29.01.2024, 04:01 ✶
Niektórzy ludzie źle znosili momenty, w których po seksie zostawali sami. Flynn do nich oczywiście nie należał. On należał do osób znoszących takie momenty tragicznie, najgorzej jak się tylko dało. I tak, znał Caina nie od wczoraj. Dobrze wiedział, że ten najpewniej stał albo leżał ze strumieniem wody skierowanym na swoją twarz i przeżywał wszechogarniającą nicość. W tej dudniącej echem kopule działo się teraz albo o tysiąc emocji za dużo, albo absolutnie nic i to do tego stanu najwyraźniej lubił się doprowadzać, więc wszystko było na swoim miejscu, ale halo - w szaleństwie nie chodziło o bycie ślepym na rzeczywistość, o nie. Flynn był człowiekiem szalonym, bo rozumiał to doskonale, był w stanie idealnie zobrazować sobie scenę dziejącą się za tymi zamkniętymi drzwiami i wiedział dobrze - chłopak przyjdzie tu kiedy tylko się uspokoi, ale... No właśnie. W logikę dobry był kiedy stawiano przed nim matematyczne zagadki, a nie relacje międzyludzkie. To było tak frustrujące, że on był tam, a nie tutaj.
Zaciągnął się mocniej dymem i z piekielnie palącą niechęcią musiał sam przed sobą przyznać, jak bardzo nie mógł znieść tego, że on musiał żyć tutaj, z sekundy na sekundę, całkowicie sam, nagi (i tu niekoniecznie z wyboru - bo ubrania Bletchleya były najwyraźniej popakowane, poukrywane w ciemności, a kto się próbował wcisnąć w tego typu obcisłe spodnie prosto po wyjściu spod gorącego prysznica, ten wiedział, że to fizycznie niemożliwe) i coraz zimniejszy, bo znowu był w tej potrzebie bliskości kompletnie niezauważony. W innych warunkach zacząłby już warczeć, szarpać za tę klamkę w zniecierpliwieniu, albo szykować urażone miny, ale autentycznie nie miał na to siły. Ciężko mu było zliczyć, w ilu miejscach go teraz bolało, ile włosów na tym stracił, ile resztek (a może bardziej oparów) godności uleciało z niego, kiedy piszczał na tym stole i ile jeszcze by oddał za powtórzenie tego uczucia, kiedy on jest już gdzieś indziej, piekielnie wysoko, poza tym obrazem, a Bletchley używa tego pustego ciała, żeby samemu też zasmakować tej ekstazy. I może o to właśnie chodziło? Nie zapukał do tych drzwi i nie domagał się uwagi, bo dostał już prawie wszystko, czego chciał, nawet rzeczy, o które nie miał odwagi poprosić?
Ale to wciąż piekło. Przyjmowało postać napięcia w tym miejscu pod żebrami. I na udzie. Na plecach, na karku. Małe punkty. Czuł to zawsze tak, jakby ktoś go tam ściskał, szczypał, ale nie na skórze, tylko w środku. Nieznośnie przypominało mu o tym, że jego życie, nawet w swoich najsłodszych momentach były usłane strachem i cierpieniem. Jeżeli nie wywołało ich coś rzeczywistego, to sobie to bardzo zgrabnie wymyślał. A jak mu wyobraźnia odmawiała wsparcia, zawsze mógł cofnąć się do jakiegoś nieprzyjemnego doznania z bliskiej lub dalekiej przeszłości - ich przecież nigdy nie brakowało.
Kiedy przestał słyszeć lecącą wodę, ręka mu drżała. Trzymał w niej drugiego z rzędu papierosa i dodatkowo machał nią nerwowo. Przestał, kiedy Cain się odezwał. Kurwa. Jaki ojciec...? Naprawdę próbował to zrozumieć, zamknął nawet oczy i potarł powieki palcami, doszukując się tego, do czego Bletchley nawiązywał, ale wygrzebanie kontekstu zajęło mu kilka tak długich oddechów, że jakaś część niego chciała tę wypowiedź po prostu zignorować. I chociaż udało mu się dojść do tego, jaki był w tym sens, o co w tym w ogóle chodziło, to nie potrafił potraktować jego wypowiedzi w pełni poważnie.
- Gdyby istniał jakiś ranking dziwnych rzeczy do powiedzenia po seksie dwóch facetów - zaciągnął się jeszcze raz - to miałbyś kurwa podium. - Dał z siebie absolutnie wszystko, co tylko mógł, żeby zamaskować to,jak głęboko ten temat wchodził w zakorzeniony w nim strach przed odrzuceniem przez Alexandra. Bo Alexandra w tej scenie w ogóle nie powinno tutaj być. Sio. Won. Boże, wszystko tylko nie to, naprawdę wolałby teraz myśleć o kimkolwiek innym, tylko nie o facecie, którego zdradzał. Fontaine? Śmiało. Ktoś, kogo zabił i w sumie to tego żałował? Pewnie. Tully karcący go spojrzeniem za bycie kompletnym imbecylem? Nawet to było lepsze. - Byłeś tam tak długo... Brałem pod uwagę, że zasnąłeś - powiedział rozżalony, szybko zmieniając temat i odganiając najgorszą z możliwych myśli. - Przytul mnie wreszcie. - Odłożył niedopalonego papierosa na parapet i odwrócił się w jego kierunku.
Zaciągnął się mocniej dymem i z piekielnie palącą niechęcią musiał sam przed sobą przyznać, jak bardzo nie mógł znieść tego, że on musiał żyć tutaj, z sekundy na sekundę, całkowicie sam, nagi (i tu niekoniecznie z wyboru - bo ubrania Bletchleya były najwyraźniej popakowane, poukrywane w ciemności, a kto się próbował wcisnąć w tego typu obcisłe spodnie prosto po wyjściu spod gorącego prysznica, ten wiedział, że to fizycznie niemożliwe) i coraz zimniejszy, bo znowu był w tej potrzebie bliskości kompletnie niezauważony. W innych warunkach zacząłby już warczeć, szarpać za tę klamkę w zniecierpliwieniu, albo szykować urażone miny, ale autentycznie nie miał na to siły. Ciężko mu było zliczyć, w ilu miejscach go teraz bolało, ile włosów na tym stracił, ile resztek (a może bardziej oparów) godności uleciało z niego, kiedy piszczał na tym stole i ile jeszcze by oddał za powtórzenie tego uczucia, kiedy on jest już gdzieś indziej, piekielnie wysoko, poza tym obrazem, a Bletchley używa tego pustego ciała, żeby samemu też zasmakować tej ekstazy. I może o to właśnie chodziło? Nie zapukał do tych drzwi i nie domagał się uwagi, bo dostał już prawie wszystko, czego chciał, nawet rzeczy, o które nie miał odwagi poprosić?
Ale to wciąż piekło. Przyjmowało postać napięcia w tym miejscu pod żebrami. I na udzie. Na plecach, na karku. Małe punkty. Czuł to zawsze tak, jakby ktoś go tam ściskał, szczypał, ale nie na skórze, tylko w środku. Nieznośnie przypominało mu o tym, że jego życie, nawet w swoich najsłodszych momentach były usłane strachem i cierpieniem. Jeżeli nie wywołało ich coś rzeczywistego, to sobie to bardzo zgrabnie wymyślał. A jak mu wyobraźnia odmawiała wsparcia, zawsze mógł cofnąć się do jakiegoś nieprzyjemnego doznania z bliskiej lub dalekiej przeszłości - ich przecież nigdy nie brakowało.
Kiedy przestał słyszeć lecącą wodę, ręka mu drżała. Trzymał w niej drugiego z rzędu papierosa i dodatkowo machał nią nerwowo. Przestał, kiedy Cain się odezwał. Kurwa. Jaki ojciec...? Naprawdę próbował to zrozumieć, zamknął nawet oczy i potarł powieki palcami, doszukując się tego, do czego Bletchley nawiązywał, ale wygrzebanie kontekstu zajęło mu kilka tak długich oddechów, że jakaś część niego chciała tę wypowiedź po prostu zignorować. I chociaż udało mu się dojść do tego, jaki był w tym sens, o co w tym w ogóle chodziło, to nie potrafił potraktować jego wypowiedzi w pełni poważnie.
- Gdyby istniał jakiś ranking dziwnych rzeczy do powiedzenia po seksie dwóch facetów - zaciągnął się jeszcze raz - to miałbyś kurwa podium. - Dał z siebie absolutnie wszystko, co tylko mógł, żeby zamaskować to,jak głęboko ten temat wchodził w zakorzeniony w nim strach przed odrzuceniem przez Alexandra. Bo Alexandra w tej scenie w ogóle nie powinno tutaj być. Sio. Won. Boże, wszystko tylko nie to, naprawdę wolałby teraz myśleć o kimkolwiek innym, tylko nie o facecie, którego zdradzał. Fontaine? Śmiało. Ktoś, kogo zabił i w sumie to tego żałował? Pewnie. Tully karcący go spojrzeniem za bycie kompletnym imbecylem? Nawet to było lepsze. - Byłeś tam tak długo... Brałem pod uwagę, że zasnąłeś - powiedział rozżalony, szybko zmieniając temat i odganiając najgorszą z możliwych myśli. - Przytul mnie wreszcie. - Odłożył niedopalonego papierosa na parapet i odwrócił się w jego kierunku.
Oh darling, it's so sweet
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.