29.01.2024, 21:09 ✶
– Nawet jeśli wierzył w to w tamtym momencie, nie jest powiedziane, że ta wiara utrzymałaby się później, gdy stanąłby naprzeciwko żony, dzieci i rodzeństwa – stwierdziła Brenna. – A gdyby nawet odszedł z tobą, to ile lat minęłoby, zanim rutyna pchnęłaby go do zostawienia ciebie?
Jej słowa mogły brzmieć okrutnie: może były okrutne. Brenna wiedziała, że rani Avelinę i to bolało też ją. Ale co miała jej doradzić? Ścigaj tę miłość? Miłość mężczyzny, który miał żonę i dzieci, i który najwyraźniej – w oczach Brenny przynajmniej – traktował Paxton jako opcję zapasową? Syna Rookwoodów? Nie umiała uwierzyć, że zrezygnowałby ot tak ze wszystkiego: nie tylko z rodziny, ale też z kariery, z nazwiska, z wygód, wyłącznie dla dziewczyny, z której życia znikł dawno temu.
Zwłaszcza, skoro jego żona była w ciąży.
Mogłaby mówić jeszcze długo, ale kiedy Avelina odezwała się, Brenna po prostu wypuściła powietrze z płuc i wyciągnęła do niej ręce.
– Chodź tutaj, Ave – mruknęła, chcąc ją objąć. Bo wyglądało na to, że Paxton doskonale wiedziała, co jest nie tak, i że słowa Brenny już sięgnęły celu, że były zaledwie echem tego, co Avelina mówiła sobie sama, a żaden dalszy wykład nie mógłby zmienić niczego – i że Avelina tego wykładu w ogóle nie potrzebowała. Była jej potrzebna przyjaciółka. Brenna żałowała, że nie ma tu Danielle: ona zawsze lepiej radziła sobie z ludźmi, i to nie tylko dlatego, że dostrzegała wszystkie kolory ich aur. Była po prostu człowiekiem lepszym i bardziej empatycznym od Brenny, łatwiej znajdującym właściwe słowa – Brenna zaś często, ostatnio coraz częściej, czuła, że wcale nie wie co mówić, robić, i w akcjach, i w sytuacjach personalnych. Udawała więc tylko, że jest inaczej. Ale młodsza Longbottomówna źle zniosła wyprawę na statek, a poza tym nie była w nastroju do świętowania. Przynajmniej tak wierzyła Brenna: kompletnie nieświadoma, że kuzynka spędza Lithę z bratem człowieka, o którym właśnie rozmawiała z Aveliną. Człowieka, którego nienawidziła teraz z całego serca i duszy, tak jak dotąd z Rookwoodów nienawidziła wyłącznie ojca Charlesa, bo zdradził syna, i ojca Sauriela – bo wydał jedyne dziecko wampirowi.
Ranił Avelinę i nie było mowy, aby nie zdawał sobie sprawy z tego, co robi.
– Przykro mi, że cię to spotyka, kotku – powiedziała cicho, ściskając ją, jeżeli ta tylko na to pozwoliła – Nie mogę ci mówić, co masz robić. Po prostu pomogę na tyle, na ile zdołam, cokolwiek zdecydujesz. Ale zastanów się, czy masz siłę zostawić go w swoim życiu.
I zawsze być tą drugą.
Zawsze czekać.
Zawsze czuć, że w tym, co robią, jest coś niewłaściwego.
Brenna tak naprawdę niewiele wiedziała o miłości. Czy raczej inaczej: sama miłość wręcz się z niej wylewała, bo kochała ludzi czasem wręcz trochę za szybko i za bardzo, ale już na pewno nie zakochiwała się łatwo, a nawet zadurzenie było dla niej stanem nowym… o ile w ogóle można było o tym mówić, skoro popychała ją magia. Przeczuwała jednak, że tutaj i odejście, i zostanie były równie trudne, ale to pierwsze było nieuniknione – i że tylko odwlekanie tego sprawi Avelinie jeszcze tylko więcej bólu.
Jej słowa mogły brzmieć okrutnie: może były okrutne. Brenna wiedziała, że rani Avelinę i to bolało też ją. Ale co miała jej doradzić? Ścigaj tę miłość? Miłość mężczyzny, który miał żonę i dzieci, i który najwyraźniej – w oczach Brenny przynajmniej – traktował Paxton jako opcję zapasową? Syna Rookwoodów? Nie umiała uwierzyć, że zrezygnowałby ot tak ze wszystkiego: nie tylko z rodziny, ale też z kariery, z nazwiska, z wygód, wyłącznie dla dziewczyny, z której życia znikł dawno temu.
Zwłaszcza, skoro jego żona była w ciąży.
Mogłaby mówić jeszcze długo, ale kiedy Avelina odezwała się, Brenna po prostu wypuściła powietrze z płuc i wyciągnęła do niej ręce.
– Chodź tutaj, Ave – mruknęła, chcąc ją objąć. Bo wyglądało na to, że Paxton doskonale wiedziała, co jest nie tak, i że słowa Brenny już sięgnęły celu, że były zaledwie echem tego, co Avelina mówiła sobie sama, a żaden dalszy wykład nie mógłby zmienić niczego – i że Avelina tego wykładu w ogóle nie potrzebowała. Była jej potrzebna przyjaciółka. Brenna żałowała, że nie ma tu Danielle: ona zawsze lepiej radziła sobie z ludźmi, i to nie tylko dlatego, że dostrzegała wszystkie kolory ich aur. Była po prostu człowiekiem lepszym i bardziej empatycznym od Brenny, łatwiej znajdującym właściwe słowa – Brenna zaś często, ostatnio coraz częściej, czuła, że wcale nie wie co mówić, robić, i w akcjach, i w sytuacjach personalnych. Udawała więc tylko, że jest inaczej. Ale młodsza Longbottomówna źle zniosła wyprawę na statek, a poza tym nie była w nastroju do świętowania. Przynajmniej tak wierzyła Brenna: kompletnie nieświadoma, że kuzynka spędza Lithę z bratem człowieka, o którym właśnie rozmawiała z Aveliną. Człowieka, którego nienawidziła teraz z całego serca i duszy, tak jak dotąd z Rookwoodów nienawidziła wyłącznie ojca Charlesa, bo zdradził syna, i ojca Sauriela – bo wydał jedyne dziecko wampirowi.
Ranił Avelinę i nie było mowy, aby nie zdawał sobie sprawy z tego, co robi.
– Przykro mi, że cię to spotyka, kotku – powiedziała cicho, ściskając ją, jeżeli ta tylko na to pozwoliła – Nie mogę ci mówić, co masz robić. Po prostu pomogę na tyle, na ile zdołam, cokolwiek zdecydujesz. Ale zastanów się, czy masz siłę zostawić go w swoim życiu.
I zawsze być tą drugą.
Zawsze czekać.
Zawsze czuć, że w tym, co robią, jest coś niewłaściwego.
Brenna tak naprawdę niewiele wiedziała o miłości. Czy raczej inaczej: sama miłość wręcz się z niej wylewała, bo kochała ludzi czasem wręcz trochę za szybko i za bardzo, ale już na pewno nie zakochiwała się łatwo, a nawet zadurzenie było dla niej stanem nowym… o ile w ogóle można było o tym mówić, skoro popychała ją magia. Przeczuwała jednak, że tutaj i odejście, i zostanie były równie trudne, ale to pierwsze było nieuniknione – i że tylko odwlekanie tego sprawi Avelinie jeszcze tylko więcej bólu.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.