28.01.2024, 21:10 ✶
Camille zrobiła zaskoczoną minę. Alergia? W sumie do tej pory nie sprawiał wrażenia chorego, więc jego słowa mogły być prawdą, a nie tanią wymówką. Koci ogon mignął jej w zaułku, gdzieś rozległo się charakterystyczne prychnięcie. Blondynka odetchnęła z ulgą, ale i nieco się zaniepokoiła. Laurence musiał mieć naprawdę silne uczulenie, skoro reagował z takiej odległości. Odnotowała ten fakt w pamięci, w razie gdyby trzeba było interweniować, bo przecież mimo że kotów tutaj za dużo nie było, to nikt nie mówił, że któryś nie mógł nagle wpaść na jakiś głupi pomysł, by podejść i się otrzeć o ich nogi, chcąc w ten sposób wyżebrać trochę jedzenia. Szczególnie na tyłach różnych restauracji pewnie było ich pełno - za dnia niewidocznych, wychodzących głównie pod wieczór i nocą.
- Miałeś ją w Hogwarcie, czy ujawniła się później? - zapytała z ciekawością, bo przecież w Hogwarcie wielu uczniów miało koty. Nie były tak popularne jak sowy czy ropuchy, ale wciąż koty uznawane były za jeden z atrybutów głównie czarownic, więc mogła się tylko domyślać co by było, gdyby Lestrange dzielił pokój z kimś, kto miał akurat to konkretne zwierzę. Zresztą nie musiał go nawet mieć - wystarczyło, że trzymał się z kimś, kto je miał, przytulał koty i pozwalał sierści na oblepienie swojej szaty.
Szczupłe palce bez pierścionków owinęły klamkę drzwi restauracji, gdy w końcu do niej dotarli. Camille pchnęła drzwi, nie przejmując się zbytnio tym, że w niektórych przypadkach to kobieta powinna poczekać, aż mężczyzna otworzy przed nią drzwi. Wychowano ją co prawda w przeświadczeniu, że tak trzeba, lecz nie byli na balu, by musiała o to dbać. W Mungu również nie zwracała na to uwagi - byłoby to zbyt problematyczne. Niemniej jednak do środka weszła jako pierwsza. Przywitało ich wnętrze niewielkie, ale na tyle przestronne, by pomieścić kilkanaście stolików, ulokowanych w różnych częściach sali. Królowały tu stoliki dwu- i czteroosobowe, w kącie znajdowały się dwa większe, na osiem osób. Balthazar miał wnętrze przyjemnie skąpane w blasku świec. Dominowały tu ciemne brązy i czerwień, przełamana srebrnymi wstawkami, widocznymi głównie na obiciach krzeseł oraz w postaci świeczników na długie, białe świece. Obrusy również były białe lub czerwone. Zapach, który panował w restauracji, był przyjemny i aromatyczny - pachniało tu przyprawami, chociaż nie był to zapach nachalny, powodujący kichanie. Nie czuć było starego oleju czy w ogóle smażenia. Niemal od razu po cichu do dwójki uzdrowicieli podszedł jeden z pracowników, ubrany w stylu sportowo-eleganckim. Wyglądał na zmęczonego - którą godzinę musiał tu stać?
- Stolik dla dwojga dla państwa? - zapytał cicho, zaciskając dłonie na karcie dań. Rogi wydawały się nieco wysłużone. To były detale, które sprawiały, że Balthazar raczej nie był odwiedzany przez osoby z wyższych sfer, lecz było tu czysto i mężczyzna mimo widocznego zmęczenia wcale nie był niemiły czy opryskliwy. Camille zerknęła na Laurenca, w zasadzie nie wiedząc, czy nie wolałby czegoś wziąć do domu.
- Chyba że wolisz zamówić i zjeść w domu? - ona często z tej opcji korzystała. Wiedziała też, że powinien odpocząć, a mimo całej sympatii do niego (i chyba wzajemnie?) domyślała się, że dla niektórych kończenie wieczoru small talkami podczas jedzenia mogło nie być szczytem marzeń.
- Miałeś ją w Hogwarcie, czy ujawniła się później? - zapytała z ciekawością, bo przecież w Hogwarcie wielu uczniów miało koty. Nie były tak popularne jak sowy czy ropuchy, ale wciąż koty uznawane były za jeden z atrybutów głównie czarownic, więc mogła się tylko domyślać co by było, gdyby Lestrange dzielił pokój z kimś, kto miał akurat to konkretne zwierzę. Zresztą nie musiał go nawet mieć - wystarczyło, że trzymał się z kimś, kto je miał, przytulał koty i pozwalał sierści na oblepienie swojej szaty.
Szczupłe palce bez pierścionków owinęły klamkę drzwi restauracji, gdy w końcu do niej dotarli. Camille pchnęła drzwi, nie przejmując się zbytnio tym, że w niektórych przypadkach to kobieta powinna poczekać, aż mężczyzna otworzy przed nią drzwi. Wychowano ją co prawda w przeświadczeniu, że tak trzeba, lecz nie byli na balu, by musiała o to dbać. W Mungu również nie zwracała na to uwagi - byłoby to zbyt problematyczne. Niemniej jednak do środka weszła jako pierwsza. Przywitało ich wnętrze niewielkie, ale na tyle przestronne, by pomieścić kilkanaście stolików, ulokowanych w różnych częściach sali. Królowały tu stoliki dwu- i czteroosobowe, w kącie znajdowały się dwa większe, na osiem osób. Balthazar miał wnętrze przyjemnie skąpane w blasku świec. Dominowały tu ciemne brązy i czerwień, przełamana srebrnymi wstawkami, widocznymi głównie na obiciach krzeseł oraz w postaci świeczników na długie, białe świece. Obrusy również były białe lub czerwone. Zapach, który panował w restauracji, był przyjemny i aromatyczny - pachniało tu przyprawami, chociaż nie był to zapach nachalny, powodujący kichanie. Nie czuć było starego oleju czy w ogóle smażenia. Niemal od razu po cichu do dwójki uzdrowicieli podszedł jeden z pracowników, ubrany w stylu sportowo-eleganckim. Wyglądał na zmęczonego - którą godzinę musiał tu stać?
- Stolik dla dwojga dla państwa? - zapytał cicho, zaciskając dłonie na karcie dań. Rogi wydawały się nieco wysłużone. To były detale, które sprawiały, że Balthazar raczej nie był odwiedzany przez osoby z wyższych sfer, lecz było tu czysto i mężczyzna mimo widocznego zmęczenia wcale nie był niemiły czy opryskliwy. Camille zerknęła na Laurenca, w zasadzie nie wiedząc, czy nie wolałby czegoś wziąć do domu.
- Chyba że wolisz zamówić i zjeść w domu? - ona często z tej opcji korzystała. Wiedziała też, że powinien odpocząć, a mimo całej sympatii do niego (i chyba wzajemnie?) domyślała się, że dla niektórych kończenie wieczoru small talkami podczas jedzenia mogło nie być szczytem marzeń.