29.01.2024, 03:52 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 29.01.2024, 03:58 przez Alexander Mulciber.)
Alexowi podobała się defiacja w głosie i spojrzeniu Ambrosii, kiedy tak zacięcie z nim dyskutowała, nieważne, czy byli akurat w klasie wróżbiarstwa, w otoczeniu znajomych, czy kiedy tkwili w swoich objęciach. Z zadowoleniem skonstatował, że stawała się coraz odważniejsza w jego towarzystwie, coraz śmielej poczynała sobie z jego głupim sercem, które teraz łomotało mu w piersi – tej samej, którą jeszcze przed chwilą pokąsała dziewczyna – a w odwecie za jej flirciarskie podchody, sam zaczął całować ją po szyi, zgubiony w tym momencie, kiedy usłyszał, jak słodko drży jej oddech, dopóki nie dotarł do jej obojczyków i dekoltu.
- Zgubiłem się – zapewnił Rosie, niby to niewinnie, choć dopiero co rozpiął guziczek jej bluzki, a teraz nosem sunął z powrotem w górę, po jej szyi. Podobało mu się w Rosie, że w jednej chwili była tak ujmująco krucha, jej głos niesłychanie miękki i czuły, a w drugiej – potrafiła rzucić przekornie czymś tak absolutnie flirciarskim jak teraz. Alexa rozczulał ten kontrast, tak jak i to, że mimo wszystko, dalej była w niej ta sama nieśmiałość, którą pamiętał z ich pierwszego pocałunku, kiedy chyba nie doceniła, jak bardzo mu się podoba, bo liczy na coś więcej niż suchy buziak w policzek, jak i tego, że miał o wiele większe doświadczenie niż ona. – Trzeba zacząć od nowa to liczenie. – Alex całe swoje dzieciństwo obracał się w towarzystwie nie rówieśników, a ludzi starszych od siebie, więc w Hogwarcie, w bezpośrednim zetknięciu z ludźmi w swoim wieku, okazał się być absolutnie pozbawiony wszelkich zahamowań towarzyskich i jakiejkolwiek nieśmiałości, pod wieloma względami uważając się za o wiele bardziej dojrzałego niż reszta kolegów. To, że emanował kompletnie niezamierzenie pewnością siebie zwykle imponowało dziewczynom, ale Rosie zwykła krzywić się na jego sposób bycia, i nazywać to arogancją. Nie mógł się z nią o to nawet kłócić – bo przecież miała sporo racji – mógł jednak sprawić, by polubiła jego arogancję, tak jak wtedy, kiedy namawiał ją na ucieczkę z lekcji, kiedy jak gdyby nigdy nic ustawiał Kochanków na patronów rozkładu, nie unikając przy tym wcale jej speszonego wzroku, albo kiedy mówił do niej ironicznie co tam, Słońce.
Albo kiedy mówił…
- Nie przypominasz sobie, laleczko, hmm? – uniósł brwi, a chociaż jego spojrzenie utkwione było przez cały ten czas w oczach Ambrosii, ledwo wypowiedział te słowa, nie mógł się powstrzymać od przesunięcia wzrokiem tam, gdzie do tej pory wędrowały tylko jego dłonie – zdążył już zmiąć jej koszulę swoimi pieszczotami, i nagle ten mundurek w stanie nieładu stał się w jego oczach tak cholernie pociągającym widokiem, że aby się opanować, wrócił spojrzeniem z powrotem, bo nie ręczył za siebie – i chociaż Rosie nie cierpiała, kiedy taksował ją na korytarzu tym głodnym wzrokiem od stóp do głów, czasem po prostu nie mógł się powstrzymać. Alex w ogóle nie miał w zwyczaju się powstrzymywać, więc jakikolwiek umiar to i tak było z jego strony duże poświęcenie. Ale oczywiście, McKinnon nie doceniała, jak bardzo próbował być dyskretny, kiedy się na nią gapił… Równie dyskretny był teraz dotyk dłoni Alexa. Rosie ciągnęła go za kołnierz w dół, a on pochylał się silnie, teraz jeszcze dodatkowo kręcąc kciukiem kółeczka na kawałku nagiej skóry między gumką jej spódnicy a wyciągniętą na wierzch koszulą.
– Szkoda – rzucił, nie przerywając kontaktu fizycznego. – Bo cały czas chodziłaś mi po głowie. Myślałem, że to dzięki tej twojej eksterioryzacji; że po prostu wróciłaś do łóżka, i, niewidzialna jak duch, stoisz tam, i śmiejesz się z mojej naiwności. Że patrzysz na mnie, i… – Rozejrzał się czujnie dookoła, silniej zaciskając dłonie na jej ciele, w geście równie opiekuńczym, co zaborczym, zanim ciągnął dalej, głosem ściszonym do szeptu. – Po co komu sen, skoro myślałem, że spędzę noc tylko z tobą, Rosie? – Jego ręka, nie wiedzieć kiedy, z uda Ambrosii wślizgnęła się prosto pod jej spódnicę. Alex przytrzymał ją, tak, jakby chciał być jeszcze bliżej, tak blisko, by w razie czego ją zasłonić, choć przecież tylko gładził niespiesznie aksamitną skórę na udzie dziewczyny, a drugą, zatrzymał na jej szyi i policzku. Czuł wcześniej, jak oddech Rosie mimowolnie drży, więc był bardzo delikatny, by pomóc jej się rozluźnić… Chociaż on czuł się absolutnie rozluźniony, a jego oddech też przecież wydawał się wzburzony. – Naprawdę bym cholernie chciał, żebyś zmuszała mnie do niespania. Bo wiem, że gdybyś wybrała wczorajszej nocy moje ramiona – westchnął, opierając swoje czoło o czoło Rosie, tak, że dzielił ich tylko ten jeden oddech. – Ja nie pozwoliłbym ci zasnąć aż do wschodu słońca.
Pocałował ją, delikatnie, niespiesznie; tak, jak chciał ją pocałować ją na wieży astronomicznej. Uśmiechnął się, szybko, ukradkowo; szczerze. Dopiero po chwili na jego twarz wrócił ten bardziej psotny, zawadiacki uśmieszek, który wcześniej gdzieś po drodze zniknął z jego twarzy, ustępując miejsca skupieniu i pełnego napięcia przejęciu – Alex nigdy nie był osobą zbyt ekspresyjną, więc jeżeli się nie uśmiechał, albo nie wykrzywiał buzi w grymasie wściekłości, przyjmował minę wyrażającą kompletną obojętność na wszystko, co dzieje się dookoła, z dwoma wariantami typu „jestem znudzony, więc będę dysocjował patrząc w ścianę naprzeciwko” albo „patrzę na ciebie wszystkimi moimi trzema oczętami i absolutnie nic, co zrobisz, nie ukryje się przed moim spojrzeniem” – przy Rosie zapominał się jednak, zbyt skupiony na teraźniejszej chwili, by dbać o przelotne impresje przyszłych wydarzeń i wszystkie możliwości rozwoju danej sytuacji; zbyt skupiony na reagowaniu na nią, by kontrolować swoją zredukowaną mimikę. Pieścił dalej jej szyję, jakby w zamyśleniu, a widząc, że dziewczyna chyba chce coś powiedzieć, tylko uniósł wyzywająco brwi. – Nawet odprowadziłbym cię potem na pierwszą lekcję, bo wiem, jaka z ciebie porządna dziewczynka. – zakpił zaczepnie, a jego ręka wyślizgnęła się spomiędzy fałdów jej spódniczki, wracając na bezpieczny dystans, na talię Ambrosii, porzucając miękką skórę wnętrza jej ud w tym samym momencie, w którym Alexander pochwalił, jaka to z niej grzeczna dziewczynka. – A ja umiem być porządny dla ciebie.
Ponieważ, mimo wszystko, to była Rosie. To była Rosie, a nie losowa typiara, której mógł z premedytacją wpychać palce w majtki w samym środku szkolnej biblioteki w dzień powszedni, a potem albo kpić w męskim dormitorium z „przebiegu” koleżanek z domu i śmiać się przy papierosku z kolegami z plotek o jakiejś łatwiej dupie, która obściskuje się w dziale krąg zakazanych z losowym śmieciem, albo mijać ją na korytarzu bez słowa, udając, że się nie znają, a to, co miało między nimi miejsce, to dawno i nieprawda, a tak w ogóle, to nawet jakby do czegoś doszło, to on niczego nie pamięta.
Rosie była wyjątkowa. Rosie była jedną z tych dziewczyn, które zasługują na romantyczne randki w słoneczne dni, kwiaty na przeprosiny i żeby czekać na nie całą noc na szczycie wieży astronomicznej.
Rosie zasługiwała na szacunek. Nie mógł go jej pozbawiać w taki sposób, jak wszyscy ci inni debile, którzy wyśmiewali się z niej na korytarzach – choć teraz większość już nauczyła się, że lepiej nie zadzierać z McKinnon, bo raz, potrafiła pokazać pazurki, i dwa, bo wtedy zadzierali także z Alexem, a ten nie darował żadnej urazy, nieważne, czy prawdziwej, czy urojonej – Mulciber traktował Rosie inaczej niż laski, które bezczelnie, i w sposób dosyć bezpośredni, podrywał. Oczywiście, że najpierw był dla niej miły głównie dlatego, że była ładna – z tymi swoimi blond falami i zamyślonymi szmaragdowymi oczyma zdradzającymi inteligencję większą od przeciętnej – ale kiedy zaczęli się kolegować, a potem przyjaźnić; kiedy stała się mu bliska… Zapałał do niej innego rodzaju uczuciem. Myślał mniej o sobie, a bardziej o niej, i kiedy się na tym złapał, unikał dziewczyny cały dzień, bo przeraził się, jak wiele miejsca zaczęła zajmować w jego głowie, jak bardzo przesiąkł Ambrosią, jak łatwo przyzwyczaił się do tego, że może mieć ją obok siebie; Alex chciał spędzać z nią czas; chciał z nią rozmawiać, i słuchać tego, co ona myśli na różne tematy; chciał, by czuła się przy nim bezpiecznie, i żeby całowała go, wplatając swoje drżące dłonie w jego zawsze nieprzycięte włosy, nie zwracając uwagi na podbite oko, ale narzekając na smród dymu tytoniowego.
Zastanawiał się, czy te oczy Arcykapłanki domyślają się, co chodzi mu po głowie, kiedy wpatrywał się w nią z tym lekko głupawym uśmiechem zabujanego gówniarza.
Chciał ją znowu pocałować, ale kiedy oparł się dłonią o półkę, próbując ulżyć plecom (być może dlatego się wahał poprosić ją o cHoDzEniE zE sobą, bo ten związek nie rokował mu jako przyszłościowy pod tym jednym względem, że obawiał się o stan swojego kręgosłupa na starość), zapomniał się, i zamiast skupić ciężar na regale, trafił w jakieś cieńsze woluminy, ustawione na jednej z mniej zapełnionych półek w niewielki rządek. Książki przewróciły się z głuchym hukiem, a Alexander mimowolnie wypuścił powietrze nosem, przestraszony i rozbawiony zarazem. Jeszcze raz zaczął sondować otoczenie dookoła, w razie czego gotowy pizgnąć jakimś zaklęciem mgły, ale nie był w stanie jakoś specjalnie się tym martwić, kiedy czuł się tak, jak w jego klatce piersiowej rozlewało ciepło niczym promienie słońca padające na nagą pierś, kiedy późną wiosną chodził rankami popływać w jeziorze.
- Więc, jebany esej z transmutacji odkładamy na za trzy dni. – bardziej stwierdził, niż zapytał, poprawiając spodnie. – Podoba mi się ten plan.
- Zgubiłem się – zapewnił Rosie, niby to niewinnie, choć dopiero co rozpiął guziczek jej bluzki, a teraz nosem sunął z powrotem w górę, po jej szyi. Podobało mu się w Rosie, że w jednej chwili była tak ujmująco krucha, jej głos niesłychanie miękki i czuły, a w drugiej – potrafiła rzucić przekornie czymś tak absolutnie flirciarskim jak teraz. Alexa rozczulał ten kontrast, tak jak i to, że mimo wszystko, dalej była w niej ta sama nieśmiałość, którą pamiętał z ich pierwszego pocałunku, kiedy chyba nie doceniła, jak bardzo mu się podoba, bo liczy na coś więcej niż suchy buziak w policzek, jak i tego, że miał o wiele większe doświadczenie niż ona. – Trzeba zacząć od nowa to liczenie. – Alex całe swoje dzieciństwo obracał się w towarzystwie nie rówieśników, a ludzi starszych od siebie, więc w Hogwarcie, w bezpośrednim zetknięciu z ludźmi w swoim wieku, okazał się być absolutnie pozbawiony wszelkich zahamowań towarzyskich i jakiejkolwiek nieśmiałości, pod wieloma względami uważając się za o wiele bardziej dojrzałego niż reszta kolegów. To, że emanował kompletnie niezamierzenie pewnością siebie zwykle imponowało dziewczynom, ale Rosie zwykła krzywić się na jego sposób bycia, i nazywać to arogancją. Nie mógł się z nią o to nawet kłócić – bo przecież miała sporo racji – mógł jednak sprawić, by polubiła jego arogancję, tak jak wtedy, kiedy namawiał ją na ucieczkę z lekcji, kiedy jak gdyby nigdy nic ustawiał Kochanków na patronów rozkładu, nie unikając przy tym wcale jej speszonego wzroku, albo kiedy mówił do niej ironicznie co tam, Słońce.
Albo kiedy mówił…
- Nie przypominasz sobie, laleczko, hmm? – uniósł brwi, a chociaż jego spojrzenie utkwione było przez cały ten czas w oczach Ambrosii, ledwo wypowiedział te słowa, nie mógł się powstrzymać od przesunięcia wzrokiem tam, gdzie do tej pory wędrowały tylko jego dłonie – zdążył już zmiąć jej koszulę swoimi pieszczotami, i nagle ten mundurek w stanie nieładu stał się w jego oczach tak cholernie pociągającym widokiem, że aby się opanować, wrócił spojrzeniem z powrotem, bo nie ręczył za siebie – i chociaż Rosie nie cierpiała, kiedy taksował ją na korytarzu tym głodnym wzrokiem od stóp do głów, czasem po prostu nie mógł się powstrzymać. Alex w ogóle nie miał w zwyczaju się powstrzymywać, więc jakikolwiek umiar to i tak było z jego strony duże poświęcenie. Ale oczywiście, McKinnon nie doceniała, jak bardzo próbował być dyskretny, kiedy się na nią gapił… Równie dyskretny był teraz dotyk dłoni Alexa. Rosie ciągnęła go za kołnierz w dół, a on pochylał się silnie, teraz jeszcze dodatkowo kręcąc kciukiem kółeczka na kawałku nagiej skóry między gumką jej spódnicy a wyciągniętą na wierzch koszulą.
– Szkoda – rzucił, nie przerywając kontaktu fizycznego. – Bo cały czas chodziłaś mi po głowie. Myślałem, że to dzięki tej twojej eksterioryzacji; że po prostu wróciłaś do łóżka, i, niewidzialna jak duch, stoisz tam, i śmiejesz się z mojej naiwności. Że patrzysz na mnie, i… – Rozejrzał się czujnie dookoła, silniej zaciskając dłonie na jej ciele, w geście równie opiekuńczym, co zaborczym, zanim ciągnął dalej, głosem ściszonym do szeptu. – Po co komu sen, skoro myślałem, że spędzę noc tylko z tobą, Rosie? – Jego ręka, nie wiedzieć kiedy, z uda Ambrosii wślizgnęła się prosto pod jej spódnicę. Alex przytrzymał ją, tak, jakby chciał być jeszcze bliżej, tak blisko, by w razie czego ją zasłonić, choć przecież tylko gładził niespiesznie aksamitną skórę na udzie dziewczyny, a drugą, zatrzymał na jej szyi i policzku. Czuł wcześniej, jak oddech Rosie mimowolnie drży, więc był bardzo delikatny, by pomóc jej się rozluźnić… Chociaż on czuł się absolutnie rozluźniony, a jego oddech też przecież wydawał się wzburzony. – Naprawdę bym cholernie chciał, żebyś zmuszała mnie do niespania. Bo wiem, że gdybyś wybrała wczorajszej nocy moje ramiona – westchnął, opierając swoje czoło o czoło Rosie, tak, że dzielił ich tylko ten jeden oddech. – Ja nie pozwoliłbym ci zasnąć aż do wschodu słońca.
Pocałował ją, delikatnie, niespiesznie; tak, jak chciał ją pocałować ją na wieży astronomicznej. Uśmiechnął się, szybko, ukradkowo; szczerze. Dopiero po chwili na jego twarz wrócił ten bardziej psotny, zawadiacki uśmieszek, który wcześniej gdzieś po drodze zniknął z jego twarzy, ustępując miejsca skupieniu i pełnego napięcia przejęciu – Alex nigdy nie był osobą zbyt ekspresyjną, więc jeżeli się nie uśmiechał, albo nie wykrzywiał buzi w grymasie wściekłości, przyjmował minę wyrażającą kompletną obojętność na wszystko, co dzieje się dookoła, z dwoma wariantami typu „jestem znudzony, więc będę dysocjował patrząc w ścianę naprzeciwko” albo „patrzę na ciebie wszystkimi moimi trzema oczętami i absolutnie nic, co zrobisz, nie ukryje się przed moim spojrzeniem” – przy Rosie zapominał się jednak, zbyt skupiony na teraźniejszej chwili, by dbać o przelotne impresje przyszłych wydarzeń i wszystkie możliwości rozwoju danej sytuacji; zbyt skupiony na reagowaniu na nią, by kontrolować swoją zredukowaną mimikę. Pieścił dalej jej szyję, jakby w zamyśleniu, a widząc, że dziewczyna chyba chce coś powiedzieć, tylko uniósł wyzywająco brwi. – Nawet odprowadziłbym cię potem na pierwszą lekcję, bo wiem, jaka z ciebie porządna dziewczynka. – zakpił zaczepnie, a jego ręka wyślizgnęła się spomiędzy fałdów jej spódniczki, wracając na bezpieczny dystans, na talię Ambrosii, porzucając miękką skórę wnętrza jej ud w tym samym momencie, w którym Alexander pochwalił, jaka to z niej grzeczna dziewczynka. – A ja umiem być porządny dla ciebie.
Ponieważ, mimo wszystko, to była Rosie. To była Rosie, a nie losowa typiara, której mógł z premedytacją wpychać palce w majtki w samym środku szkolnej biblioteki w dzień powszedni, a potem albo kpić w męskim dormitorium z „przebiegu” koleżanek z domu i śmiać się przy papierosku z kolegami z plotek o jakiejś łatwiej dupie, która obściskuje się w dziale krąg zakazanych z losowym śmieciem, albo mijać ją na korytarzu bez słowa, udając, że się nie znają, a to, co miało między nimi miejsce, to dawno i nieprawda, a tak w ogóle, to nawet jakby do czegoś doszło, to on niczego nie pamięta.
Rosie była wyjątkowa. Rosie była jedną z tych dziewczyn, które zasługują na romantyczne randki w słoneczne dni, kwiaty na przeprosiny i żeby czekać na nie całą noc na szczycie wieży astronomicznej.
Rosie zasługiwała na szacunek. Nie mógł go jej pozbawiać w taki sposób, jak wszyscy ci inni debile, którzy wyśmiewali się z niej na korytarzach – choć teraz większość już nauczyła się, że lepiej nie zadzierać z McKinnon, bo raz, potrafiła pokazać pazurki, i dwa, bo wtedy zadzierali także z Alexem, a ten nie darował żadnej urazy, nieważne, czy prawdziwej, czy urojonej – Mulciber traktował Rosie inaczej niż laski, które bezczelnie, i w sposób dosyć bezpośredni, podrywał. Oczywiście, że najpierw był dla niej miły głównie dlatego, że była ładna – z tymi swoimi blond falami i zamyślonymi szmaragdowymi oczyma zdradzającymi inteligencję większą od przeciętnej – ale kiedy zaczęli się kolegować, a potem przyjaźnić; kiedy stała się mu bliska… Zapałał do niej innego rodzaju uczuciem. Myślał mniej o sobie, a bardziej o niej, i kiedy się na tym złapał, unikał dziewczyny cały dzień, bo przeraził się, jak wiele miejsca zaczęła zajmować w jego głowie, jak bardzo przesiąkł Ambrosią, jak łatwo przyzwyczaił się do tego, że może mieć ją obok siebie; Alex chciał spędzać z nią czas; chciał z nią rozmawiać, i słuchać tego, co ona myśli na różne tematy; chciał, by czuła się przy nim bezpiecznie, i żeby całowała go, wplatając swoje drżące dłonie w jego zawsze nieprzycięte włosy, nie zwracając uwagi na podbite oko, ale narzekając na smród dymu tytoniowego.
Zastanawiał się, czy te oczy Arcykapłanki domyślają się, co chodzi mu po głowie, kiedy wpatrywał się w nią z tym lekko głupawym uśmiechem zabujanego gówniarza.
Chciał ją znowu pocałować, ale kiedy oparł się dłonią o półkę, próbując ulżyć plecom (być może dlatego się wahał poprosić ją o cHoDzEniE zE sobą, bo ten związek nie rokował mu jako przyszłościowy pod tym jednym względem, że obawiał się o stan swojego kręgosłupa na starość), zapomniał się, i zamiast skupić ciężar na regale, trafił w jakieś cieńsze woluminy, ustawione na jednej z mniej zapełnionych półek w niewielki rządek. Książki przewróciły się z głuchym hukiem, a Alexander mimowolnie wypuścił powietrze nosem, przestraszony i rozbawiony zarazem. Jeszcze raz zaczął sondować otoczenie dookoła, w razie czego gotowy pizgnąć jakimś zaklęciem mgły, ale nie był w stanie jakoś specjalnie się tym martwić, kiedy czuł się tak, jak w jego klatce piersiowej rozlewało ciepło niczym promienie słońca padające na nagą pierś, kiedy późną wiosną chodził rankami popływać w jeziorze.
- Więc, jebany esej z transmutacji odkładamy na za trzy dni. – bardziej stwierdził, niż zapytał, poprawiając spodnie. – Podoba mi się ten plan.
Kiedy tańczę, niebo tańczy razem ze mną
Kiedy gwiżdżę, gwiżdże ze mną wiatr
Kiedy milknę, milczy świat
Kiedy gwiżdżę, gwiżdże ze mną wiatr
Kiedy milknę, milczy świat