektywy czasu musiała przyznać, że w samej obecności Nicka było coś strasznego: człowiek, który umarł okrutną, krwawą śmiercią, w długich męczarniach i tak mocno bał się tego, co czeka po drugiej stronie, że stał się duchem. Kimś tkwiącym pomiędzy, nie mogącym odejść, ale i nie znającym prawdziwego życia.
Jako dwunastolatka jednak nie potrafiła spojrzeć na to w ten sposób, a sztuczka Nicka z odchylaniem głowy zdawała się jej wręcz zabawna.
Może dlatego te duchy mieszkały właśnie tam, w Hogwarcie. Dzieciom, które nie rozumiały w pełni ich losu, łatwiej było zaakceptować taką obecność tuż obok siebie jako coś normalnego.
– Uwielbiałam historię magii. Dwie godziny na drzemkę. Albo na odrobienie jakiejś pracy domowej. Nie wiem, co zrobiłabym bez tych lekcji, naprawdę pomagały mi zoptymalizować harmonogram tygodniowy – oświadczyła i to całkiem na poważnie. Historię magii na SUMAch ledwo zdała i to właśnie tylko dzięki temu, że czasem szukała w książkach informacji o czarodziejach z kart czekoladowych żab. Z samych zajęć nie zapamiętała niczego. – Szczerze, to sama znam tylko różne ciekawostki… jak te o Annie Boleyn. Ani z mugolskiej, ani z czarodziejskiej nie jestem dobra w datach, wojnach i tym podobnych rzeczach – wyznała, a potem z pewnym zainteresowaniem spojrzała na kruki. Omal nie roześmiała się, gdy jeden z nich zaatakował sznurówkę.
– Strasznie są bezczelne, prawda? I mam wrażenie, że jeden strażnik na nas patrzy, czy przypadkiem nic im nie zrobimy… mam w kieszeni czekoladową żabę, ale jednak chyba karmienie ptaków czekoladą to średni pomysł.
Tupnęła lekko, gdy kruk spróbował się do niej zbliżyć. Ptak nie przejął się specjalnie tym gestem i wbił tylko w nią spojrzenie ciemnych, paciorkowatych oczu, a Brenna pomyślała, że gdyby ktoś powiedział jej, że te ptaszyska są magiczne, to by uwierzyła. Wiedziała niby, że ich zachowanie wynika prawdopodobnie z tego, że są „rozpuszczone” i przywykły do ludzi, ale było tak inne od tego, jakie kojarzyła z ptakami, że nie mogła oprzeć się wrażeniu nienaturalności.
– A to chyba kaplica królewska – powiedziała, sięgając znów po rękaw Olivii, by pociągnąć ją bliżej pobliskiego budynku. – Chowano tutaj ludzi, których zabito w Tower. W tym nieszczęsne Annę i Katarzynę, zabite przez tego drania. I mam wrażenie, że to jednak władza, a nie to, że nie był do końca normalny… było mu wolno właściwie wszystko i pozabijał każdego, kto ośmielił się go krytykować, to mi brzmi jak czarny charakter, a nie biedny szal… ponosi mnie wyobraźnia, czy też to widziałaś? – zapytała, spoglądając w okno niewielkiej kaplicy. Zamrugała, niepewna, czy naprawdę mignęła jej tam czyjaś sylwetka, czy to tylko gra cieni i światła.
Chociaż nie byłoby to tak zaskakujące, że pośród tysiąc pięćset osób zabitych w Tower – pośród których część oskarżano o czary właśnie – był jakiś czarodziej czy czarodziejka, pozbawiony różdżki i możliwości obrony, to Brenna tak naprawdę opowiadając o tych wszystkich duchach tylko żartowała. Zakładała, że raczej żaden z nich nie kręci się po Tower. Ostatecznie nawet czarodzieje rzadko zostawali po tej stronie...
Jako dwunastolatka jednak nie potrafiła spojrzeć na to w ten sposób, a sztuczka Nicka z odchylaniem głowy zdawała się jej wręcz zabawna.
Może dlatego te duchy mieszkały właśnie tam, w Hogwarcie. Dzieciom, które nie rozumiały w pełni ich losu, łatwiej było zaakceptować taką obecność tuż obok siebie jako coś normalnego.
– Uwielbiałam historię magii. Dwie godziny na drzemkę. Albo na odrobienie jakiejś pracy domowej. Nie wiem, co zrobiłabym bez tych lekcji, naprawdę pomagały mi zoptymalizować harmonogram tygodniowy – oświadczyła i to całkiem na poważnie. Historię magii na SUMAch ledwo zdała i to właśnie tylko dzięki temu, że czasem szukała w książkach informacji o czarodziejach z kart czekoladowych żab. Z samych zajęć nie zapamiętała niczego. – Szczerze, to sama znam tylko różne ciekawostki… jak te o Annie Boleyn. Ani z mugolskiej, ani z czarodziejskiej nie jestem dobra w datach, wojnach i tym podobnych rzeczach – wyznała, a potem z pewnym zainteresowaniem spojrzała na kruki. Omal nie roześmiała się, gdy jeden z nich zaatakował sznurówkę.
– Strasznie są bezczelne, prawda? I mam wrażenie, że jeden strażnik na nas patrzy, czy przypadkiem nic im nie zrobimy… mam w kieszeni czekoladową żabę, ale jednak chyba karmienie ptaków czekoladą to średni pomysł.
Tupnęła lekko, gdy kruk spróbował się do niej zbliżyć. Ptak nie przejął się specjalnie tym gestem i wbił tylko w nią spojrzenie ciemnych, paciorkowatych oczu, a Brenna pomyślała, że gdyby ktoś powiedział jej, że te ptaszyska są magiczne, to by uwierzyła. Wiedziała niby, że ich zachowanie wynika prawdopodobnie z tego, że są „rozpuszczone” i przywykły do ludzi, ale było tak inne od tego, jakie kojarzyła z ptakami, że nie mogła oprzeć się wrażeniu nienaturalności.
– A to chyba kaplica królewska – powiedziała, sięgając znów po rękaw Olivii, by pociągnąć ją bliżej pobliskiego budynku. – Chowano tutaj ludzi, których zabito w Tower. W tym nieszczęsne Annę i Katarzynę, zabite przez tego drania. I mam wrażenie, że to jednak władza, a nie to, że nie był do końca normalny… było mu wolno właściwie wszystko i pozabijał każdego, kto ośmielił się go krytykować, to mi brzmi jak czarny charakter, a nie biedny szal… ponosi mnie wyobraźnia, czy też to widziałaś? – zapytała, spoglądając w okno niewielkiej kaplicy. Zamrugała, niepewna, czy naprawdę mignęła jej tam czyjaś sylwetka, czy to tylko gra cieni i światła.
Chociaż nie byłoby to tak zaskakujące, że pośród tysiąc pięćset osób zabitych w Tower – pośród których część oskarżano o czary właśnie – był jakiś czarodziej czy czarodziejka, pozbawiony różdżki i możliwości obrony, to Brenna tak naprawdę opowiadając o tych wszystkich duchach tylko żartowała. Zakładała, że raczej żaden z nich nie kręci się po Tower. Ostatecznie nawet czarodzieje rzadko zostawali po tej stronie...
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.