- Kuszę cię do wszystkiego - odpowiedział. Nie powiązał w żaden sposób zwilżenia warg z jego reakcją, więc po prostu brnął w cokolwiek, korzystając z bliskości, jaką Alexander im stworzył. - A co, masz ochotę przelecieć mnie, zanim wyjdziemy? - Uśmiechnął się do niego w bardzo ordynarny sposób, bo ostatecznie... no był wciąż sobą, tym samym, zboczonym sobą. Ostatnio próbował seksem właśnie odwracać jego uwagę, ale prawda była taka, że to właśnie on nie potrafił odmawiać takiej bliskości. Wystarczyło pchnąć go w kierunku łóżka, żeby wszystkie te durne pomysły uciąć tu i teraz. Dało się zamknąć go w jego własnej pułapce.
Na tekst, że nie wybierał Nieba, wzruszył ramionami.
- Okej - odpowiedział, unosząc w górę brwi. Nie brzmiało to do końca przekonująco ani przemyślanie, ale no tak naprawdę to nie zależało mu konkretnie na żadnym z tych miejsc - lubił je wszystkie, wszędzie miał znajomych, wszędzie grali dobrą muzykę, wszędzie potrafił znaleźć swój kąt nawet jako kompletny samotnik - bo wbrew wszelkiej logice to w takim właśnie ścisku i zadymionych pomieszczeniach człowiek czuł się najbardziej niewidzialny. - Szczerze? Żadne. Możemy sprawdzić, czy w ogóle to poczujesz. Orzeł to The Loft, reszka to Katakumby - nazwa zabrzmiała w jego ustach trochę cierpko, ale wcale nie chodziło tu o klub - klub był w porządku, ale same w sobie katakumby... te prawdziwe katakumby, ciągnące się pod Nokturnem - to one wiązały się ze wspomnieniami wywołującymi w nim zniechęcenie. Odsunął się od niego na krok, przywołał ręką pojedynczego sykla i podrzucił go do góry, żeby chwilę po tym przyklepać go do przedramienia. No i wyszło The Loft. - Ooh, tam grają też swing. Umiesz tańczyć lindy hop? - Całym sercem wierzył, że nie, nawet jeżeli odpowiedź będzie twierdząca. - Mój dobry przyjaciel - o którym nigdy wcześniej nie wspominał - jest tam od wielu lat barmanem. - Ale tak naprawdę nie było w tym jakiejś szczególnie głębokiej historii. Żaden to był jego kochanek ani tajemnica, to był prosty i uprzejmy człowiek, z którym zaprzyjaźnił się jeszcze w młodości, kiedy oboje uczyli się żyć w obcym mieście i nigdy się z siebie nie wyleczyli, nawet kiedy Crow okazał się kimś żyjącym na Ścieżkach.
A później pozwolił mu się pocałować. Przywarł do niego nawet na dłuższą chwilę, układając swoją głowę na jego barku i w tej pozycji właśnie zmarł, bo chociaż mówienie wychodziło mu dzisiaj całkiem nieźle, to... no, nie każde słowo... nie każde... ugh.
- Nie, ja... - Alexander mógł poczuć, jak facet odetchnął głęboko, łaskocząc go tym oddechem w gołą szyję - chciałem poczuć się jak... - chociaż raz, ten jeden raz. Nie wydusił tego z siebie głośno, tego się chyba nie dało powiedzieć głośno, bo było zbyt osobiste. - Twoja dziewczyna.
Na tekst, że nie wybierał Nieba, wzruszył ramionami.
- Okej - odpowiedział, unosząc w górę brwi. Nie brzmiało to do końca przekonująco ani przemyślanie, ale no tak naprawdę to nie zależało mu konkretnie na żadnym z tych miejsc - lubił je wszystkie, wszędzie miał znajomych, wszędzie grali dobrą muzykę, wszędzie potrafił znaleźć swój kąt nawet jako kompletny samotnik - bo wbrew wszelkiej logice to w takim właśnie ścisku i zadymionych pomieszczeniach człowiek czuł się najbardziej niewidzialny. - Szczerze? Żadne. Możemy sprawdzić, czy w ogóle to poczujesz. Orzeł to The Loft, reszka to Katakumby - nazwa zabrzmiała w jego ustach trochę cierpko, ale wcale nie chodziło tu o klub - klub był w porządku, ale same w sobie katakumby... te prawdziwe katakumby, ciągnące się pod Nokturnem - to one wiązały się ze wspomnieniami wywołującymi w nim zniechęcenie. Odsunął się od niego na krok, przywołał ręką pojedynczego sykla i podrzucił go do góry, żeby chwilę po tym przyklepać go do przedramienia. No i wyszło The Loft. - Ooh, tam grają też swing. Umiesz tańczyć lindy hop? - Całym sercem wierzył, że nie, nawet jeżeli odpowiedź będzie twierdząca. - Mój dobry przyjaciel - o którym nigdy wcześniej nie wspominał - jest tam od wielu lat barmanem. - Ale tak naprawdę nie było w tym jakiejś szczególnie głębokiej historii. Żaden to był jego kochanek ani tajemnica, to był prosty i uprzejmy człowiek, z którym zaprzyjaźnił się jeszcze w młodości, kiedy oboje uczyli się żyć w obcym mieście i nigdy się z siebie nie wyleczyli, nawet kiedy Crow okazał się kimś żyjącym na Ścieżkach.
A później pozwolił mu się pocałować. Przywarł do niego nawet na dłuższą chwilę, układając swoją głowę na jego barku i w tej pozycji właśnie zmarł, bo chociaż mówienie wychodziło mu dzisiaj całkiem nieźle, to... no, nie każde słowo... nie każde... ugh.
- Nie, ja... - Alexander mógł poczuć, jak facet odetchnął głęboko, łaskocząc go tym oddechem w gołą szyję - chciałem poczuć się jak... - chociaż raz, ten jeden raz. Nie wydusił tego z siebie głośno, tego się chyba nie dało powiedzieć głośno, bo było zbyt osobiste. - Twoja dziewczyna.
Oh darling, it's so sweet
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.