— Masz rację. Właściwie tę niebotyczną kwotę ratuje tylko to, że zostanie przekazane na szczytny cel.
Jak i całe to wydarzenie, bo więcej zdziałaliby na świecie, gdyby zamiast przyjęć, bankietów i prywatek, czarodzieje zajęli się poważniejszymi sprawami.
— Jasne, że pamiętam. Do dziś przypominam mu o tym, jak wyrósł mu dziób. Byliśmy wtedy chyba na trzecim roku i stwierdziłaś, że zrobimy eliksir upiększający. — zaśmiała się, wspominając Camerona, który pokrzykiwał, jak rasowy paw. — Jeżeli mogłabym ci jakoś pomóc, to wystarczy, że powiesz. Wal jak w dym, że tak to ujmę.
Fernah miała złote serce i nie zaprzeczyłby temu nikt, kto spędził z nią, chociaż kilka minut. Zawsze można było na nią liczyć, a już zwłaszcza mogli na niej polegać przyjaciele. Była tym typem człowieka, który za Dorę, Camerona lub inną bliską osobą skoczyłby w ogień, lub zszedł na samo dno piekła.
Ich rozmowę przerwał występ Faye Longbottom, więc obie zwróciły się w kierunku sceny. Paprotka nie należała do melomanów, ale coś w śpiewie krewnej sprawiło, że przebiegły ją ciarki. Całe szczęście nie była jedyną osobą, wpatrującą się nachalnie w jasnowłosą kobietę.
Utwór powoli zmierzający ku końcowi, nagle się urwał. Fernah zamrugała, ponownie skupiając uwagę na otaczającym ją świecie. Z przeciwnego krańca sali dobiegły ją krzyki. Były to zarówno przeciągłe ochy i achy zdziwienia, jak i ciche przekleństwa. Zwieńczeniem całego poruszenia było to samo zaklęcie wykrzyczane przez dwa różne głosy.
— Co najlepszego się tam dzieje?
Przez głowę Ferny przebiegł cały tabun myśli. Zaczynając od kolejnego ataku popleczników Lorda Voldemorta, przechodząc do kłótni nielubiących się czarodziejów, kończąc na ataku serca jednego z gości, który wywołały kwoty, jakie przed momentem padły. Odruchowo sięgnęła po różdżkę i jednocześnie zrobiła krok do przodu, przed Dorę, by w razie co móc osłonić swoją przyjaciółkę.