Vincent w sumie rzadko spełniał oczekiwania ludzi. Raczej wolał, aby nikt nie miał wobec niego oczekiwań, bo zwykle robił na przekór. Chodził własnymi ścieżkami i tylko nieliczni byli w stanie wejść w jego łaski. Geraldine nawet jak była piękną kobietą póki nie zmieni swojej profesji i nastawienia do istot takich jak magiczne stworzenia nie była w jego oczach odpowiednią osobą do bliskich relacji, do tego by mógł jej zaufać. Mógł się z nią pobawić w kotka i myszkę, mógł poflirtować, czasem może nawet wypić jakiś alkohol, ale bez wahania powstrzymałby ją, gdyby szła zabić jakieś stworzenie za pieniądze. Nienawidził kłusowników, nienawidził osób, które miały zbijać magiczne stworzenia dla korzyści. O ile rozumiał, że są potrzebne komponenty do eliksirów, o ile rozumiał, że sporo profesji potrzebuje odpowiednich ubrań z konkretnych materiałów to nie rozumiał bezmyślnego zabijania ich w tym imieniu, a zwłaszcza jeśli chodziło o zagrożone gatunki. Było sporo hodowli, gdzie można było wszystko zdobyć w legalny sposób, ale zabijanie zagrożonych gatunków w imię jakiegoś proszku z kła? No nie oszukujmy się – aż tak potrzebne to nie było.
– Bo zwierzęta łapie się tylko w jednym celu tak? – zapytał wracając na ziemię i odsuwając się od niej o odpowiednią odległość. – Czasem trzeba spętać jakiegoś idiotę, który niszczy gniazda Dirikraków, czy też łapie zagrożone gatunki dla własnych celów – wcisnął papierosa w usta i uniósł dłoń ku górze. – Miłego dnia, panno Yaxley – skłonił się lekko, uśmiechnął szelmowsko i odwrócił się idąc ku zatłoczonym ulicom magicznego Londynu.