29.01.2024, 21:31 ✶
Bycie nawiedzanym przez beznadziejne myśli zaraz po takiej scenie... cóż, szczerze wątpił, żeby ktokolwiek potrafił zachować przy tym niewzruszony wyraz twarzy. Chwilowa panika, jaka pojawiła się na tej Flynna, stała się ramką dla widniejącej w tych smutnych, brązowych oczach rozpaczy. To nie była fizyka kwantowa. Chciał zostać objęty. W ten prosty sposób, przewidywalny. Tak postępowali ludzie, którzy się kochali. Czasami potrzebował czegoś mocniejszego, czegoś na tyle silnego, żeby dać nadzieję na to, że te wszystkie pokruszone kawałki składające się na jego osobę dało się jeszcze jakoś poskładać - dotyku lepkiego jak klej, warg ściągających z niego stres tak, jak on ściągał go z innych. Nie było tu za co przepraszać. Flynn nie oczekiwał od niego przeprosin, oczekiwał od niego wyzwolenia - to byłoby prostsze, gdyby nie musiał mówić, gdyby Cain nauczył się wyczuwać momenty, w których powinien go pocałować - bo właśnie nadszedł na to czas. Teraz, całuj go - ale on nie użył ust do tego, żeby przekreślić kłębiące się w nim obawy. On zamykając go w tym uścisku, zamknął go też w klatce bez drzwiczek. W miejscu bez wyjścia niedającym mu innej możliwości niż słuchać.
Bell nie mówił nic, ale jego ciało mówiło za niego - przeżywał teraz w głowie chaos. Słuchał tego, co było do niego mówione i coraz mocniej powątpiewał w to, że uda mu się nie wybuchnąć płaczem - bo to było gorsze niż tortura. I już nigdy tego nie od-usłyszy, to zostanie w nim na zawsze. I w gruncie rzeczy płakał, po prostu zabrakło w nim łez - on płakał myślami. Dzieci nie kochały bezwarunkowo. Dzieci w ogóle nie rozumiały takiej koncepcji jak miłość. Ona przychodziła dopiero później, czasami za późno - to nie było nawet jego dramatyzowanie, a zwykły, naukowy fakt (no, z perspektywy narratora - odrobinę naciągnięty do jego chorej interpretacji). Może za długo umawiał się z psychiatrą? Wiedział na pewno, że Bletchley żył kompletną ułudą, to nie była prawda - jasne, że gdyby był rodzicem, to chciałby być dobrym rodzicem, starałby się o wiele bardziej niż własna matka, bo absolutnie nikt na tym świecie nie zasłużył na przeżycie tego co on, ale będąc lepszym od swojej matki, wcale nie stawał się nagle dobrym ojcem. Był świadomy tego, że byłby potworem, tylko na swój sposób. A może nawet nie swój - ileż to osób było przykładem tego, co robiło z tobą wychowanie przez kogoś samolubnego, przelewającego prywatne problemy na niewinne, nierozumiejące tego dzieci. W cyrku było łatwo - uczyłeś kogoś wiązać buty, a później znikałeś na tydzień i nikt tego nawet nie zauważał, ale będąc z tym małym człowiekiem sam na sam - skąd w ogóle w Bletchleyu teoria, że pokazanie takiej małej osobie najgorszej wersji siebie przyniosłoby mu coś więcej niż wstyd? Wstyd, że jego ojciec znów chodzi pijany, wstyd pustego domu, wstyd za swoje pochodzenie w czasach, kiedy to pochodzenie liczyło się coraz bardziej, wstyd tego, że twój ojciec nie potrafił zadbać sam o siebie i ciągle potrzebował twojej pomocy. A Flynn zawsze potrzebował pomocy. Nie potrafił funkcjonować samodzielnie, absolutnie nigdy tego nie robił - obok zawsze był ktoś. Znał ten schemat ze Ścieżek aż za dobrze - dzieci, którym wydawało się, że przez takie dzieciństwo dorośli szybciej. Obrażone na świat, chcące stworzyć sobie rzeczywistość, w jakiej mogli żyć bez brzemienia oczekiwań społecznych, bo ten wstyd był okropny, on gnieździł się w ludzkim umyśle i zapuszczał tam korzenie. Widok naćpanego ojca rył się w ich egzystencji tak wyraźnie, jak w jego wrył się ten maminy obcas. A później kształtowała się wokół tego ich osobowość i szukali takich doznań... i... momentalnie zrobiło mu się niedobrze. Nie od wina, tylko od zrozumienia tego, że nie byłby jak własna matka, tylko jak jego matka. Ale Cain mówił dalej. I te słowa, w przeciwieństwie do tych wciskających mu nachalnie do łba najgorsze z możliwych obrazów, były słodkie. Dłoń przejeżdżająca mu po włosach była czymś, co chciał czuć. To, co Cain mówił, było czymś, co Flynn chciał słyszeć - bo zawsze bał się odezwać, ale jednocześnie czuł, że gdyby dał radę, nadałoby to jego życiu jakiś nowy, lepszy sens. Ale wymagał momentami tak długich pokładów cierpliwości, aby utrzymać przy sobie tylko najsilniejszych. Ile można było się zastanawiać, poszukiwać słów mogących jakkolwiek zobrazować emocje? Jednym zajmowało to sekundy. Jemu - tygodnie. Miesiące. Lata. Ale jaka to była wielka i piękna sprawa - zostać przez kogoś wysłuchanym. Nawet nie zrozumianym, po prostu wysłuchanym - ale tak ciężko było zaufać ludziom, nawet tym, których się kochało. Sam nieszczególnie dawał mu teraz najlepszy przykład.
Kiedy Cain odsunął go od siebie, oczy Flynna były zeszklone. On sam nie zdawał sobie z tego sprawy, za mocno skupił się na tych słowach, na tym co mu właśnie powiedziano. Ta wypowiedź miała swoje wzloty i upadki, ale wchodząc na temat odrzucenia, końca, jakiejś wyśnionej przez niego chwili dłużej, Bell nie potrafił zachować się inaczej, niż łapiąc się za głowę i zaciskając palce na mokrych włosach.
- Czy ty to kończysz po drugim spotkaniu? - Oczywiście, że nie potrafił zinterpretować tego inaczej niż jak monolog przed zerwaniem, a nie zwierzenie się ze swoich najgłębszych obaw. A oni nawet ze sobą nie chodzili. - To jest jak cios w twarz. Jakie... jakie kłamstwo ma tu runąć? O czym ty pierdolisz? - Odetchnął dramatycznie, cofając się na krok. Puścił swoje loki, żeby zamiast tego złapać Bletchleya za koszulkę i potrząsnąć nim. Najwyraźniej sam nie widział już, co robi. - Kochasz mnie czy nie? Odpowiedz wprost, albo przysięgam ci, że stąd kurwa wyjdę.
Bell nie mówił nic, ale jego ciało mówiło za niego - przeżywał teraz w głowie chaos. Słuchał tego, co było do niego mówione i coraz mocniej powątpiewał w to, że uda mu się nie wybuchnąć płaczem - bo to było gorsze niż tortura. I już nigdy tego nie od-usłyszy, to zostanie w nim na zawsze. I w gruncie rzeczy płakał, po prostu zabrakło w nim łez - on płakał myślami. Dzieci nie kochały bezwarunkowo. Dzieci w ogóle nie rozumiały takiej koncepcji jak miłość. Ona przychodziła dopiero później, czasami za późno - to nie było nawet jego dramatyzowanie, a zwykły, naukowy fakt (no, z perspektywy narratora - odrobinę naciągnięty do jego chorej interpretacji). Może za długo umawiał się z psychiatrą? Wiedział na pewno, że Bletchley żył kompletną ułudą, to nie była prawda - jasne, że gdyby był rodzicem, to chciałby być dobrym rodzicem, starałby się o wiele bardziej niż własna matka, bo absolutnie nikt na tym świecie nie zasłużył na przeżycie tego co on, ale będąc lepszym od swojej matki, wcale nie stawał się nagle dobrym ojcem. Był świadomy tego, że byłby potworem, tylko na swój sposób. A może nawet nie swój - ileż to osób było przykładem tego, co robiło z tobą wychowanie przez kogoś samolubnego, przelewającego prywatne problemy na niewinne, nierozumiejące tego dzieci. W cyrku było łatwo - uczyłeś kogoś wiązać buty, a później znikałeś na tydzień i nikt tego nawet nie zauważał, ale będąc z tym małym człowiekiem sam na sam - skąd w ogóle w Bletchleyu teoria, że pokazanie takiej małej osobie najgorszej wersji siebie przyniosłoby mu coś więcej niż wstyd? Wstyd, że jego ojciec znów chodzi pijany, wstyd pustego domu, wstyd za swoje pochodzenie w czasach, kiedy to pochodzenie liczyło się coraz bardziej, wstyd tego, że twój ojciec nie potrafił zadbać sam o siebie i ciągle potrzebował twojej pomocy. A Flynn zawsze potrzebował pomocy. Nie potrafił funkcjonować samodzielnie, absolutnie nigdy tego nie robił - obok zawsze był ktoś. Znał ten schemat ze Ścieżek aż za dobrze - dzieci, którym wydawało się, że przez takie dzieciństwo dorośli szybciej. Obrażone na świat, chcące stworzyć sobie rzeczywistość, w jakiej mogli żyć bez brzemienia oczekiwań społecznych, bo ten wstyd był okropny, on gnieździł się w ludzkim umyśle i zapuszczał tam korzenie. Widok naćpanego ojca rył się w ich egzystencji tak wyraźnie, jak w jego wrył się ten maminy obcas. A później kształtowała się wokół tego ich osobowość i szukali takich doznań... i... momentalnie zrobiło mu się niedobrze. Nie od wina, tylko od zrozumienia tego, że nie byłby jak własna matka, tylko jak jego matka. Ale Cain mówił dalej. I te słowa, w przeciwieństwie do tych wciskających mu nachalnie do łba najgorsze z możliwych obrazów, były słodkie. Dłoń przejeżdżająca mu po włosach była czymś, co chciał czuć. To, co Cain mówił, było czymś, co Flynn chciał słyszeć - bo zawsze bał się odezwać, ale jednocześnie czuł, że gdyby dał radę, nadałoby to jego życiu jakiś nowy, lepszy sens. Ale wymagał momentami tak długich pokładów cierpliwości, aby utrzymać przy sobie tylko najsilniejszych. Ile można było się zastanawiać, poszukiwać słów mogących jakkolwiek zobrazować emocje? Jednym zajmowało to sekundy. Jemu - tygodnie. Miesiące. Lata. Ale jaka to była wielka i piękna sprawa - zostać przez kogoś wysłuchanym. Nawet nie zrozumianym, po prostu wysłuchanym - ale tak ciężko było zaufać ludziom, nawet tym, których się kochało. Sam nieszczególnie dawał mu teraz najlepszy przykład.
Kiedy Cain odsunął go od siebie, oczy Flynna były zeszklone. On sam nie zdawał sobie z tego sprawy, za mocno skupił się na tych słowach, na tym co mu właśnie powiedziano. Ta wypowiedź miała swoje wzloty i upadki, ale wchodząc na temat odrzucenia, końca, jakiejś wyśnionej przez niego chwili dłużej, Bell nie potrafił zachować się inaczej, niż łapiąc się za głowę i zaciskając palce na mokrych włosach.
- Czy ty to kończysz po drugim spotkaniu? - Oczywiście, że nie potrafił zinterpretować tego inaczej niż jak monolog przed zerwaniem, a nie zwierzenie się ze swoich najgłębszych obaw. A oni nawet ze sobą nie chodzili. - To jest jak cios w twarz. Jakie... jakie kłamstwo ma tu runąć? O czym ty pierdolisz? - Odetchnął dramatycznie, cofając się na krok. Puścił swoje loki, żeby zamiast tego złapać Bletchleya za koszulkę i potrząsnąć nim. Najwyraźniej sam nie widział już, co robi. - Kochasz mnie czy nie? Odpowiedz wprost, albo przysięgam ci, że stąd kurwa wyjdę.
Oh darling, it's so sweet
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.