29.01.2024, 01:43 ✶
Crow na ten szelest serca zareagował od razu. Musiał chłonąć ten stres, widzieć go, czuć go, jeszcze zanim Prewett się poruszył. I chyba go to martwiło, a przynajmniej na to wskazywało jego spojrzenie. Miał łatwą do odczytywania emocji twarz. No... albo po prostu nie dusił ich w sobie. Zmartwienie. Brwi ściągnięte w dół, zmarszczka na czole, nieco szerzej otwarte oczy, przygryzienie wargi. A później nagle spokój i na jego twarzy pojawia się znów ta nonszalancja - wyglądał trochę, jakby miał sobie z niego zadrwić, ale to była zwykła zaczepność. Podgryzał go, szczypał, naprowadzał na niebezpieczne w swojej obecności myśli, których powstydziłoby się wielu, ale oni mieli przecież wspólną historię. Ha, nawet dwie.
- Nie lubisz...? Nie lubisz, bo cię to nie kręci, czy „nie lubisz”, ale skrycie fantazjujesz o tragicznej śmierci w moich rękach, kiedy zamykasz oczy i odpływasz skazany na moją łaskę, zastanawiasz się, czy puszczę twoje gardło w ostatnim momencie? Skup się Laurent, bo to istotne dla dalszej fabuły. - Ale on wcale nie czekał na żadne słowo ani na zgodę. Zakręcił tylko palcem w powietrzu, jakby chciał zasymulować w ten sposób kręcenie się trybika, a później wydał z siebie cichutkie pyknięcie, dźwięk towarzyszący zapalaniu się dużych lamp w mugolskich sprzętach. - Uznam moje nowe imię za odpowiedź. - I znów uśmiechnął się tak bezczelnie, jak to tylko potrafił Crow, burząc komuś latami układaną świątynię, zupełnie jakby ceglany mur był domkiem z kart. Ta zadziorność przerodziła się w uwagę. Obserwował jego reakcje na dotyk i słowa, a później pojawił się ten uśmiech zwiastujący, że blondyn mu ulega. Crow poprawił swoje usadowienie. Od razu dało się zauważyć, że poczuł się na tym gruncie pewniej, a tym samym trzeba było spodziewać się wszystkiego, bo mydlić innym oczy potrafił jak nikt inny. - Daj sobie na to szansę teraz. Co cię tutaj niby sięgnie? Ciemność? Rozpalę ci dwie świeczki za każdą, która zgaśnie. - Rozumiał coraz lepiej ich zagmatwaną relację, więc uderzał z innej strony. Mogli tu przecież zbudować coś nowego, coś piękniejszego niż chaos i zagubienie, jakie Laurent przyniósł tu ze sobą z innego świata. On mu się teraz pięknie i otwarcie oferował na lepszego kochanka niż to najwyraźniej paskudne alter ego, lecz w paskudztwo samego siebie nie wierzył - co najwyżej w niezrozumienie. - Pokaż mi kogoś, kto ci szkodzi, to rozgryzę mu gardło. Kilka godzin w moich ramionach, może tego ci właśnie trzeba, skarbie? Może tego potrzebujesz, żeby później stawić czoło swojemu innemu życiu? - Jego ręce znów podróżowały. Delikatnie przemierzały zakamarki jego skóry i gubiły się w różnych miejscach, ale nigdy na tyle długo, żeby dało się w tym utonąć. Bo to nie była pieszczota, to była pokusa. - Kazałeś mi budować. To swoje śliczne miasto, które tak kochasz. - Nie brzmiało to jak odpowiedź, bardziej... jakby przypominał mu o czymś oczywistym, tak jak mówił mu o festiwalu. - Oczywiście, że chcę, ale ty wydajesz się być taki zgubiony... - Chociaż mogło się mieć takie wrażenie, nie chodziło tu wcale o niewiedzę dotyczącą świata. Chodziło o te rumieńce podszyte nie pragnieniem bliskości, a wstydem i strachem - Crow przejechał palcem po jego policzku. Najwyraźniej nie miał zamiaru przerywać bycia w tym flircie kimś bezwzględnie natarczywym. Jeżeli Crow był potworem, to miłość potworów smakowała słodkością i desperacją. Desperacją, ale nie taką, która obnażała kogoś ze słabości. Nie. Ten Crow był bezgranicznie zakochany i zdesperowany, aby tę miłość odwzajemniać, odnajdywał w sobie delikatność, zrozumienie dla kruchości cudzego jestestwa, ale też gubił tę delikatność - gubił ją, ostrożność, miękkość. Palce zaciskające się na skórze blondyna na moment zrobiły to za mocno, jakby dla przypomnienia, że ta ręka była szorstka, wielokrotnie była brudna od krwi, a teraz... teraz była też przedłużeniem myśli kogoś nachalnego i zaborczego. - I kocha mnie tak mocno jak ty byś mnie kochał? Jest tak łatwo kogoś w sobie rozkochać, oni zawsze się na to nacinają. Na twarz, na ten żar, pod którymi czai się oziębłość. Wiem, że znasz to uczucie, Laurent. To uczucie, że możesz mieć wszystko, absolutnie wszystko, możesz wejść do łóżka każdego, stać się całym jego pieprzonym światem, ale tam zawsze tego brakuje. Oboje zawsze byliśmy jednocześnie tak łatwi i tak trudni do kochania. - Ale jego kochał. Ten sen dał mu zaznać czegoś, czego w rzeczywistości nigdy od niego nie zaznał - kiedy ich twarze się do siebie zbliżały, zanim ich wargi zetknęły się ze sobą, a Crow znów przymknął powieki, w jego brązowych oczach dało się zobaczyć wszystko - tę wielką pustkę w jego duszy i... ciepło. Tliło się tam, jak pojedyncza iskra, a później zniknęło pod kaskadą rzęs. Pojawiły się język i zęby przygryzające jego dolną wargę.
- Nie lubisz...? Nie lubisz, bo cię to nie kręci, czy „nie lubisz”, ale skrycie fantazjujesz o tragicznej śmierci w moich rękach, kiedy zamykasz oczy i odpływasz skazany na moją łaskę, zastanawiasz się, czy puszczę twoje gardło w ostatnim momencie? Skup się Laurent, bo to istotne dla dalszej fabuły. - Ale on wcale nie czekał na żadne słowo ani na zgodę. Zakręcił tylko palcem w powietrzu, jakby chciał zasymulować w ten sposób kręcenie się trybika, a później wydał z siebie cichutkie pyknięcie, dźwięk towarzyszący zapalaniu się dużych lamp w mugolskich sprzętach. - Uznam moje nowe imię za odpowiedź. - I znów uśmiechnął się tak bezczelnie, jak to tylko potrafił Crow, burząc komuś latami układaną świątynię, zupełnie jakby ceglany mur był domkiem z kart. Ta zadziorność przerodziła się w uwagę. Obserwował jego reakcje na dotyk i słowa, a później pojawił się ten uśmiech zwiastujący, że blondyn mu ulega. Crow poprawił swoje usadowienie. Od razu dało się zauważyć, że poczuł się na tym gruncie pewniej, a tym samym trzeba było spodziewać się wszystkiego, bo mydlić innym oczy potrafił jak nikt inny. - Daj sobie na to szansę teraz. Co cię tutaj niby sięgnie? Ciemność? Rozpalę ci dwie świeczki za każdą, która zgaśnie. - Rozumiał coraz lepiej ich zagmatwaną relację, więc uderzał z innej strony. Mogli tu przecież zbudować coś nowego, coś piękniejszego niż chaos i zagubienie, jakie Laurent przyniósł tu ze sobą z innego świata. On mu się teraz pięknie i otwarcie oferował na lepszego kochanka niż to najwyraźniej paskudne alter ego, lecz w paskudztwo samego siebie nie wierzył - co najwyżej w niezrozumienie. - Pokaż mi kogoś, kto ci szkodzi, to rozgryzę mu gardło. Kilka godzin w moich ramionach, może tego ci właśnie trzeba, skarbie? Może tego potrzebujesz, żeby później stawić czoło swojemu innemu życiu? - Jego ręce znów podróżowały. Delikatnie przemierzały zakamarki jego skóry i gubiły się w różnych miejscach, ale nigdy na tyle długo, żeby dało się w tym utonąć. Bo to nie była pieszczota, to była pokusa. - Kazałeś mi budować. To swoje śliczne miasto, które tak kochasz. - Nie brzmiało to jak odpowiedź, bardziej... jakby przypominał mu o czymś oczywistym, tak jak mówił mu o festiwalu. - Oczywiście, że chcę, ale ty wydajesz się być taki zgubiony... - Chociaż mogło się mieć takie wrażenie, nie chodziło tu wcale o niewiedzę dotyczącą świata. Chodziło o te rumieńce podszyte nie pragnieniem bliskości, a wstydem i strachem - Crow przejechał palcem po jego policzku. Najwyraźniej nie miał zamiaru przerywać bycia w tym flircie kimś bezwzględnie natarczywym. Jeżeli Crow był potworem, to miłość potworów smakowała słodkością i desperacją. Desperacją, ale nie taką, która obnażała kogoś ze słabości. Nie. Ten Crow był bezgranicznie zakochany i zdesperowany, aby tę miłość odwzajemniać, odnajdywał w sobie delikatność, zrozumienie dla kruchości cudzego jestestwa, ale też gubił tę delikatność - gubił ją, ostrożność, miękkość. Palce zaciskające się na skórze blondyna na moment zrobiły to za mocno, jakby dla przypomnienia, że ta ręka była szorstka, wielokrotnie była brudna od krwi, a teraz... teraz była też przedłużeniem myśli kogoś nachalnego i zaborczego. - I kocha mnie tak mocno jak ty byś mnie kochał? Jest tak łatwo kogoś w sobie rozkochać, oni zawsze się na to nacinają. Na twarz, na ten żar, pod którymi czai się oziębłość. Wiem, że znasz to uczucie, Laurent. To uczucie, że możesz mieć wszystko, absolutnie wszystko, możesz wejść do łóżka każdego, stać się całym jego pieprzonym światem, ale tam zawsze tego brakuje. Oboje zawsze byliśmy jednocześnie tak łatwi i tak trudni do kochania. - Ale jego kochał. Ten sen dał mu zaznać czegoś, czego w rzeczywistości nigdy od niego nie zaznał - kiedy ich twarze się do siebie zbliżały, zanim ich wargi zetknęły się ze sobą, a Crow znów przymknął powieki, w jego brązowych oczach dało się zobaczyć wszystko - tę wielką pustkę w jego duszy i... ciepło. Tliło się tam, jak pojedyncza iskra, a później zniknęło pod kaskadą rzęs. Pojawiły się język i zęby przygryzające jego dolną wargę.
Oh darling, it's so sweet
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.