Kordelia Avery była czarownicą o potencjale, jaki zamierzała wykorzystać. Małżeństwo wiążące ze sobą dwie rodziny przynieść miało korzyści, z których Elisabeth Crouch nie zamierzała tak prędko zrezygnować. Już kilka miesięcy wcześniej, poszukując w tajemnicy kolejnej kandydatki na żonę Martina, przypomniała sobie o istnieniu młodszej siostry nieboszczki. Posłała też liścik do państwa Avery z zapytaniem czy aby wybierają się na bal charytatywny i otrzymawszy twierdzącą odpowiedź podjęła decyzję o własnej obecności.
Wymowne milczenie syna wystarczyło dla zrozumienia jego akceptacji. Sama uwielbiała bywać w domu mody Rosierów w godzinach szczytu, gdzie widywała się z koleżankami na przymiarce kapeluszy. Idealna pora oraz miejsce do plotkowania w świetnym gronie.
Oczekiwała dnia, w którym zdecyduje się zmienić zdanie, postawić, zabrać głos. Czy mógł nabrać odrobiny charakteru? Mając pod ręką jego ojca jako wzór trudno było sobie wyobrazić, by Martin kiedykolwiek zmężniał. Chciała dla niego jak najlepiej, to w nim pokładała wszelkie nadzieje na podtrzymanie świetności rodu, wierzyła, że to właśnie on - skoro inni nie do końca dali radę - poniesie na swych barkach obowiązki wobec nazwiska. Zawsze sądziła, że to dobrze, że słucha jej w każdej kwestii, przyjmując zdanie matki za swoje. Patrzyli wtedy w jednym kierunku, zgadzali się we wszystkim, a Elisabeth nawet nie chciała zawracać sobie głowy wątpliwościami, że może być inaczej.
Skinęła tylko głową, zadowolona z decyzji syna i odstąpiła go o krok.
- Do zobaczenia wieczorem - pożegnała syna śpiewnym tonem i rytmicznym, zdecydowanym krokiem opuściła jadalnię z poczuciem dumy oraz zadowolenia z produktywnego poranka.