W moim domu relacje były wyważone. Matka starała się nas kochać, ale z drugiej strony nauczona była powściągliwości i nieufności, więc próbowała nam to wpoić. Ojciec za to kochał ludzi, podróże i zawsze okazywał tej miłości jak najwięcej. Czasami wręcz przytłaczał. Zawsze zwracał uwagę na potrzeby innych i wydaje mi się, że to właśnie kochała moja mama. Dlatego tak mocno przeżyła jego stratę. Podejrzewam też, że to był powód, dla którego próbowała mnie przy sobie trzymać, bo byłam odrobinę podobna do ojca. Raczej też nie zrażałam się do ludzi z byle powodu, doświadczenia traktowałam jako punkcik na liście do odhaczenia, zawody miłosne, przyjaźnie utracone wszystko miało w moim sercu miejscu i budowało mnie jako człowieka. Nie traciłam siły, leciałam dalej. Jedyna osoba o jaką walczyłam był właśnie Astaroth, którego utraty bym nigdy nie zniosła.
Spotkałam na swojej drodze nie jednego kłusownika, czasami im pomagałam, ale nigdy nie uczestniczyłam w mordowaniu innego zwierzęcia. Chyba jeszcze nie byłam na to gotowa, ale to kwestia nauki, kwestia nastawienia i odpowiednich priorytetów. Bolało mnie myślenie o tym, że mogłabym zabić niewinna istotkę, ale komponenty do eliksirów były potrzebne, ludzie od tego też byli potrzebni, prawda?
Pokiwałam głową, gdy wspomniała o tym, że zajmuje się tym od dziecka. Ciekawe, czy gdybym wychowała się przez Yaxleyów byłabym taka jak ona. Hm… Być jak Gerladine – to byłoby ciekawe i stwarzające wyzwania, nie? Na pewno byłoby ciekawiej niż w samym BUMie.
– Ja chyba jeszcze nikim nigdy nie gardziłam – stwierdziłam w zamyśleniu. Rozejrzałam się dookoła i zerknęłam w niebo, ale ani śladu Hipogryfa. – W sumie nie wiem, czy ktoś gardzi mną – OMG! Chciałabym wiedzieć, czy ktoś mną gardzi. To byłaby ciekawa rozmowa. – Tędy – odparłam i ominęłam jeden głaz, powoli zaczęłyśmy wspinać się już bardziej w górę niż wcześniej.