29.01.2024, 21:34 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 29.01.2024, 21:35 przez Brenna Longbottom.)
W Zakonie Feniksa nie klękali.
Nikt nie dołączał do niego z przymusu. I nikt nie musiał zostawać w nim ze strachu. Nie próbowali zmuszać ludzi do działania, a wykonania rozkazu można było odmówić – wtedy konsekwencją było jedynie to, że następny już mógł nie nadejść. Jeżeli ktoś chciał odejść, nie ginął, a jeśli zaczynały się wobec ciebie zbyt duże wątpliwości, trafiało cię drobne obliviate, nie avada kedavra: i odchodziłeś w spokoju, jedynie bez pamięci drogi do strażnicy i twarzy osób, z którymi współpracowałeś.
Zresztą to ostatnie dotyczyło tylko ludzi z sieci.
Trzonem Zakonu byli przyjaciele i Brenna bardzo chciała im ufać. Nie chciała nawet brać pod uwagę, że któryś z nich musiałby zostać potraktowany takim zaklęciem.
Zadarła głowę, by spojrzeć mu w twarz, kiedy stanął naprzeciwko niej. Lekki uśmieszek, który prześlizgnął się po jej ustach, był raczej wyrazem pewnego zakłopotania niż prawdziwego rozbawienia – tak jak przy Morpheusie, jak i kiedyś, choć w mniejszym stopniu przy Mav, Dorze, Cedriku, Heather, Dani, tak i tu czuła, że po prostu nie potrafi zachować się tak, jak naprawdę by należało.
Czy Ida to potrafiła?
Jaka była ta właściwa reakcja, kiedy ktoś zgadzał się narażać życie na twoją prośbę?
Kiedy wciągałeś go w cholerną wojnę?
– W takim razie witaj w Zakonie Feniksa – powiedziała bardzo cicho, odruchowo dłoń opierając na łbie Gałgana, który po tym, jak Vincent wstał, spróbował wpakować się na kolana jej: naprawdę, idealny moment… – Działamy po cichu, tam, gdzie to możliwe. Zbieramy informacje, krzyżujemy plany, ukrywamy ludzi, uczymy walki, dostarczamy zasoby, czasem robimy to, czego Ministerstwo nie może albo nie chce. Z polecenia Albusa Dumbledore’a. Pokonał kiedyś Grindewalda. Może zakończy i tę wojnę.
Nie zamierzała udawać, że mają wielki plan, że szykują się do ostateczne starcia: to nie byłoby w porządku. Nie podawała mu też od razu wszystkich szczegółów, bo nie mogła ot tak wprowadzić Vincenta na zebranie Zakonu Feniksa – na zaufanie pracowało się stopniowo, a chociaż ona ufała mu na tyle, by to wszystko powiedzieć, nie mogła wymagać, że reszta ot tak kiwnie głowami, tylko dlatego, że ona tak stwierdzi. Musiała poinformować Patricka, a Vincent musiał przejść swego rodzaju chrzest ognia.
– Informacje i zadania idą przeze mnie. Potrzeby i problemy też są zgłaszane do mnie. Jak się pewnie domyślasz, moja rodzina tkwi w tym po uszy. Możesz ufać Erikowi, Mavelle i mojemu ojcu. Inni… innych poznasz stopniowo.
Ukrywanie przynależności tej Erika i Mavelle nie miałoby żadnego sensu.
W końcu jak ktoś mógłby uwierzyć, że jeśli jedno z ich trójki się w to wplątało, w sprawę nie weszła i pozostała dwójka?
Nikt nie dołączał do niego z przymusu. I nikt nie musiał zostawać w nim ze strachu. Nie próbowali zmuszać ludzi do działania, a wykonania rozkazu można było odmówić – wtedy konsekwencją było jedynie to, że następny już mógł nie nadejść. Jeżeli ktoś chciał odejść, nie ginął, a jeśli zaczynały się wobec ciebie zbyt duże wątpliwości, trafiało cię drobne obliviate, nie avada kedavra: i odchodziłeś w spokoju, jedynie bez pamięci drogi do strażnicy i twarzy osób, z którymi współpracowałeś.
Zresztą to ostatnie dotyczyło tylko ludzi z sieci.
Trzonem Zakonu byli przyjaciele i Brenna bardzo chciała im ufać. Nie chciała nawet brać pod uwagę, że któryś z nich musiałby zostać potraktowany takim zaklęciem.
Zadarła głowę, by spojrzeć mu w twarz, kiedy stanął naprzeciwko niej. Lekki uśmieszek, który prześlizgnął się po jej ustach, był raczej wyrazem pewnego zakłopotania niż prawdziwego rozbawienia – tak jak przy Morpheusie, jak i kiedyś, choć w mniejszym stopniu przy Mav, Dorze, Cedriku, Heather, Dani, tak i tu czuła, że po prostu nie potrafi zachować się tak, jak naprawdę by należało.
Czy Ida to potrafiła?
Jaka była ta właściwa reakcja, kiedy ktoś zgadzał się narażać życie na twoją prośbę?
Kiedy wciągałeś go w cholerną wojnę?
– W takim razie witaj w Zakonie Feniksa – powiedziała bardzo cicho, odruchowo dłoń opierając na łbie Gałgana, który po tym, jak Vincent wstał, spróbował wpakować się na kolana jej: naprawdę, idealny moment… – Działamy po cichu, tam, gdzie to możliwe. Zbieramy informacje, krzyżujemy plany, ukrywamy ludzi, uczymy walki, dostarczamy zasoby, czasem robimy to, czego Ministerstwo nie może albo nie chce. Z polecenia Albusa Dumbledore’a. Pokonał kiedyś Grindewalda. Może zakończy i tę wojnę.
Nie zamierzała udawać, że mają wielki plan, że szykują się do ostateczne starcia: to nie byłoby w porządku. Nie podawała mu też od razu wszystkich szczegółów, bo nie mogła ot tak wprowadzić Vincenta na zebranie Zakonu Feniksa – na zaufanie pracowało się stopniowo, a chociaż ona ufała mu na tyle, by to wszystko powiedzieć, nie mogła wymagać, że reszta ot tak kiwnie głowami, tylko dlatego, że ona tak stwierdzi. Musiała poinformować Patricka, a Vincent musiał przejść swego rodzaju chrzest ognia.
– Informacje i zadania idą przeze mnie. Potrzeby i problemy też są zgłaszane do mnie. Jak się pewnie domyślasz, moja rodzina tkwi w tym po uszy. Możesz ufać Erikowi, Mavelle i mojemu ojcu. Inni… innych poznasz stopniowo.
Ukrywanie przynależności tej Erika i Mavelle nie miałoby żadnego sensu.
W końcu jak ktoś mógłby uwierzyć, że jeśli jedno z ich trójki się w to wplątało, w sprawę nie weszła i pozostała dwójka?
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.