Vincent z wyraźną satysfakcją patrzył na Yaxley jak gotuje się w środeczku niczym garnuszek na palenisku jakiegoś alchemika. Podobał mu się ten widok, lubił cięte kobiety, ale zawodu tej kobiety nie miał zamiaru chwalić. Umiejętności może i tak, ale nie to, co robiła dla zysku. Otrząsnął się z tych myśli, nie chciał teraz myśleć o jej fachu, bo przyglądał się jej w inny sposób. W sposób w jaki mężczyzna może patrzeć na kobietę. Dosyć prowokacyjnie, zadziornie i z cynicznym uśmiechem malującym mu usta.
– A potrzebujesz mojej aprobaty, aby czuć się doceniona? – dla kpiny poklepał ją po głowie jak małą dziewczynkę, która świetnie spisała się w wykonaniu swojego zadania. Od razu się odsunął, bo nie miał pojęcia, czy Yaxley nie zieje ogniem. Kij wie co mogła mieć za klątwy na siebie narzucone, nie? Obserwował z uwagą jak Gerladine ściąga kocią szynkę i podaje dziewczynce. Naprawdę nie znosił kotów. Kochał wszystkie zwierzęta, ale jakoś koty należały do tych najgorszych w jego otoczeniu. Wolał ich unikać.
Vincentowi humor dopisywał tego dnia szczególnie dobrze. Spojrzał na nią z góry, gdy już znowu zjawiła się obok niego. Uśmiechał się, patrzył na nią z takim wesołym błyskiem w oku.
– Wielu rzeczy o mnie nie wiesz, Yaxley – odparł z wymowną miną – To zaklęcie jest dosyć przydatne i działa nie tylko na kota – mrugnął do niej i zmierzył ją od głowy w dół, a potem z powrotem.