Sam Vincent nie miał tak przesrane jak Brenna. Jego brat starał się robić wszystko pod politykę, aby być czystym królem świata Prewettolandii, aby być panem i władcą i żeby nikt mu nie zagroził. Podejrzewał jednak, że po tym ataku na przybytek Laurenta będzie bardziej skory, aby zniszczyć Voldemorta niż z nim współpracować. Sam Vincent nie chciał się nigdy mieszać w ten konflikt, ale życie samo zweryfikowało. Jego rodzina być zbyt duża, aby mógł siedzieć bezczynnie i patrzeć jak bezpieczny domek zaczynał się rozsypywać. A teraz, gdy Brenna wzbudziła w nim iskrę ciekawości, sama otwarcie stwierdziła, że coś się dzieje, że ktoś działa, aby pokonać tego człowieka nie zamierzał siedzieć i czekać.
– Wiem, ale wolałbym spróbować zadziałać przeciwko tamtym niż ryzykować, że zagarną sobie nas siłą. Oni nie biorą jeńców, atakują ludzi, którzy nic nie zrobili. I może powtarzam, że nie lubię ludzi, ale ich nie lubię bardziej – odparł wciskając sobie w usta papierosa i podpalając go mugolską zapalniczka. Lubił ten wynalazek, był ciekawy i zabawny.
Vincent wiedział, że wojna była nieunikniona, że kiedyś zostanie zmuszony do tego, aby stanąć po jakiejś ze stron. Dlatego działał, aby wybrać samemu, aby nikt nie narzucił mu losu, aby nikt nie wciągnął go do tego pieprzonego świata, w którym będzie musiał klękać. Vincent miał podobną dumę do Edwarda, też nie lubił klękać. Mógł posłuchać się Brenny, gdy chodziło o wspólne wypady, mógł posłuchać rozkazów, ale tylko wtedy, gdy będą zgodne z jego poglądami i celem jaki chce osiągnąć.
Westchnął ciężko, podniósł się na równe nogi i stanął przed nią, aby mogła mu spojrzeć w oczy, aby mogła zobaczyć, że się nie waha. Może było to górnolotne zachowanie z jego strony, ale Brenna doskonale wiedziała, że był właśnie tym wiernym psem, o którym rozmyślała. Był człowiekiem może drugiej uczciwości, ale gdy podejmował się jakiegoś zadania, gdy wchodził w jakieś zadanie to całym sobą i jeszcze nigdy nikogo nie zdradził, nigdy nikogo nie wychujał, bo nie miał zamiaru tego robić, bo było to najgorsze, czego nienawidził w ludziach.
– Brenna, tak. Wchodzę w to i pomogę ci… wam w tym, aby powstrzymać to szaleństwo. Tylko powiedz mi tyle ile możesz, abym wiedział w co dokładnie wchodzę. – dodał. Może i nie chciał znać szczegółów dotyczących wszystkich członków tego przedsięwzięcia, ale chciał chociaż wiedzieć komu ufać i do kogo się zgłosić w razie potrzeby. Nie chciał też wchodzić do czegoś, co mogłoby się okazać kolejną sektą jakiegoś świra. Nie wchodźmy w skrajność.