24.11.2022, 14:42 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 24.11.2022, 15:05 przez William Lestrange.)
Tutaj dla Eden:
Z każdym kolejnym słowem Eden czuł, ze potrzebował wlać w siebie więcej alkoholu. Niby pamiętał, że nigdy nie była miłą i do rany przyłóż osobą, ale zdecydowanie nie spodziewał się, że będą dyskutować o takich sprawach na tym, pozornie nieszkodliwym, balu. Westchnął w duchu gdy kobieta wyraziła swoje zdanie na temat bliźniaka. Teoretycznie się z nią zgadzał, ale wypowiadając słowa przeciwko Elliottowi wypowiedziałby je też przeciwko Eden, bo obydwoje byli siebie warci. Will zdawał sobie sprawę, że gdyby Eden dana była szansa to faktycznie pozbyłaby się swojego brata, ale przeszkadzał jej w tym autorytet ojca. Czasami mu się wydawało, że kobieta nie zgadza się z nim tylko dlatego że nie chce dopuścić do siebie tych wszystkich myśli, że woli żyć w iluzji, bez świadomości tego jak mocno niszczą ją relacje z własną rodziną. Nie powinien jej winić, ale też nie rozumiał do końca mechanizmów, które kierowały blondynką, a jak miał w zwyczaju, raczej nie wypowiadał się na tematy, w których nie miał jeszcze pewności.
Sięgnął po kolejny kieliszek, bo mimo bąbelków szampan zaczynał smakować jak słodkie wybawienie.
Prawie się zakrztusił kolejnym łykiem, gdy partnerka postanowiła obdarzyć go jednym ze swoich autorskich przytyków. Przełknął alkohol z trudnem, czując jak piecze go przełyk i to wcale nie od ilości procentów, a po prostu chęci wyplucia tego, co właśnie miał w ustach. Nie poddał się - połknął, tak samo jak połykał każdą kolejną obelgę ze strony Eden. Przynajmniej na razie. Każdy ma swój limit.
Nawet ie zauważył, gdy ścisnął za mocno kieliszek, więc w momencie wypowiadania przez blondynkę kolejnej, horrendalnej kwoty szkło pękło mu w dłoni, a reszta słodkiego płynu ściekła mu po palcach, z odrobiną krwi i wylądowała na podłodze. Zaraz też zajęła się tym obsługa, a Will przetarł dłoń rękawem marynarki.
- No tak, zapomniałem, że to jest właśnie twój typ, Eden. Prawdziwy mężczyzna. Cokolwiek to znaczy, ale wydaje mi się, że według norm to raczej wszystko to, z czym walczysz swoimi jadowitymi komentarzami, ale może przez ten rok zmieniło się tak wiele rzeczy, ze wolałabyś, aby ktoś ci pokazał, gdzie jest twoje miejsce jako kobiety w związku. - uniósł brwi - Miłego szukania prawdziwych mężczyzn, jest ich zapewne sporo na sali. - nie zaśmiał się nawet i wysmyknął z uścisku żony, bez przemyślenia akcji po prostu wmieszał się w tłum, gdy licytujący wciąż wykrzykiwali coraz to wyższe sumy.
Odnośnie zmiany w bobra i potrząsania wybudzania Theseusa:
Licytacje wygrał bliźniak Eden i bardzo dobrze, pomyślał William w pierwszej chwili i dopiero wtedy się zatrzymał, westchnął głęboko. Niewielkie przecięcie na ręce przestało krwawić, bo szkło kieliszka nie wbiło się głęboko, wciąż odrobinę piekło, ale to nie było teraz istotne, pewnie zaraz o tym zapomni. Rozejrzał się po sali próbując wyłapać w tłumie kogoś znajomego, z kim, być może będzie mógł spędzić resztę godzin. Nie chciał myśleć o żonie, zwłaszcza, ze jego zirytowanie nie brało się z samej odzywki, którą rzuciła w jego stronę, a bardziej z tonu. Dopiero co o tym rozmawiali, a znowu wrócili do punktu wyjścia, jeżeli tak miało wyglądać ich 'pogodzenie się', jeżeli mieli chodzić w kółko i nie rozwiązywać niczego, a sprawiać, że jeszcze bardziej się znienawidzą to te papiery rozwodowe wcale nie byłyby takim głupim pomysłem. Miałby spokój. Nie musiałby wychodzić z laboratorium, martwić się, że kogoś rani samym swoim istnieniem i funkcjonowaniem.
Zobaczył w tłumie Florence i to do niej chciał podejść, ale w tym samym momencie usłyszał śpiew dochodzący ze sceny, więc zatrzymał się w półkroku. Przekręcił lekko głowę przyglądając się kobiecie na scenie, nie będąc pewnym w jaki nastrój wprawia go ta muzyka, na pewno wcześniejsze zirytowanie zachowaniem żony wyparowało z niego w zaskakująco szybkim tempie, aby zastąpić spięte mięśnie miłym rozluźnieniem. Zamrugał pare razy i potrząsnął głową. Co właściwie miał zrobić? A tak. Spojrzał w miejsce, gdzie wcześniej widział Florence, ale nie mógł jej dostrzec przez to, że w rozstawionych po sali gościach nastąpiła roszada, a niektórzy ruszyli na parkiet. Oczy Lestrange'a skupiły się na chwilę na tańczących, aby wyłapać fakt, że jedna z kobiet, drobna blondynka, prawdopodobnie zaraz zaliczy nieprzyjemne spotkanie z posadzką. Przyjemne uczucia, którymi wypełnił Williama śpiew Faye spowodowały, że zechciał jej pomóc, wyciągnął więc różdżkę chcąc transmutować najbliższy mebel w coś miękkiego, niestety - ktoś go lekko potrącił, a też pare kieliszków szybko wypitego na pusty żołądek alkoholu zrobiły swoje. Poddenerwowanie jakby nagle do niego wróciło i nim się obejrzał nieznajoma kobieta śmigała po sali jako bóbr.
Skrzywił się chowając różdżkę w pierwszym odruchu. Na Merlina, co za ambaras. Może Eden miała racje, kompletnie się do niczego nie nadawał, a co dopiero do wychodzenia na kolacje. Jeszcze też by narobił tam bałaganu.
Sytuacja rozwinęła się dość... szybko, wiele osób krzyczało. Najpierw Perseus, mąż siostry Eden, którego laska (ta drewniana, nie Eunice) była podgryzana przez tego nieszczęsnego bobra. Padły kolejne zaklęcia, aby odczarować biedaczkę. Will poczuł ukłucie wyrzutów sumienia, ale ostatecznie musiał przyznać, ze wszystko wyszło śmiesznie, a nie tragicznie. Tyle dobrze.
Zaraz też ktoś zawołał o medyka - nie chwal dnia przed zachodem słońca, pomyślał do siebie i uznawszy, że może się chociaż w tej sytuacji przydać podszedł do wołającej o pomoc kobiety, która pomagała tańczącemu wcześniej, o ironio, ze zmienioną w bobra kobietą.
Uśmiechnął się skrępowany.
- Chyba mogę trochę pomóc z tą medyczną sytuacją. On ma jakąś przypadłość? Chorobę? Czy ta bobrzana afera sprawiła, że zechciał się odłączyć od swojej świadomości? - zapytał, zaskakująco nawet się nie zająknąwszy. Magia alkoholu. Sprawdził mężczyźnie puls w pierwszym odruchu, ale ten wydawał się w normie.
Przyjrzał się Fletcherowi, ale poza tym, ze był nieprzytomny, wszystko było z nim w porządku. Przynajmniej na jego, trochę pijane oko.
- Wydaje się jakby wszystko było z nim w porządku. Chodź, pomogę ci go przetransportować na jakieś krzesło. Dobrze będzie dać mu coś ocucającego - miał na myśli eliksir albo miksturę, oczywiście -, ale nie mam nic przy sobie, gospodarze powinni coś mieć, tak myślę. - wyznał - I żeby wyszedł na powietrze.
Z każdym kolejnym słowem Eden czuł, ze potrzebował wlać w siebie więcej alkoholu. Niby pamiętał, że nigdy nie była miłą i do rany przyłóż osobą, ale zdecydowanie nie spodziewał się, że będą dyskutować o takich sprawach na tym, pozornie nieszkodliwym, balu. Westchnął w duchu gdy kobieta wyraziła swoje zdanie na temat bliźniaka. Teoretycznie się z nią zgadzał, ale wypowiadając słowa przeciwko Elliottowi wypowiedziałby je też przeciwko Eden, bo obydwoje byli siebie warci. Will zdawał sobie sprawę, że gdyby Eden dana była szansa to faktycznie pozbyłaby się swojego brata, ale przeszkadzał jej w tym autorytet ojca. Czasami mu się wydawało, że kobieta nie zgadza się z nim tylko dlatego że nie chce dopuścić do siebie tych wszystkich myśli, że woli żyć w iluzji, bez świadomości tego jak mocno niszczą ją relacje z własną rodziną. Nie powinien jej winić, ale też nie rozumiał do końca mechanizmów, które kierowały blondynką, a jak miał w zwyczaju, raczej nie wypowiadał się na tematy, w których nie miał jeszcze pewności.
Sięgnął po kolejny kieliszek, bo mimo bąbelków szampan zaczynał smakować jak słodkie wybawienie.
Prawie się zakrztusił kolejnym łykiem, gdy partnerka postanowiła obdarzyć go jednym ze swoich autorskich przytyków. Przełknął alkohol z trudnem, czując jak piecze go przełyk i to wcale nie od ilości procentów, a po prostu chęci wyplucia tego, co właśnie miał w ustach. Nie poddał się - połknął, tak samo jak połykał każdą kolejną obelgę ze strony Eden. Przynajmniej na razie. Każdy ma swój limit.
Nawet ie zauważył, gdy ścisnął za mocno kieliszek, więc w momencie wypowiadania przez blondynkę kolejnej, horrendalnej kwoty szkło pękło mu w dłoni, a reszta słodkiego płynu ściekła mu po palcach, z odrobiną krwi i wylądowała na podłodze. Zaraz też zajęła się tym obsługa, a Will przetarł dłoń rękawem marynarki.
- No tak, zapomniałem, że to jest właśnie twój typ, Eden. Prawdziwy mężczyzna. Cokolwiek to znaczy, ale wydaje mi się, że według norm to raczej wszystko to, z czym walczysz swoimi jadowitymi komentarzami, ale może przez ten rok zmieniło się tak wiele rzeczy, ze wolałabyś, aby ktoś ci pokazał, gdzie jest twoje miejsce jako kobiety w związku. - uniósł brwi - Miłego szukania prawdziwych mężczyzn, jest ich zapewne sporo na sali. - nie zaśmiał się nawet i wysmyknął z uścisku żony, bez przemyślenia akcji po prostu wmieszał się w tłum, gdy licytujący wciąż wykrzykiwali coraz to wyższe sumy.
Odnośnie zmiany w bobra i potrząsania wybudzania Theseusa:
Licytacje wygrał bliźniak Eden i bardzo dobrze, pomyślał William w pierwszej chwili i dopiero wtedy się zatrzymał, westchnął głęboko. Niewielkie przecięcie na ręce przestało krwawić, bo szkło kieliszka nie wbiło się głęboko, wciąż odrobinę piekło, ale to nie było teraz istotne, pewnie zaraz o tym zapomni. Rozejrzał się po sali próbując wyłapać w tłumie kogoś znajomego, z kim, być może będzie mógł spędzić resztę godzin. Nie chciał myśleć o żonie, zwłaszcza, ze jego zirytowanie nie brało się z samej odzywki, którą rzuciła w jego stronę, a bardziej z tonu. Dopiero co o tym rozmawiali, a znowu wrócili do punktu wyjścia, jeżeli tak miało wyglądać ich 'pogodzenie się', jeżeli mieli chodzić w kółko i nie rozwiązywać niczego, a sprawiać, że jeszcze bardziej się znienawidzą to te papiery rozwodowe wcale nie byłyby takim głupim pomysłem. Miałby spokój. Nie musiałby wychodzić z laboratorium, martwić się, że kogoś rani samym swoim istnieniem i funkcjonowaniem.
Zobaczył w tłumie Florence i to do niej chciał podejść, ale w tym samym momencie usłyszał śpiew dochodzący ze sceny, więc zatrzymał się w półkroku. Przekręcił lekko głowę przyglądając się kobiecie na scenie, nie będąc pewnym w jaki nastrój wprawia go ta muzyka, na pewno wcześniejsze zirytowanie zachowaniem żony wyparowało z niego w zaskakująco szybkim tempie, aby zastąpić spięte mięśnie miłym rozluźnieniem. Zamrugał pare razy i potrząsnął głową. Co właściwie miał zrobić? A tak. Spojrzał w miejsce, gdzie wcześniej widział Florence, ale nie mógł jej dostrzec przez to, że w rozstawionych po sali gościach nastąpiła roszada, a niektórzy ruszyli na parkiet. Oczy Lestrange'a skupiły się na chwilę na tańczących, aby wyłapać fakt, że jedna z kobiet, drobna blondynka, prawdopodobnie zaraz zaliczy nieprzyjemne spotkanie z posadzką. Przyjemne uczucia, którymi wypełnił Williama śpiew Faye spowodowały, że zechciał jej pomóc, wyciągnął więc różdżkę chcąc transmutować najbliższy mebel w coś miękkiego, niestety - ktoś go lekko potrącił, a też pare kieliszków szybko wypitego na pusty żołądek alkoholu zrobiły swoje. Poddenerwowanie jakby nagle do niego wróciło i nim się obejrzał nieznajoma kobieta śmigała po sali jako bóbr.
Skrzywił się chowając różdżkę w pierwszym odruchu. Na Merlina, co za ambaras. Może Eden miała racje, kompletnie się do niczego nie nadawał, a co dopiero do wychodzenia na kolacje. Jeszcze też by narobił tam bałaganu.
Sytuacja rozwinęła się dość... szybko, wiele osób krzyczało. Najpierw Perseus, mąż siostry Eden, którego laska (ta drewniana, nie Eunice) była podgryzana przez tego nieszczęsnego bobra. Padły kolejne zaklęcia, aby odczarować biedaczkę. Will poczuł ukłucie wyrzutów sumienia, ale ostatecznie musiał przyznać, ze wszystko wyszło śmiesznie, a nie tragicznie. Tyle dobrze.
Zaraz też ktoś zawołał o medyka - nie chwal dnia przed zachodem słońca, pomyślał do siebie i uznawszy, że może się chociaż w tej sytuacji przydać podszedł do wołającej o pomoc kobiety, która pomagała tańczącemu wcześniej, o ironio, ze zmienioną w bobra kobietą.
Uśmiechnął się skrępowany.
- Chyba mogę trochę pomóc z tą medyczną sytuacją. On ma jakąś przypadłość? Chorobę? Czy ta bobrzana afera sprawiła, że zechciał się odłączyć od swojej świadomości? - zapytał, zaskakująco nawet się nie zająknąwszy. Magia alkoholu. Sprawdził mężczyźnie puls w pierwszym odruchu, ale ten wydawał się w normie.
Przyjrzał się Fletcherowi, ale poza tym, ze był nieprzytomny, wszystko było z nim w porządku. Przynajmniej na jego, trochę pijane oko.
- Wydaje się jakby wszystko było z nim w porządku. Chodź, pomogę ci go przetransportować na jakieś krzesło. Dobrze będzie dać mu coś ocucającego - miał na myśli eliksir albo miksturę, oczywiście -, ale nie mam nic przy sobie, gospodarze powinni coś mieć, tak myślę. - wyznał - I żeby wyszedł na powietrze.
Sometimes, I wonder if I should be medicated;
If I would feel better just lightly sedated
If I would feel better just lightly sedated